Francesca Borri: Jeśli jutro zostanę porwana, to nie dlatego, że „Syria to kraj zła”

Francesca Borri

Prawda jest taka, że my w Europie nie wiemy nic o islamie. Ja sama niewiele wiedziałam, gdy pierwszy raz pojechałam na Bliski Wschód. Zaczęłam w Palestynie, po drugiej intifadzie. Słyszałam o samobójczych atakach, o terrorystach. Dotarłam na miejsce i okazało się, że moje wyobrażenia o tym, co tam zastanę znacznie różniły się od tego, o czym wcześniej słyszałam. To samo jest z kulturą arabską.

Francesca Borri jest włoską dziennikarką specjalizującą się w sprawach Bliskiego Wschodu. Napisała książki o konflikcie w Kosowie oraz pomiędzy Izraelem a Palestyną. Obecnie relacjonuje wojnę w Syrii. Z Francescą rozmawia Joanna Łopat. 

Francesca Borri w ambulansie w Aleppo, Syria
Francesca Borri w ambulansie w Aleppo, Syria

 

Joanna Łopat: Pisałaś tak: „Moja młodość, ze wszystkimi zaletami i wadami tamtego okresu, skończyła się w Bośni, gdy obryzgały mnie kawałki ludzkiego mózgu. Miałam wtedy 23 lata”. Przeczytałam tę Twoją wypowiedź i nie mogłam się otrząsnąć. Zastanawiałam się, co musi się stać, żeby dwudziestolatka zrezygnowała z wygodnego życia i pojechała w miejsca, gdzie śmierć jest codziennością?

Francesca Borri: Wszystko zaczęło się w Kosowie. To było moje pierwsze tak silne doświadczenie – konfrontacja ze światem zewnętrznym innym niż europejskim, zachodnim. Pojechałam tam jako pracownik ambasady, a moja praca polegała na tym, że miałam odmawiać przyznania wizy. Budynek był dwupiętrowy. Ja pracowałam na parterze. Odbierałam telefony. Po czym mówiłam, że numer jest niewłaściwy. Podawałam inny. Do biura na pierwszym piętrze, ale tam nikogo nie było. I tak ciągle. Szaleństwo. Mój przełożony widział, że czuję się wyjątkowo niekomfortowo w tej sytuacji. I miał tylko jedną radę: „wejdź rano do biura, zamknij drzwi i już ich nie otwieraj. Zapomnij o tym, co się dzieje na zewnątrz”.

Nie mogłam. Musiałam podjąć decyzję – gdzie chcę być, po której stronie drzwi. Zdałam sobie sprawę, że ponoszę odpowiedzialność, za to co tam się dzieje, za tych ludzi. Dla mnie stało się oczywiste – muszę zmienić pracę, wyjść z budynku ambasady. Tak doszło do mojej konfrontacji z rzeczywistością – wojenną i powojenną.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Zapadła decyzja. Otworzyłaś drzwi. Zrobiłaś krok w kierunku linii ognia.

To nie jest kwestia podjęcia decyzji. To się dzieje. Nagle jesteś na wojnie. W centrum konfliktu. Tak, jak to się stało w przypadku Syrii. Pojechałam tam, by relacjonować rewolucję, pokojowe demonstracje. Dalej wszystko potoczyło się błyskawicznie. Agresywna reakcja rządu, wojna i z każdym kolejnym dniem było coraz gorzej. W takiej sytuacji można poczuć się jak w pułapce. W pułapce wojny. Ale jednocześnie zdajesz sobie sprawę, że nie ma już odwrotu. Nie możesz zlekceważyć tego, co zobaczyłaś. Bo jeśli raz coś zobaczysz, nie możesz już udawać, że tego nie ma. To kwestia odpowiedzialności. Oczywiście możesz oszukiwać siebie i innych, ale zawsze to kwestia twojej osobistej odpowiedzialności, za to czego jesteś świadkiem.

W twoim przypadku to była odpowiedzialność dziennikarska.

