Schizma na horyzoncie

 

Możemy się spodziewać, że papież Franciszek (albo jego następca) znacząco zliberalizuje kościelne nauczanie, choćby w kwestiach tak drażliwych, jak antykoncepcja, in vitro, małżeństwa homoseksualne czy udzielanie Komunii osobom żyjącym w ponownych związkach. Ale nie z powodu głębokiego namysłu. Istotny będzie tylko napór wiernych na reformy i oczekiwania ludzi.

Papież zatem zdecyduje się na modernizację nie dlatego, że ją głęboko popiera, ale wyłącznie dlatego, że Kościołowi ubywa wiernych i coraz silniejszy jest w Kościele głos elastycznych i mocno zlaicyzowanych społeczeństw Zachodu – takich choćby, jak niemieckie – z ich wyjątkowo awangardowymi teologicznie episkopatami.

Postępowi Niemcy

Biskupi niemieccy już od dawna uprawiają teologię inaczej, niż to się robi w Rzymie, a już na pewno inaczej, niż znamy to z Polski. Wybiegają znacząco naprzód, są śmiali w postulatach, chętnie wkładają kij w mrowisko i wywracają stolik, przy którym siedzą. Nie boją się konfrontować dogmatów z życiem, sprawdzać ich. Nie boją się badać wytrzymałości doktryny na krytykę. To odważni akademicy, którzy umieją doktrynę analizować i zadawać celne pytania o to, co naprawdę jest w niej konieczne. Poza tym to czuli, uważni duszpasterze, którzy widzą, jak się żyje w ich parafiach. Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że większość niemieckich katolików gwiżdże sobie na różne kościelne zakazy w dziedzinie seksualności, po prostu żyje po swojemu i twierdzi, że krzywda się im od tego nie dzieje. Biskupi niemieccy to rejestrują, są otwarci na to, że życie okazuje się nierzadko mądrzejsze od doktryny.

Papież wobec takiej presji nie będzie miał pola manewru. To, co się dzieje, to płynąca rzeka i próba jej zawracania byłaby wyłącznie nieskutecznym gestem rozpaczy. Dlatego spodziewać się możemy coraz większej miękkości Ojca Świętego, coraz większej dyplomatyczności, aż po całkowitą zgodę na postulaty reformatorów.

Konserwatywni Polacy

Po drugiej stronie barykady nikt jednak nie zasypia gruszek w popiele. Skrzydło konserwatystów jest dość aktywne, a najdonioślejszym głosem tej frakcji jest ten polskich biskupów. Polscy biskupi – na przykład Hoser czy Gądecki – bardzo pilnują tego, by w kościelnej nauce ani jota nie została zmieniona i by wzorem dla dobrego duszpasterstwa pozostały wskazania Jana Pawła II. Dlaczego polskim hierarchom tak mocno zależy na utrzymaniu w niezmienionej postaci kościelnego nauczania o seksie: o antykoncepcji, in vitro czy związkach jednopłciowych?

Wesprzyj #Medium

Oczywiście należy wpierw powiedzieć, że z samego tego uważania niewiele jeszcze wynika. To tylko retoryka, argumenty w tej sprawie są – jak w każdej kościelnej kwestii – dziurawe i nieewidentne. Nie ma raczej sensu podnosić kwestii źródłowych, filozoficznych, bo są zbyt zagmatwane i – jak już wyżej pisałem – nie tu dokona się przełom. Reformy przyjdą nie przez rewolucję filozoficzną, ale oddolnie, po prostu z naporu zachodnich wiernych. Jeśli więc napór progresistów ma w istocie charakter ilościowy, to i opór integrystów ma taką ilościową naturę. Chodzi im najnormalniej w świecie o utrzymanie rządu dusz, o wpływy i kontrolowanie sumień.

Polscy biskupi doskonale wiedzą, że jeśli stracą możliwość regulowania swoim wiernym spraw płciowości, możliwość grania na tej sferze różnymi lękami, kompleksami i stereotypami, możliwość wzbudzania w Polakach ciągłego poczucia winy, to Polacy się im w którymś momencie wyślizgną z rąk i nigdy już może do Kościoła nie wrócą.

