Izolowanie Rosji, kowbojski język – to może nas wpędzić w III Wojnę Światową

W Waszyngtonie obowiązuje twardy język wobec Rosji. Mówi się o konieczności ukarania prezydenta Putina za jego działania na Ukrainie i w Syrii. Ale ta polityczna brawura dokonuje się z pominięciem narodowych interesów Rosji – tak jakby ten kraj ich nie miał. Nikt nie pamięta, że Rosja może mieć jakieś swoje „czerwone linie”, granice poza którymi czuje się zagrożona. Ten styl może doprowadzić do wojny nuklearnej.

Za conflictsforum.org – Autorem tekstu jest Alastair Crooke – brytyjski dyplomata, który był wysokim urzędnikiem brytyjskiego wywiadu i dyplomacji Unii Europejskiej. Crooke jest założycielem i dyrektorem Conflicts Forum, które działa na rzecz porozumienia politycznego między islamem a Zachodem.

Wszyscy znamy obowiązującą narrację, w której my, Zachód tkwimy od lat. Jest to narracja zimnej wojny: „Imperium Zła” czyli Rosja kontra Ameryka, a więc świat demokracji i wolności. Jak pisał profesor Ira Chernus: my jesteśmy „ludźmi”, a oni – czyli Rosja i teraz ISIS nie, więc w niczym nie wolno nam się z nimi zgodzić, w niczym ustąpić i musimy robić wszystko odwrotnie.

„Skoro oni reprezentują absolutne zło, my musimy być ich absolutnym przeciwieństwem. To stara apokaliptyczna opowieść: lud boży w walce z Szatanem. Ta narracja zakłada, że nigdy nie będziemy musieli poczuwać się do jakiegokolwiek wspólnoty z wrogiem.”

Oto ideologiczna podstawa roszczeń Ameryki i Europy do swojej naczelnej pozycji i światowego przywództwa.

Mieszkańcy Zachodu mogą sobie wyobrażać, że myślą realistycznie i naukowo, ale chrześcijański sposob konceptualizacji świata wciąż przenika ich współczesną politykę zagraniczną.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

To jest narracja zbudowana podczas zimnej wojny ery Reagana. A wynikająca z niej polityka to twarda opozycja Ameryki wobec Rosji oparta na dominacji finansowej i militarnej, bez jakichkolwiek ustępstw.

Czasami umyka naszej uwadze, jak neokonserwatyści ery Busha  przekierowali tę opowieść w stronę Bliskiego Wschodu, uznając arabskich sekularystów i członków parti Ba’as za potomków „Szatana”: w 1996 roku David Wurmser zalecał „przyspieszenie naturalnego upadku” rządów świeckich arabskich nacjonalistów w ogóle, a Baas w szczególności. Zgadzał się z królem Jordanii Husajnem, że​”zjawisko baasizmu” od samego początku było „inplantem polityki zewnętrznej” – w domyśle sowieckiej.

Poza tym, że węszono w sekularnych partiach przyczułków socjalizmu, to jeszcze państwa te były wrogie w stosunku do Izraela. Tak więc – na zasadzie, że jeśli mój wróg jest i twoim wrogiem, to znaczy, że ty jesteś moim przyjacielem – królowie, emirowie i monarchowie na Bliskim Wschodzie stali się nagle przyjaciółmi buszowskich neokonserwatystów. I pozostają nimi do dziś – pomimo że ich interesy znacznie odbiegają od interesów USA.

Taka polityka i narracja – jak mówi profesor Steve Cohen, czołowy znawca Rosji w USA – uniemożliwiły Ameryce dojście do jakiegokolwiek wzajemnie akceptowalnego modus vivendi z Rosją – którego Amerykanie potrzebują, jeśli poważnie myślą o likwidacji zjawiska dżihadu lub rozwiązaniu konfliktu syryjskiego.

Co więcej, narracja zimnej wojny po prostu nie odzwierciedla historii, ale raczej ją stwarza, uniemożliwiając przy tym Ameryce prawdziwe zrozumienie „zdemonizowanych tyranów” – czy to będzie rosyjski prezydent Władimir Putin, czy przywódca Baas prezydent Baszar al-Assad.

W rzeczywistości państwa i ich przywódcy, często w ogóle nie są tym, co sobie wyobrażamy. Jak pisze Cohen: „Szansa na trwałe partnerstwo strategiczne pomiędzy Waszyngtonem a Moskwą została zaprzepaszczona w 1990 roku, gdy rozpadł się Związek Radziecki. A nawet wcześniej, gdyż w erze Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa pojawiła się szansa strategicznego partnerstwa w latach między1985-89. Ale nie było już jej za Clintona – i nie w Moskwie, ale w Waszyngtonie – tam została ta szansa roztrwoniona. Nie tylko nie mamy partnerstwa, ale od co najmniej kilku ostatnich lat (może od czasu wojny gruzińskiej w 2008 roku) mamy dosłownie nową zimną wojnę z Rosją.