Tak. Podam ci przykład z Syrii. Najtrudniejszy moment jaki tam przeżyłam, był podczas ataku bombami beczkowymi. Byłam jedyną dziennikarką, która była w tym czasie na miejscu. Jako jedyna zdałam relację ze zdarzenia. Mam świadków. I kto wie – może przyda się to kiedyś w relacjach historyków, może wykorzystane będzie podczas procesów sądowych. Ważne jest to, że jeśli jesteś jedyną osobą, która może to zrobić, to musisz to zrobić.

Jeśli nie wiesz, czym są bomby beczkowe, obejrzyj poniższy film z Syrii. Generalnie są to bomby improwizowane, najczęściej beczki lub rury wypełnione materiałami wybuchowymi, szrapnelami, benzyną itd. zrzucane z samolotów, śmigłowców lub wystrzeliwane z katapult.  

Francesca, ale przecież obie wiemy, że Ty wykonujesz krok, który może Cię kosztować życie, a nie masz gwarancji, że to ma sens. Wychodzisz z tego cało, piszesz relację, a naczelny, wydawca gazety może ci powiedzieć: „za mało krwi”. Albo chcesz pokazać cos więcej niż atak bombowy, kontekst dla sytuacji, a słyszysz, że ich interesuje tylko krew. Powierzchowny opis sytuacji.

Tak. I tak się dzieje. Dlatego gazety upadają. Rozmawiamy o kondycji mediów, o ich coraz niższym poziomie, ale ostatecznie to nie ma sensu. Bo wydawcy w większości to nie są inteligentni ludzie. Większość z nich nigdy nie była na wojnie. Ich jedynym osiągnięciem jest walka, którą stoczyli o wysoki stołek w newsroomie. Oni nie wiedzą nic o dziennikarstwie wojennym. Siedzą przed ekranem komputera i nie mają pojęcia, nie mogą mieć pojęcia o tym, co się dzieje w miejscu, w którym ja jestem. Mają do dyspozycji tylko relacje. Najlepiej to było widać na przykładzie Ukrainy. Dziennikarz zakleszczony między propagandą Stanów Zjednoczonych, Rosji i Ukrainy, który nigdy nie był na miejscu, nie mógł mieć właściwego oglądu sytuacji. To samo dzieje się teraz. Migracje – to się dzieje od lat i nagle mamy samych ekspertów, którzy zajmują się tym tematem. Co oni mogą wiedzieć, jeśli przez lata ignorowali ten temat i nagle mają do dyspozycji tylko wycinek problemu, który trwa od lat.

Dokładnie. To jest pytanie, które nieustannie sobie zadaję od czasu, gdy sama spotkałam na swojej drodze uchodźców. Jak to możliwe, że wojna w Syrii trwa od lat, od ponad czterech lat, a dziennikarze i politycy w Europie reagują dopiero wtedy, gdy konflikt – w pewnym sensie – dociera do granic Europy? To nie dotyczy tylko Syrii. W Afryce są prowadzone wojny, które trwają latami. Ludzie umierają. Ale my tego nie widzimy. Nie przykładamy wystarczająco dużej uwagi.

Pierwsi dżihadyści pojawili się w Syrii w październiku 2012 roku. I nikt się tym nie przejął. Dziennikarze – lepsi ode mnie, ja w tym czasie nie miałam jeszcze doświadczenia – zapowiadali, że początek wielkiego chaosu. Ale nikt w Europie się tym nie zajął. I dla mnie, jako dziennikarki, jest to bardzo frustrujące. My jesteśmy w terenie. Widzimy pewne rzeczy u samego początku. Możemy zareagować zanim będzie za późno. Ale nie wszyscy chcą nas słuchać. O pierwszych uchodźcach, którzy docierali do Europy narażając swoje życie, wiedzieliśmy w 2012 roku. Kontaktowaliśmy się między innymi z Al Dżazirą z pytaniem, czy możemy towarzyszyć uchodźcom? Nie odpowiedzieli. Teraz wszyscy chcą takich relacji.

Są wyjątki. Jeśli uda ci się wygrać walkę z wydawcą i przekonać go do opublikowania tego, na czym ci zależy, to zazwyczaj są to teksy, które najlepiej się sprzedają. I być może to jest szansa dla dziennikarstwa. Może przyszłością mediów drukowanych są dłuższe, pogłębione analizy, dla tych, którzy są gotowi kupić gazetę i chcą przeczytać cos więcej niż krótką informację powszechnie dostępną w intrenecie.