Takie rozprężenie byłoby zupełnie zrozumiałym i zwyczajnym skutkiem wieloletniego duszpasterstwa opartego na strachu i moralnych szantażach. Biskupi polscy słusznie się boją rewolucji, bo na demonizowaniu takich kwestii, jak antykoncepcja, in vitro czy homoseksualizm, zbili wielki kapitał. Jeśli wierni zobaczą, że można żyć inaczej, że bezwzględność biskupów wcale nie była konieczna, że można było postępować łagodniej, trzasną za sobą drzwiami. To dlatego biskupi polscy za wszelką cenę chcą zablokować reformy: z obaw o to, że kurtyna pójdzie w górę i stracą masę wiernych, dotychczas trzymaną w ryzach.

Jeśli biskupi polscy tę grę przegrają, będą mogli się pożegnać ze swoją pozycją narodowych książąt. Staną najpewniej przed widmem pustych kościołów.

Franciszek i owca

 

Schizma?

Jedynym rozwiązaniem, by ocalić wielkość polskiego Kościoła, byłaby schizma. Zerwanie łączności z papieżem-reformatorem i ogłoszenie się jedynym prawdziwym Kościołem katolickim, wiernym Ewangelii, wiernym niezmiennej chrystusowej nauce.

Kościół w Polsce niewątpliwie ma zadatki na stanie się wspólnotą odrębną, schizmatycką, nawet sekciarską. Od dawna przecież rozwija narracje niepowtarzalne, iście baśniowe, niespotykane nigdzie indziej w Kościele. Przesadny, iście bałwochwalczy kult Maryi, ogromna potrzeba uzgadniania z nauką Kościoła spraw państwowych, apoteoza ojczyzny i duża romantyczność kościelnych akcji politycznych – to wszystko dowodzi dużego ekscentryzmu Kościoła w Polsce. Osobliwość polskiego Kościoła predysponuje go do schizmy. Być może wystarczy tylko iskra.

Taka schizma mogłaby na jakiś czas utrzymać moralną dyscyplinę polskich katolików (bo samozwańczy „jedyny prawdziwy Kościół” działałby na wyobraźnię i był bardzo magnetyczny), a przynajmniej pozwoliłaby policzyć najwierniejszych wyznawców, scementować ich.

Oczywiście ostatecznie taki Kościół mógłby się nie utrzymać na powierzchni, choćby z powodów finansowych, a także dlatego, że duża grupa wiernych bardzo szybko mogłaby się zorientować, że coś jest z tym wszystkim poważnie nie tak, że ten ich „jedyny prawdziwy Kościół” to w istocie lokalna organizacja, a oni sami są dziwakami. Ostatecznie więc najtrzeźwiejsi wierni pewnie i tak odpłynęliby ze schizmatyckiej wspólnoty, a ci najzagorzalsi zwolennicy zamieniliby się w tragikomiczną sektę.

Schizma ogólnoświatowa

Kościół w Polsce po schizmie wcale nie musiałby, rzecz jasna, działać w pojedynkę. Mógłby zewrzeć szyki z innymi katolickimi konserwatystami z całego świata i stworzyć osobliwą konserwatywną wspólnotę różnych Kościołów lokalnych. Mógłby poszukać dla niej jakiejś szerszej formuły istnienia, formuły analogicznej do Unii Utrechckiej, a może nawet z nią spowinowaconej. Jeśli za schizmą biskupów polskich poszłyby inne episkopaty, to moglibyśmy mieć w Kościele do czynienia ze schizmą ogólnoświatową. Nowa wspólnota byłaby dość mocna, stabilna, o wyraźnej tożsamości, z dużym gronem oddanych wiernych.

Realny jest też scenariusz, że konserwatyści nie ogłoszą schizmy, ale po prostu przypuszczą szturm na Rzym, zarzucając papieżowi-reformatorowi, że nie ma prawa zajmować Stolicy Piotrowej, skoro zdradził naukę Chrystusa.