Nowa Zimna Wojna

Wiele osób obecnych w polityce i mediach nie chce nazwać obecnej sytuacji po imieniu, bo jeśli przyznają, że jesteśmy w zimnej wojnie, będą musieli wyjaśnić, co robili w ciągu ostatnich 20 lat. Wolą więc twierdzić, że to nie jest zimna wojna.

Co więcej: ta nowa zimna wojna może się okazać dużo bardziej niebezpieczna niż w poprzednia. Z kilku powodów. Po pierwsze, epicentrum wcześniejszej wojny znajdowało się w Berlinie, wcale nie tak blisko od Rosji. Pomiędzy Berlinem a Rosją rozciągała się ogromna strefa buforowa w Europie Wschodniej. Dziś epicentrum jest na Ukrainie, czyli dosłownie na granicy Rosji, co robi Rosję dużo bardziej wrażliwą.  To ukraiński konflikt stworzył ten punkt zapalny, a Ukraina pozostaje tykająca bombą zegarową. Konfrontacja odbywa się nie tylko na granicy rosyjskiej, ale w sercu rosyjsko-ukraińskiej „cywilizacji słowiańskiej”. To jest wojna domowa z implikacjami tak głębokimi – w pewnym sensie – jak wojna domowa w Ameryce.

Profesor Cohen mówi dalej tak: „Jest jeszcze gorzej – możecie pamiętać, że po kryzysie kubańskim, Waszyngton i Moskwa dopracowały się zasad wzajemnego postępowania. Poltycy po obu stronach zauważyli, jak niebezpiecznie blisko świat znalazł się od wojny nuklearnej. Każda strona wiedziała, gdzie druga strona ma swoje nieprzekraczalne granice. Obie strony zahaczały o te granice od czasu do czasu, ale natychmiast się wycofywały, gdyż rozumiały jaka jest umowa.

Dziś czerwone linie, czyli wzajemne granice nie istnieją.

Jedną z rzeczy, którą Putin i jego poprzednik, prezydent Miedwiediew, uparcie powtarzają Waszyngtonowi jest ostrzeżenie, że USA przekracza rosyjskie czerwone linie. Natomiast Waszyngton odpowiada: „Nie macie żadnych czerwonych linii. To my mamy czerwone linie, których wy nie możecie przekraczać i to my możemy mieć bazy wojskowe wokół granic Rosji, ale wy nie możecie mieć baz w Kanadzie czy Meksyku”.

To wyraźnie pokazuje, że dziś nie ma wzajemnych zasad postępowania a USA przyznały sobie prawo do samowoli.

Inną ważną różnicą dzisiejszej sytuacji jest fakt, że dzisiaj nie ma absolutnie żadnego zorganizowanego ruchu antywojennego w Stanach Zjednoczonych – nie ma go w naszych partiach politycznych, nie ma w Białym Domu, nie ma w Departamencie Stanu, nie ma go w mediach głównego nurtu, ani nawet na uniwersytetach czy think tankach. Z wcześniejszych ruchów do dziś nie przetrwało nic.

Pojawia się pytanie: Kto jest odpowiedzialny za powstanie tej nowej zimnej wojny? Nie zadaję tego pytania, żeby wskazywać kogoś palcem. Media obecnego amerykańskiego establishmentu politycznego odpowiadają jednoznacznie, że to wszystko wina Putina – jego i tylko jego. My w Ameryce nie zrobiliśmy niczego złego. W każdym posunięciu odsłanialiśmy cnoty i mądrość, natomiast Putin pokazywał tylko agresję – to zły człowiek. A w związku z tym, nad czym tu się zastanawiać? To Putin ma nad czym myśleć, nie my.

Te dwie narracje: zimnowojenna i jej późniejsza wersja bliskowschodnia dają – w naszym mniemaniu – prawo Ameryce do zajęcia miejsca globalnego hegemona. Jak to ujął Bill Kristol (w 2002 roku): „ze względu na nasze zwycięztwo w zimnej wojnie Ameryka może i musi się stać życzliwym globalnym hegemonem, wprowadzającym i gwarantującym nowy porządek na świecie. Aby zrobić omlet, trzeba zbić kilka jaj” – te jaja do rozbicia do Saddam, Assad, Putin – no i tysiące ofiar przy okazji.

