Chciałbym powrotu Tęczy na plac Zbawiciela

Demontaż Tęczy unaocznił nam czym jest uwstecznienie. Anty-progres. Rozbierając Tęczę uzyskaliśmy nic. Osiągnęliśmy anty-zysk. Nasze życie publiczne utraciło coś bardzo cennego. Mamy teraz smutek pustki. Pytanie: po co?

Piszę to w dzień po demontażu instalacji. Wczoraj na placu Zbawiciela trwał smutny festyn. Tłumy Warszawiaków popijając piwko i dowcipkując, obserwowały smutnych panów zabierających coś, co nabrało dla nas wszystkich znaczenia. Co zyskaliśmy w ten sposób?

Sztuka w przestrzeni publicznej.

Wygląda na to, że Warszawa słabo znosi sztukę. Albo po prostu jej nie znosi. Oprócz palmy Rajkowskiej nie mamy w mieście nic stworzonego przez współczesnego artystę, co jakoś przetrwałoby napór opinii publicznej i biurokracji. Żyjemy w rzeczywistości zaprojektowanej przez inżyniera ruchu i nic, co by wystawało ponad ten poziom wyobrażeń nie jest dla nas do zaakceptowania. Wszystko więcej za bardzo wystaje, zbyt nas drażni, albo wręcz wkurwia, jak wkurwiała nas „tandetna” Tęcza Julity Wójcik i jeśli nie zamachniemy się na to koktailem Mołotowa, to przynajmniej będziemy lżyc. Lżyć tak długo, aż to zdejmą.

IMG_2876

Palma Rajkowskiej też była lżona. Że tandeta, że plastik bombastik. Ale jej jakoś udało się przetrwać, gdyż nie zbudowała wystarczająco wyrazistego znaczenia. Skonsumowaliśmy ją.  Dla większości z nas stała się zaledwie przypomnieniem letnich wakacji, pocztówką egzotyczną, która nie ma siły anarchistycznej, bo została przez nas oswojona pod nazwą „all inclusive”. Byliśmy tam, fajnie było, dzieciaki jeździły na wielbłądzie.

Cała reszta sztuka została przez nas zepchnięta do skansenów. Trzymamy ją w terrariach pod nazwą „muzeum” i możemy spokojnie omijać. Ważne, żeby nic nam pod nosem nie wyrosło, nic co nie ma funkcji.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Sztuka w muzeum.

Nigdy nie byłem zwolennikiem zamykania sztuki w muzeach, choć moja mama przepracowała przecież w muzeum Narodowym wiele lat. Chodziłem do muzeów od dziecka. A jednak horror, jaki wiąże się z zamknięciem dzieła w białej przestrzeni ścian galerii, zawsze wydawał mi się nieznośny. Noc, gasną światła, nie ma nikogo, a to tam musi stać. Instalacja jako tkanka wypełniona żywą krwią artysty zdycha w samotności. A gdy rano przyjdziemy ją oglądać z biletem w ręku będzie musiała robić wszystko, by się nam przypodobać.

W galeriach obiekt sztuki się wdzięczy. Co innego na ulicy.

Na ulicy obiekt sztuki może mieć nas w dupie. Jesteśmy dla niego tylko przechodniami, na które obiekt nie musi zwracać uwagi. Może akurat pić sobie kawę, albo patrzeć w inną stronę. Nie musi się patrzeć na nas. Na ulicy obiekt sztuki może być arogancki, tak jak my. Może iść przed siebie z głową pochyloną i nie zważać na to, co myślimy. Na ulicy obiekt sztuki może być sobą.

Zawsze mi się to podobało w obiektach zlokalizowanych w przestrzeni miejskiej. Imponowało mi to. Ta niezależność ode mnie. Obiekt stoi tam dzień i noc i żyje jakimś swoim życiem, którego ja nie znam, tak jak każdy element miasta, każdy mieszkaniec. Ma swoje problemy i strachy. Może zostać uszkodzony, opluty, zgwałcony, ale może też się uczyć. Żyć, zaprzyjaźniać. Najważniejsze jednak, że obiekt na ulicy mnie nie potrzebuje.

Ja potrzbuję obiektów sztuki na ulicy.

Czyż publicznych pieniędzy nie można wydać na coś sensowniejszego – mówi pani do mikrofonu radiowego – czy nie może tu być klomb z kwiatami?

No właśnie – ale ja potrzebuję obiektów sztuki na ulicy. Nie chcę klombu, chcę sztukę. Potrzebuję jej, żeby oddychać. Żeby śnić. Inżynier miejski, kiedy projektuje plac Powstańców i stawia tam donice, chce mi podstawić pod nos rzeczywistość. Dzień. Duszę się od tych jego donic tak samo jak duszę się od Wisłostrady, torów tramwajowych, urzędu podatkowego, parkingu strzeżonego i każdej innej rzeczy, która ma wymiary funkcjonalne. Chodzę po Warszawie i się duszę. Wszystko znam, nic mnie nie zaskakuje. Jedyną furtką jest przeszłość.

