Polacy boją się uchodźców, reszta Europy też

strach

Rozmawiałam w Berlinie z dziennikarzem gejem, który mówił mi o swoim strachu, o tym, że boi się ze swoim chłopakiem chodzić po ulicach tych dzielnic, gdzie skupiają się imigranci, bo już dwa razy oberwał. Boi się homofobii ludzi z innych kultur, którzy nie wyznają i nie rozumieją europejskich wartości.

„Europa jest nierozerwalnie uwikłana w kryzys światowy, na który nikt nie ma patentowego rozwiązania”. To nie są słowa któregoś z obecnych polityków europejskich. Napisał je na początku lat 80-tych Hans Georg Gadamer. Niemiecki filozof miał wtedy na myśli wyścig zbrojeń i ogólnoświatowy kryzys ekologiczny. Dziś zapewne dodałby wędrówkę ludów, która w niespotykanej od II Wojny Światowej skali chwieje europejskim poczuciem bezpieczeństwa.

Tydzień temu odbierałam w Berlinie nagrodę od organizacji zajmujących się prawami osób LGBT. Na cudownej imprezie w namiocie cyrkowym rozbitym u stóp Urzędu Kanclerskiego bawili się geje i lesbijki, transseksualiści, drag queens, artyści, politycy i celebryci. Były burmistrz Berlina Klaus Wowereit, jeden z czterech laureatów Europejskiej Nagrody Tolerancji, przemawiając powiedział, że teraz czeka nasz szczególny egzamin z tolerancji – musimy się zmierzyć z ogromną ilością ludzi innych niż my, którzy potrzebują naszej pomocy. Pół godziny później rozmawiałam z dziennikarzem berlińskiego portalu, również gejem, który mówił mi o swoim strachu, o tym, że boi się ze swoim chłopakiem chodzić po ulicach tych dzielnic, gdzie skupiają się imigranci, bo już dwa razy oberwał, że boi się homofobii ludzi z innych kultur, którzy nie wyznają i nie rozumieją europejskich wartości.

Poczucie bezpieczeństwa to jeden z fundamentów naszej wewnętrznej rzeczywistości, w piramidzie Maslowa (przywoływanej wciąż do znudzenia, ale nikt chyba jeszcze nie wymyślił niczego bardziej trafnego) poczucie bezpieczeństwa jest na drugim miejscu ludzkich priorytetów po zaspokojeniu potrzeb fizjologicznych. Nasze europejskie, a może w ogóle zachodnie poczucie bezpieczeństwa opierało się na przeświadczeniu, że świat idzie raczej w dobrym kierunku. Mamy prawa człowieka, wolność słowa, ośmiogodzinny dzień pracy, zabezpieczenia socjalne dla słabszych i demokrację.  Oczywiście zdarzają się po drodze wpadki i upadki, jak kryzysy gospodarcze, ale ogólnie kierunek jest właściwy, a droga prowadzi na szczyt, czyli do jakiejś nie do końca sprecyzowanej szczęśliwości.

Dzisiaj tracimy tę pewność patrząc na kolumny ludzi obładowanych tobołkami przekraczające kolejne granice. Ta wędrówka ludów przypomina obrazy, jakie Europa ostatnio oglądała 70 lat temu – uchodźcy z bombardowanych miast, uciekinierzy, przesiedleńcy. One odwołują się do naszej podświadomości, przywołują tamten czas chaosu i beznadziei. I nasze poczucie bezpieczeństwa zaczyna tracić równowagę – przestajemy myśleć racjonalnie, ulegamy emocjom. Nie wszyscy oczywiście, ale wielu z nas, wystarczająco wielu, by ta emocjonalna narracja zdominowała wszelkie na ten temat rozmowy.

W mediach dominują dwa sposoby opisywania problemu – albo emocjonalny język empatii i wzruszenia albo równie emocjonalny język nienawiści i pogardy.