Ostatecznie, jak patrzysz na to, co się stało w Syrii, masz poczucie, że dziennikarze i dziennikarstwo przegrało? Zawiedliśmy?

Tak. Zdecydowanie. Większość dziennikarzy chce po prostu zarobić pieniądze. Nie chcą za bardzo angażować się w konkretną historię. Takich, którzy to robią jest niewielu.

Podam ci przykład. Poproszono mnie, żebym zajęła się uchodźcami. Nie chciałam tego robić, bo wiem, że są włoscy dziennikarze, którzy z racji na to, że Włochy są szczególnie narażone na problem migracji, zajmują się tym tematem od dawna. I miałam poczucie, że to oni powinni zrobić. Zdecydowałam się tylko na relację z Węgier o uchodźcach i z Grecji o kryzysie. Bo czułam, że muszę. Że z moim doświadczeniem z Syrii, powinnam się tym zająć. Dokonałam wyboru. Tymczasem wielu dziennikarzy po prostu skacze po tematach. To przerażające. Wpadają w epicentrum problemu – do Gazy, do Aleppo – bez przygotowania. Z tego powodu nie mogą liczyć na wsparcie lokalnych społeczności. A potem znikają.

A propos zniknięć. W jednym z Twoich artykułów, który napisałaś dla The Guardian, przeczytałam, że około 300 dziennikarzy zostało porwanych w Syrii. Co się z nimi dzieje? Dlaczego o ich zniknięciach nie słyszymy w mediach. Są tylko liczby.

Większość tych dziennikarzy została porwana przez własną głupotę. Przez swoją naiwność. To zazwyczaj młodzi freelancerzy, którzy nie przestrzegają podstawowych zasad bezpieczeństwa. Oczywiście to głupota. Ale i wiana dziennikarzy, którzy zlecają im napisanie artykułu. Właśnie im, młodym freelancerom, bo tylko oni zrobią to, czego nie chcą zrobić etatowi dziennikarze – ci , którzy wolą bezpieczne newsroomy. Dla grup przestępczych to okazja. Ale jednocześnie warto zaznaczyć, że tak naprawdę na niebezpieczeństwo bardziej narażeni są dziennikarze lokalni.

Dlaczego?

Dlatego, że korespondent zagraniczny zawsze może wrócić do swojego kraju. Ma wsparcie ze strony swojego rządu. Tymczasem lokalni dziennikarze są zabijani. I nikt o tym nie wie. Nikt się tym nie przejmuje.

Francesca Borri
Francesca Borri

Ty też jesteś freelancerką. I też zaczynałaś, jako osoba niedoświadczona i to od razu w tych najbardziej niebezpiecznych miejscach.

Ja szybko zrozumiałam, że najlepszą ochronę są w stanie zapewnić sami Syryjczycy, zwykłe osoby. W moim przypadku to były kobiety. Żeby stać się jedną z nich, nosiłam hidżab. Oczywiście łatwo można było mnie zdemaskować. Bo nawet jeśli mam ciemne oczy, to są szczegóły, które mnie zdradzają. Jestem wyższa od przeciętnej Syryjki i drobniejsza. Zdradza mnie sposób w jakim chodzę. Patrzę odważnie, przed siebie. Oni czują, że jestem z innego porządku, ze świata Zachodu. Nawet moje dłonie zdradzają pochodzenie. Kiedyś moja syryjska opiekunka przedstawiła mnie, jako swoją kuzynkę. Byłyśmy w grupie Syryjek. Przyglądało mi się małe dziecko, po czym pobiegło do mamy mówiąc: „ona nie jest jej kuzynką. Spójrz na dłonie.” Ale to właśnie kobiety mają w sobie ciekawość. Jak już mnie zdemaskują, to mimo, że nie znam arabskiego, otaczają mnie, mówią do mnie. I cała sytuacja zatacza koło. Dżihadysta obserwujący taką sytuację – mnie wśród innych kobiet, które traktują mnie jak swoją – myśli, że jestem Syryjką.

Mówisz o Syryjczykach z bardzo dużą sympatią. Dali ci bezpieczeństwo, ale też doprowadzili do sytuacji, w której tyle osób ginie. I Ty też byłaś zagrożona.