Spodziewać się można w takim przypadku próby podważenia władzy Franciszka. Takie próby już są zresztą czynione. Świadczy o tym artykuł opublikowany pod poniższym linkiem: http://stacja7.pl/z-watykanu/tak-to-naprawde-franciszek/

Zdaniem wielu konserwatystów, przeczuwających nastanie reform, Franciszek w ogóle nie jest papieżem, a Stolica Piotrowa ciągle należy się Benedyktowi XVI. Kościół w ogóle nie musi słuchać Franciszka-przebierańca. Taki napór konserwatystów, jeśli byłby udany (na co bym jednak grosza nie postawił) , doprowadziłby Franciszka do abdykacji i zaowocował wyborem nowego papieża, bardziej zachowawczego. Obroniłaby się wtedy jedność Kościoła Rzymskiego, ale zyskałby on mocno wsteczny rys.

Należy, rzecz jasna, brać pod uwagę także taki scenariusz, że konserwatyści przystaną na reformy i pogodzą się ze swoją wielką porażką.

Jestem ciekawy schizmy

Nie życzę jej Kościołowi, ale zarazem upatruję w niej dużych szans na ulepszenie myślenia wiernych o Kościele, na poprawę ich świadomości eklezjalnej. Od ostatniej wielkiej schizmy w Europie minęło pięćset lat, nikt już nie nosi w sobie tego ducha schizmatyckiego, tych schizmatyckich emocji i nadziei. Kościoły protestanckie uchodzą za pełnoprawne, autonomiczne wspólnoty, nie myśli się już o nich jako o efektach rozłamu. Doświadczenie schizmy – rozumiane jako doświadczenie poznawcze, jako wyzwanie intelektualne, jako swoisty teologiczny eksperyment – jest nam kompletnie obce.

Myślę, że schizma musi w wiernych rodzić pytanie o prawdziwość Kościoła, o prawdziwość jego boskiego pochodzenia, o prawdziwość jego związków z Chrystusem i o prawdziwość jego nauki. W warunkach względnej jedności Kościoła, w czasach, w których nie obserwuje się schizm i herezji, a Kościół Rzymski ma mocną, scentralizowaną władzę, łatwo żyć w przeświadczeniu, że tak mocna struktura nie może być fałszywa. Łatwo też żywić przekonanie, że głos o Jezusie jest jeden, scentralizowany, dyktowany przez papieża. To, że tak nie jest, że wypowiedzi o Jezusie jest mnóstwo i że są różnorodne, nie musi do wiernych docierać, nie musi być argumentem przeciw jedyności, prawdziwości i powszechności Kościoła, bo wszelkie podziały są po prostu dawne i wierni do nich przywykli. Ułożono im w głowach, że prawdziwy i apostolski Kościół to ten w Rzymie, a reszta to małe, nic nieznaczące odpryski.

Wiernym ta świadomość wystarcza, bo sprawa dawnych schizm nie jest już w ogóle namiętna i nie stymuluje do artykułowania pytań. Mało kto dotrze do faktu, że prawosławie to Kościół niemal tak wielki jak rzymski katolicyzm i że całkiem sensownym jest pytać, dlaczego to jego nie uważać za jedyny prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa, zwłaszcza że on sam siebie tak określa. Mało kto też dostrzeże, że wiele jest wspólnot protestanckich, a to znaczy, że chrześcijaństwo miało ogromną dynamikę i rzymska stabilność, centralizacja i uporządkowanie przekazu wiary niekoniecznie były dla wszystkich naturalne.

Żeby umieć wyciągać ważne wnioski z różnorodności grup chrześcijańskich, żeby zobaczyć, że ta jedność Kościoła to mit i siła Rzymu wcale nie oznacza jedności, współcześni wierni musieliby schizmy doświadczyć na własnej skórze.

Musieliby zobaczyć osobiście, jak pęka ich wielki Kościół Rzymski i jak trudno już im wypowiadać wiarę, że jest jeden, że ma jedną linię, jednego przywódcę i jeden prawdziwy, odwieczny program.

Po takich wydarzeniach, myślę, ubyłoby trochę kościelnych pyszałków. W imię czego niby mieliby się domagać wtedy uznania dla swoich racji? W imię popękanego Kościoła, który się rozpadł przez seksualną rewolucję?

 

 

The following two tabs change content below.

Jarosław Dudycz

Ostatnie wpisy Jarosław Dudycz (zobacz wszystkie)