Po pierwsze chcę powiedzieć, że sama ulegam emocjom – tym pierwszym, po drugie – że rozumiem strach. I nie uważam, że ten strach to jakaś polska przypadłość  – w Niemczech coraz większe poparcie zyskuje bazująca na islamofobii Pegida, w Szwajcarii wybory wygrała antyimigracyjna prawicowa partia, we Francji rośnie poparcie dla Frontu Narodowego – nawet wśród francuskich elit, co do tej pory wydawało się niemożliwe.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dziś w Europie wszędzie widać strach.

Może nie wszędzie tak histeryczny jak w Polsce – w dużej mierze  strach przed obcym, przed innością zależy od kultury w jakiej wyrośliśmy, religii w jakiej nas wychowano, znajomości świata, kontaktu z inną niż nasza obyczajowość. Mam pewne podejrzenia (amatorskie) co do jednego ze źródeł polskiego strachu przed Arabami. Wydaje mi się, że jakąś rolę może odgrywać podświadoma reakcja na melodię języka arabskiego, pełnego „charczących” spółgłosek, dla polskiego, a może w ogóle słowiańskiego ucha, brzmi on niepokojąco, wręcz groźnie.

Niedawno pewien przybysz z zachodniej metropolii zapytał w Warszawie zdziwiony „a dlaczego tu wszyscy są biali”? Duża europejska stolica i wszyscy w jednym kolorze. Nie do pomyślenia dla mieszkańca Londynu, Paryża, Madrytu, Barcelony, Rzymu czy Berlina. Polska jest homogeniczna, od kilku pokoleń żyjemy wśród „swoich” więc boimy się „obcych” bardziej niż tam, gdzie inność jest od dziesięcioleci oswojona, a i tam też przecież pojawił się strach.

Czytam trochę, jak o uchodźcach piszą niemieckie media. Porównując tamten język z tym, jakiego używają polskie media, widać wyraźną różnicę. Podczas kiedy większość niemieckich mediów raczej tonuje swoje wypowiedzi (Bild nawet nawoływał do pomocy uchodźcom – porównajcie to z Faktem czy SE) polskie media albo się rozczulają, albo rysują obraz grozy. Nikt nie pisze np. o tym, że:

W 2020 roku Europa będzie potrzebować ok. 42 mln nowych mieszkańców tylko po to, by „wyrównać” skutki starzenia się społeczeństwa.

Problem dotyczy także społeczeństwa Polski i „już wkrótce kraj ten będzie potrzebował 100 tys. imigrantów rocznie” – pisze Florian Hassel w Sueddetche Zetung.  Hassel zrobił przegląd polskiej prasy z kilku ostatnich tygodni i zauważył, że takie argumenty w warszawskiej debacie na temat uchodźców wysuwa jedynie tygodnik „Polityka”.  Przy okazji korespondent SZ wypomniał nam, że nie chcemy dzielić się kłopotem, choć  jesteśmy największym beneficjentem Europy – w 2013 zapłaciliśmy do wspólnej kasy 3,8 miliardów euro, a dostaliśmy 16, 2 miliardy. Od 2014 do 2020 zapłacimy 30 miliardów euro – ale dostaniemy 106 miliardów.

Rozumiem strach.

Napisałam, że rozumiem strach, każdy z nas ma jakieś swoje pojęcie „obcego”. Pamiętam swoją reakcję, kiedy  pierwszy raz trafiłam na Szmulki w Warszawie. Byłam pewna, że wylądowałam na obcej planecie, a ci ludzie wokół to jakieś inne plemię – nie rozumiałam języka, jakim z sobą rozmawiają, nie rozumiałam ich zachowań i chciałam jak najszybciej stamtąd uciec. Teraz już wiem, że są po prostu inni niż emerytowane nauczycielki na moim podwórku i już się nie boję, bywam na tych Szmulkach często, poznałam paru ich mieszkańców, przyzwyczaiłam się do tamtych zachowań i języka i nie odczuwam już strachu. Oswoiłam go. Strach oswaja się przez poznanie.

Mieszkałam pięć lat w wielokulturowym miejscu, więc jakoś się innych kultur nie boję, raczej jestem ciekawa, co wynika ze spotkania ludzi, którzy inaczej widzą świat. Obserwując rozwój Paryża, Londynu, Madrytu, Barcelony, Rzymu czy Berlina myślę, że jednak więcej dobrego niż złego. Raju na ziemi nie ma nigdzie, wszędzie są jakieś problemy, konflikty, przestępstwa i zbrodnie, ale czemuś jednak tamte miasta wydają mi się wciąż ciekawsze i ludzko bogatsze niż Warszawa.