We Włoszech jest taka bardzo popularna książka – „Syria – kraj zła”. Napisał ją dziennikarz, który został porwany w Syrii – Domenico Quirico. Uważam, że to jest propaganda rasizmu. Nie można tak mówić Syryjczykach. Tak, jak o Włoszech nie można mówić tylko przez pryzmat mafii. Ci ludzie, są ofiarami. Są w pułapce między reżimem, rebeliantami i ISIS. Ci, którzy walczą, w większości nie są Syryjczykami. Nawet jeśli jutro zostanę porwana, to nie chciałabym, żeby ktoś napisał, że Syria to kraj zła.

Bardzo ich bronisz. Masz do tego prawo, bo ich poznałaś, bo byłaś w ich kraju. Dlatego ciekawi mnie Twoja opinia na temat uchodźców, którzy zmierzają, lub są już w Europie. Ja poznałam zaledwie kilka rodzin. Zrobiły na mnie ogromne i bardzo dobre wrażenie. Ale jednocześnie rozumiem ten strach przed innym. Szczególnie w kontekście terroryzmu, którym jesteśmy straszeni od lat.

Prawda jest taka, że my w Europie nie wiemy nic o islamie. Ja sama niewiele wiedziałam, gdy pierwszy raz pojechałam na Bliski Wschód. Zaczęłam w Palestynie, po drugiej intifadzie. Słyszałam o samobójczych atakach, o terrorystach. Dotarłam na miejsce i okazało się, że moje wyobrażenia o tym, co tam zastanę znacznie różniły się od tego, o czym wcześniej słyszałam. To samo jest z kulturą arabską.

Pod wieloma względami kultura arabska jest lepsza od naszej kultury. Dla mnie, idea, że społeczność jest ważniejsza od jednostki, że jesteś kim jesteś, bo wpływ mają na Ciebie Twoi przyjaciele, rodzina, to coś wyjątkowego.

Ja i ty, nawet jeśli nie jesteśmy osobami wierzącymi, wyrosłyśmy z kultury chrześcijańskiej, nie możemy powiedzieć, że nie jesteśmy chrześcijankami. To jest w nas – czy tego chcesz, czy nie. Ale konfrontacja z inną kulturą i religią to jest coś niezwykłego. Chrześcijaństwo jest religią winnych. Tymczasem islam jest kompletnie inny. To religia radości. Dżihad jako idea to walka o wartości. I w tej walce nie należy się poddawać. To daje siłę. Spójrz jak silne są te uchodźcze rodziny. Spójrz na młodych. Na rabską wiosnę. Oni potrafią walczyć o swoje. A my? Ja nie mam umowy o pracę. Nie mam nic. Młodych ludzi w Europie, zabezpieczają rodzice. I nic z tym nie robimy. Nie buntujemy się. Oni mają odwagę, której my nie mamy.

Z pewnością jest w nich siła, determinacja i swoista radość. Ale spójrz na to, co się dzieje. Na jak długo im tej energii wystarczy? Przybywają – po pokonaniu morderczej drogi – do Europy i liczą, że czeka na nich lepsze życie. A tymczasem są mury, kolczaste druty, podłogi na dworcach, obozy. I nawet gdy przejdą ten trudny etap, to nie mogą liczyć na luksusy. Dlatego możemy spodziewać się wielkiego rozczarowania i pewnie złości. Możemy spodziewać się problemów.

Zgadzam się. Na pewno ich oczekiwania nie będą zaspokojone w Europie. To na pewno. Ale problemów możemy spodziewać się w drugiej generacji uchodźców. Ci, którzy uciekają teraz, mają świadomość tego, że to jedyna szansa na przeżycie. Że za sobą zostawiają zgliszcza i wojnę. Mają w sobie dużo pokory. Syryjczycy są inni od imigrantów na przykład z Afryki. W Syrii przed wojną standard życia nie różnił się bardzo od standardów do których my jesteśmy przyzwyczajeni. Oni nie przyjeżdżają z biednego kraju. Większość z nich to muzułmanie niewierzący. Większość z nich ma wyższe wykształcenie. Oczywiście poziom się różni. Inaczej wyedukowany jest inżynier w Syrii, inaczej w Europie. I na pewno syryjski inżynier nie może spodziewać się, że szybko znajdzie zatrudnienie poza swoim krajem. Na pewno nie będzie mieszkał w najlepszej dzielnicy Berlina. Uchodźcy trafią na przedmieścia. I na pewno będą rozczarowani. Tym bardziej, że większość z nich przyjeżdża z dziećmi. Nie jednym, dwoma, ale kilkoma. Utrzymać tak dużą rodzinę jest trudno nawet dobrze zarabiającym Europejczykom. Z trudem wyobrażam sobie, to co się stanie w najbliższym czasie. Najbardziej obawiam się radykalizacji wśród Europejczyków.