Prezydent Obama nie jest żadnym neokonserwatystą, ale jest zmuszony grać w grę pod tytułem „globalny hegemon”. Musi ponieść to dziedzictwo, albo zostanie okrzyknięty architektem upadku Ameryki. Dodatkowo prezydent jest otoczony przez ludzi pokroju Samanthy Power, którzy go przekonują, że obalenie „tyrana” Assada będzie końcem Wahhabitów i utoruje drogę do władzy „umiarkowanym” dżihadystom, takim jak Ahrar al-Sham.

Jest to także – według nich – droga do zniszczenia ISIS.

Zachód dąży do narzucenia dyktatu Rosji

W praktyce, obalenie prezydenta Assada przyczyni się do czegoś dokładnie odwrotnego: wzmocni ISIS, a konsekwencje będą odczuwalne na całym Bliskim Wschodzie – i poza nim. Prywatnie prezydent Obama może rozumieć naturę i niebezpieczeństwo idące za rewolucją kulturalną Wahhabitów, ale oficjalnie wydaje się skłaniać do przekonania, że ​wszystko się zmieni na lepsze, gdy tylko prezydent Assad zniknie. Kraje Zatoki Perskiej mówiły to samo o premierze Nouri al-Maliki w Iraku. Maliki odszedł (na razie) i co się zmieniło? ISIS stał się silniejszy.

Oczywiście, jeśli uznamy ISIS za zło, zło oparte na bezmyślnym mordowaniu, uznamy za głupstwo zastanawianie się nad ich  rzeczywistymi motywami. W końcu coś takiego oznaczałoby, że uznajemy ich za ludzi, których motywy są jakoś osadzone w historii. Byłoby to współczuciem dla diabła. Jak zauważa profesor Chernus, idąc za tą logiką musimy ignorować wszystkie dowody, że bojownicy Państwa Islamskiego mogą mieć ludzkie odruchy lub jakieś zrozumiałe motywacje.

Ale ISIS ma bardzo wyraźne ludzkie motywacje i jasno sformułowane cele polityczne, i żaden z nich nie jest w najmniejszym stopniu zgodny z tą wizją państwa syryjskiego, jaką dla Syrii ma Ameryka. I w tym najlepiej widać, że bardziej jesteśmy przywiązani do swoich wyobrażeń niż jesteśmy gotowi do realnej oceny sytuacji.

Ameryka leży daleko od Syrii i Bliskiego Wschodu i jak zauważa profesor Stephen Cohen, „informacje z teatru wojennego zdają się wskazywać, że Biały Dom i Departament Stanu myślą przede wszystkim o tym, jak powstrzymać Rosję w Syrii, gdyż dominuje przekonanie, że Rosja osłabia przywództwo Ameryki w świecie. Widzimy tu w działaniu sterego wirusa strachu o pozycję Ameryki w świecie.”

Wraz z upadkiem Związku Radzieckiego rozpowszechniło się fałszywe przekonanie, że zagrożenie jądrowe minęło: w rzeczywistości zagrożenia jądrowe stały się dużo bardziej zróżnicowane i trudne do przewidzenia. Elita polityczna wydaje się o tym zapominać. Zawdzięczamy to administracji Clintona (i do pewnego stopnia pierwszemu przemówieniu prezydenta Busha po jego reelekcji). Niestety moja ocena jest odwrotna: dziś zagrożenie wojną jądrową jest większe niż kiedykolwiek.

Europa jest wspólnikiem USA w antyrosyjskiej polityce w Syrii.  Europejczycy starają się wywierać presję na Rosję poprzez sankcje ekonomicznie, poprzez wspieranie Ukrainy i zachęcanie Czarnogóry, Gruzji i krajów Bałtyckich do przystąpienia do NATO – może trzeba by sformułować następujące twierdzenie, że determinacja z jaką Rosja unikna wojny – prowadzi do wojny.

Rosyjskie wezwanie do Zachodu, by Zachód podął współpracę z Rosją w walce z plagą ISIS, jest dość łagodną odpowiedzią na takie prowokacje jak zestrzelenie rosyjskiego bombowca Su-24 w Syrii; natomiast spokojna i wyważona retoryka prezydenta Putina jest wykorzystywana przez Waszyngton i Londyn jako dowód na słabość Rosji.

W skrócie można naszą dyplomację wobec Rosji przedstawić tak: albo zgodzicie się na „życzliwego amerykańskiego hegemona”, albo musicie się szykować do wojny.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +16, liczba głosów: 22)
Loading...
The following two tabs change content below.