Jednak tą moją nadzieją (podobno ludzie o lewicowych i liberalnych poglądach bardziej kierują się w życiu optymizmem, ci o prawicowych raczej są pesymistami) nieco chwieją fakty.

W tym roku odnotowano w Niemczech dwa razy więcej ataków na ośrodki uchodźców niż w ubiegłym – w 2015 było ich 490, w zeszłym roku było ich niecałe 200. Jak czytam na stronie Deutsche Welle „w ubiegłym tygodniu wyszło na ulice stolicy Saksonii 9 tysięcy zwolenników Pegidy. Podczas demonstracji wołali na uchodźców <<bydło>>, a dla Angeli Merkel i wicekanclerza Sigmara Gabriela przygotowali symboliczne szubienice.”

Dzisiejsza sytuacja trochę przypomina rok 1992, kiedy liczba ubiegających się o azyl w Niemczech osiągnęła, jak na tamten czas, apogeum. W 1992 roku ponad 438 tys. osób, głównie uchodźców z Bośni i Hercegowiny, złożyło wnioski o azyl. I wtedy nagle urósł w Niemczech strach. W 1991 r. zarejestrowano 2,462 akty przemocy skierowane przeciwko cudzoziemcom. Rok później takich przypadków było już 6,336. A co będzie się działo w ciągu najbliższego roku, kiedy do Niemiec ma napłynąć od 800 tysięcy do 1,5 miliona obcokrajowców? Czy Niemcy przerobili tę lekcję? Czy też rząd dusz przejmie Pegida? Czy zwycięży strach?

Znamienne jest, że większa agresja i lęk występują we wschodnich landach. Według Berlińskiego Instytutu Demografii i Rozwoju, który badał różnice  między Wschodem a Zachodem 25 lat po zjednoczeniu,  pozytywny stosunek do imigrantów ma co drugi mieszkaniec Wschodu, na Zachodzie jest to ¾ Niemców. Na Wschodzie są silniejsze nastroje ksenofobiczne, pomimo tego, że jest tam mniej cudzoziemców. Czyli potwierdza się teza, że boimy się tego, czego nie znamy.

Imigracja w RFN na dużą skalę zaczęła się w latach 50-tych, kiedy w Niemczech brakowało rąk do pracy i na podstawie umów bilateralnych ściągano gastarbeiterów. Wielu z Turcji. Turcy stanowią dziś największą grupą obcokrajowców. W tej chwili żyje w Niemczech już czwarte pokolenie, często nawet nie mówiące po turecku. Pamiętam zdjęcie na jakiejś wystawie z niemieckiej prasy z tamtego czasu  – oficjalne przyjęcie chyba 10 lub 20 tysięcznego gastarbeitera z Turcji – dostał od rządu RFN skuter na powitanie. Dlatego też w Niemczech zachodnich ten strach jest mniejszy. Niemcy, którzy jako dzieci chodzili do przedszkola z dziećmi imigrantów, potem siedzieli w szkolnej ławce z Syryjczykiem, Etiopczykiem albo Chinką, już jako dorośli inaczej patrzą na dziurawe łódki przemierzające Morze Śródziemne, czy ludzkie kolumny ciągnącą przez Węgry i Słowenię. Ale też się boją, tak jak ten dziennikarz w Berlinie. I mają prawo.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl

Boimy się islamu, choć oni przeważnie właśnie przed wojującym islamem uciekają, myślimy o Syryjczykach „islamiści”, choć Syria jest pewnie prawie tak zlaicyzowana jak Francja. Napędzamy się krótkimi, wyrwanymi z kontekstu filmikami, memami, bon motami. I w ten strach trafiają dziś, w czasie kampanii, politycy  wykorzystując go jako przedwyborcze paliwo.  Ludzkim strachem łatwo zarządzać, bo wtedy rozum śpi.

Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +14, liczba głosów: 28)
Loading...