Zgadza się. Chwilę przed naszym wywiadem znalazłam dane z których wynika, że 56 procent Niemców uważa, że nie należy przyjmować więcej uchodźców. To o 10 procent więcej, niż miesiąc temu. We wrześniu z kolei tylko 28 procent sprzeciwiało się otwieraniu granic dla Syryjczyków. Dlatego obawiam się, że fala uchodźców z Syrii wywoła ruchy nacjonalistyczne.

Teraz wszystko zależy od nas. Czy zrozumiemy, że uchodźcy w konsekwencji przyniosą wzrost gospodarczy. Bo Europa go potrzebuje, Bo jest w kryzysie. Ale biedni Europejczycy właśnie uchodźcom mogą zacząć przypisywać winę za swoją sytuację. Ponieważ w miejscu, w którym mieszkają przepaść między biednymi i bogatymi jest ogromna.

Ta przepaść może być zagospodarowana przez rasistów i ich propagandę.

Tego się obawiam. I to już – moim zdaniem – widać. Dlatego, gdy zostałam poproszona o zdanie relacji z tego jak hojnie Europejczycy przyjmują uchodźców, odmówiłam. Media trochę przesadziły. Oczywiście, ludzie lepiej zachowują się niż politycy, ale najwięcej gestów sympatii widziałam w tych krajach, w których uchodźcy byli tylko przejazdem.

Dokładnie. Widziałam to samo. W Serbii, na Węgrzech zwykli przechodnie zostawiali koce, jedzenie. Rząd podstawiał autobusy, pociągi. Po co? Po to, żeby odsunąć od siebie tych ludzi. Ten ruch „od” widziałam zanim wszystkie media zwróciły się w stronę Węgier. I teraz mam dylemat. Czytam wstrząsające ludzkie historie – i to jest jedna strona problemu. Druga to rozwijająca się propaganda antyuchodźcza. Brakuje mi miejsca pośrodku.

Widzę to podobnie. Nie chcę, żeby to zabrzmiało cynicznie, ale zastanawiam się: ile łzawych historii jest w stanie przeczytać zwykły czytelnik? Jedną, dwie, trzy? Dlaczego wydawcy nie chcą pokazać problemu w szerszym kontekście. Chociażby wyjaśnić dlaczego oni uciekają właśnie teraz. Chciałabym poznać ludzi, którzy pomagają. Jakie są ich intencje. Ale wydawcy nie chcą tego. Dlaczego? Bo w te tematy wkracza polityka. Podam Ci przykład. W Bagdadzie od lipca trwają demonstracje zsekularyzowanych Irakijczyków. Od lipca! Zgłosiłam kilka tematów, do różnych mediów i nikt nie chce się tym zająć. Bo to temat polityczny. Bo według nich oni nie reprezentują większości Irakijczyków. To absurd. Oni wypełniają place Bagdadu. Ale o Irakijczykach wygodniej jest myśleć, że wszyscy są szyitami. Dlatego wszyscy dziennikarze powinni mieć odwagę o tym pisać. Przemycać informacje niewygodne dla głównych mediów.

Wierzysz w taką dziennikarską solidarność?

Nie. Ale muszę wykonywać swój zawód i robić to najlepiej jak potrafię. Nie wiem, czy jako dziennikarka, czy pisarka. Znajdę sposób. Póki co wracam do Syrii. Tam jest teraz moje miejsce.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl

Główne zdjęcie artykułu oraz inne użyte w artykule, pochodzą z oficjalnych stron Francesci Borri
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +57, liczba głosów: 65)
Loading...