Kiedy artysta tworzy obiekt sztuki podstawia mi pod nos okno, przez które mogę spojrzeć w jego sen. Artysta nie daje mi nic funkcjonalnego. Daje mi tylko wyraz swojej wyobraźni, ambicji, ochoty – snu. Obiekt sztuki jest jak okno otwarte na inną rzeczywistość, a jego nieokreśloność zamyka się w pytaniu: właściwie po chuj to jest?

Obiekt sztuki jest po nic. Jest bo jest, ale nie jest po coś. I to właśnie pozwala oddychać.

Te okna, jakie otwiera sztuka wpuszczają w nasz oklepany świat element przygody. Wpuszczają znaczenia, których tu wcześniej nie było. „Dla każdego to oznacza coś innego” – powiada się i ta anarchia znaczeniowa jest sednem sprawy. Nikt tu się z nikim nie może zgodzić! No bo każdy głupi odpowie na pytanie po co są tory tramwajowe. Ale po co jest Tęcza? Albo palma?

Nie lubię muzeów.

Muzea to cmentarze sztuki. To zakola rzeki, w których zbierają się odpady. Nurt płynie gdzie indziej. Muzea wymyślono, gdy świat stawał się coraz bardziej potrzaskany przez wojny i coraz więcej obiektów zostawało porzuconych. Wcześniej wszystkie do kogoś należały, komuś były potrzebne, ktoś ich chciał. Teraz nagle stały się osamotnione, i ktoś patrząc z zewnątrz, ktoś, kto być może widział je wcześniej, uznał, że je uratuje gdzieś w jakiejś hali. Zaczął je zbierać.

Ale pomysł, żeby tworzyć z przeznaczeniem „dla muzeum” jest nowy i dziwaczny. Tworzyć z przeznaczeniem na cmentarz…

Sztuka ma swoją siłę, gdy ma kogoś, kto ją chce. Kurator w muzeum nie jest kimś takim. Tęczy Wójcik chciał Instytut Mickiewicza, on ją postawił i on ją bronił. Jakiej to od razu nabiera siły!

Czyja była Tęcza?

W swoich własnych projektach najbardziej lubię moment, gdy dzieło zostaje mi odebrane. Gdy ja sam zostaję odepchnięty przez widzów, a oni sami uznają, że lepiej rozumieją o co chodzi, jak należy procesem pokierować dalej. Ten moment jest bezcenny, gdyż to ten moment w pełni realizuje iluzję rzeczywistości – „stwarza prawdę” i pozwala nam wszystkim uczyć się na laboratoryjnym warsztacie.

 

Z Tęczą Wójcik stało się to samo. Tęcza została jej odebrana, Wójcik została odepchnięta od Tęczy, uznano ją za nieistotną, stwierdzono, że się nie zna. Co ma nam do powiedzenia Wójcik? Niech spierdala, my wiemy lepiej. I zaczęło się targanie Tęczy, jakby Tęcza była prawdziwa! No bo i Tęcza stała się prawdziwa – nabrała dla nas realnych znaczeń, znaczeń istotnych, najistotniejszych! Dotykających naszych nerwów.

Nie jest ważne, co zaprojektowała sobie Julita Wójcik tworząc Tęczę. Ważne było, co my myślimy. Czego nienawidzimy. Co kochamy. Co bylibyśmy w stanie zrobić. Kogo zabić. Co zniszczyć, skopać. Spalić.

Tęcza wytworzyła swoją własną historię. Tę historię można teraz śledzić, opisywać. Nie było Tęczy, nie było historii, pojawiła się Tęcza, pojawiła się historia. Rozruby, zmagania, obelg, bohaterstwa, czynu, słowa.

I to w tej Tęczy jest najistotniejsze. Tego mi brakuje. To mi zabrano. Zabrano mi możliwość rozwoju opowieści.

Uważam, że bardzo źle się stanie, jeśli Tęcza pojawi się teraz w jakimś miejscu przeklętym, na jakimś cmentarzysku sztuki, gdzieś w parku pod CSW, odarta ze swojej siły żywej, a będąca już tylko wspomnieniem jakiejś glorii i chwały.

Z drugiej strony nie mam złudzeń, że Tęcza powróci na pl Zbawiciela. Rozebranie jej wygląda mi na akt nieodwracalny. Bo głupi. A z głupotą, jak mawiał Gombrowicz, się nie dyskutuje.

Screen Shot 2015-08-28 at 3.26.54 PM

 

PS: Myślę, że dziś nawet wrogowie Tęczy odczuwają pustkę. Nie mają na co pluć, z czym walczyć. Dopięli swego i co? Pusto. Nic. W tej nicości realizuje się nagle ich obecność. Czy ona im wystarcza?

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 8)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z biblioteki zdjęć Rafała Betlejewskiego