No nie dogadamy się

No nie dogadamy się. Nie ma takiej opcji. Mówimy już tylko do siebie samych i do tych, którzy myślą tak jak my. Wrzucam na FB zdjęcia z akcji Muzułmanów, którzy nie chcą by ich łączyć z zamachami we Francji, pod wspólnym hasłem „Not in my name” i od razu pojawiają się komentarze „zwykła tandetna propaganda” lub „pierdolenie o szopenie”. I tyle. Koniec rozmowy. Game is over.

To nie ma sensu. Nie ma sensu przekonywać argumentami o korzyściach z wielokulturowości, o tym, że potęgę gospodarczą Niemiec czy Francji w dużej mierze zbudowali imigranci, że Steve Jobs był półsyryjczykiem, że demografia, że prawo do szukania lepszego życia, że półtora miliarda ludzi żyjących w kręgu kultury islamu to w większości ludzie tacy jak my, którzy chcą żyć, wychowywać dzieci i mieć święty spokój. Nie ma sensu tłumaczyć, że miliony ludzi uciekają w tej chwili przed oszalałymi radykałami, którzy im w ich kraju zorganizowali piekło na ziemi, że uciekają przed wojną i głodem, a w wypadku tych mitycznych „młodych zdrowych mężczyzn” przed poborem do wojska i przed byciem mięsem armatnim, narzędziem w rękach jakiś oszalałych satrapów żądnych po prostu władzy i pieniędzy. Nie ma sensu tego tłumaczyć bo racjonalne argumenty nie działają na ludzi, którzy są w stanie paniki. Boją się, strach ich wziął w swoje posiadanie i żadnego głosu rozsądku ani innych uczuć, np. empatii, nie dopuści. Między nami głęboka przepaść, a my po jej obu stronach na przeciwległych brzegach.

Więc możemy się tylko sobie przyglądać i coraz bardziej wzajemnie się nienawidzić. Uważać się nawzajem za głupców, oszołomskich lewaków lub prawaków, pożytecznych idiotów lub zatwardziałych nienawistników.

Ja szczerze powiedziawszy mam dość. Przynajmniej dzisiaj. Patrzę na obrazy z Paryża, który znam, byłam tam kilkanaście razy, mam tam bliskich przyjaciół, czuję jak blisko to się wydarzyło, głęboko mnie to rani i boli i jednocześnie zaczynam się bardzo bać reakcji, którą już podskórnie czuję. Napaści na imigrantów, na uchodźców, na Innych. Pogromy wiszą w powietrzu.

Zgadzam się z Betlejem, że należy przestać opisywać te wydarzenia językiem religijnym, to zasłona dymna, narzucona narracja mająca ukryć to, co jest prawdziwą przyczyną konfliktów, wojen, napaści – zawsze chodzi o władzę i pieniądze. Chrześcijańskie wyprawy krzyżowe pod pretekstem ochrony miejsc świętych i relikwii przynosiły wymierne korzyści ekonomiczne, a św. Inkwizycja paląc heretyków utrwalała po prostu władzę Kościoła.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Nie zgadzam się z nim natomiast, kiedy wzywa „Dont’pray. Think”. Modlitwa jest wielu ludziom po prostu niezwykle potrzebna, bez niej trudno było by im żyć i nikomu nie wolno im tego prawa odbierać. A jedno nie musi wykluczać drugiego. Poza tym, jeśli wierzymy w to, że świat w ruch wprawia energia, a jak rozumiem Rafał w to wierzy, nie należy nie doceniać tej energii, która tkwi w sile wspólnej modlitwy – w jakimkolwiek języku i do jakiegokolwiek Boga.

Dzisiaj racjonalna, spokojna, pozbawiona wrogości rozmowa z myślącymi inaczej stała się niemożliwa. Więc idę pomodlić się do mojego Boga, żeby nie doszło do odwetowych pogromów. Czuję, że już nic więcej nie mogę zrobić.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +280, liczba głosów: 722)
Loading...