Mieliśmy dla ludzi PiS tylko kłamstwo, szyderstwo i przemoc.

Czy ten PiS jest taki straszny, czy to my czujemy się zagrożeni? Czego bronimy atakując PiS: demokracji i konstytucji, czy status quo? Może jest tak, że nie potrafimy po prostu dostrzec przemocy, której staliśmy się źródłem?

Byłem 10 listopada pod pałacem namiestnikowskim i zarejestrowałem tę scenę: biało-czerwony krzyż ze zniczy, aranżacja kwiatowa z portretem Lecha Kaczyńskiego, wszystko równo ustawione, pani z flagą i jakiś mężczyzna wyglądający na osobę umysłowo opóźnioną, który wypręża się dumnie w swoim komicznym wdzianku. Tak, śmieszył mnie ten człowiek ale i przerażał – zaraz wyjaśnię. To wszystko ustawione jak przez współczesnego artystę, który konstruuje surrealistyczną rzeczywistość z odprysków symboli. Właściwie ja sam mógłbym to zaaranżować w ten sposób – przypomniała mi się moja kapliczka telewizyjna sprzed lat – gdybym jeszcze miał siłę. Ale w Polsce tego rodzaju aranżacje artystyczne nie są potrzebne, gdyż artystów wyręczają samozwańczy symboliści. Tacy jak autor tego krzyża.

Śmieszył mnie ten człowiek, ale i przerażał. Śmieszył mnie w swojej naiwności, w swoim stroju, w swojej dziecięcej dumie, z jaką wyprężał pierś, gdy wyciągnąłem aparat, by zrobić mu zdjęcie. Przerażała mnie natomiast jego autentyczność: on tam był, gdyż w to wierzył. On tam był z jakąś misją. Misją dla mnie niepojętą. Wylazł z jakiegoś nieznanego mi kąta, by przyjechać pod pałac namiestnikowski w Warszawie i samozwańczo stanąć, jako obrońca Polski. On, półgłówek z prowincji broni Polski w akcie komicznego heroizmu. Przed kim? Chyba także przede mną.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Przed pałacem Namiestnikowskim w Warszawie w miesięcznicę Smoleńska.

 

I proszę się nie oburzać! Moje słowa, choć mogą się wydawać pejoratywne, są po prostu próbą opisania moich subiektywnych odczuć. Nic do tego człowieka nie mam. Nic poza nieskończonym poczuciem solidarności. Rozumiem go, współczuję mu. Doceniam jego odwagę. Przed chwilą było ich więcej, tych ludzi, których nie znam. W wytartych kurtkach, bida szalach, w ciuchach kupionych na wagę. Jacyś niedomyci, niedogoleni. Biedni po prostu. Być może rycerz z szarfą to najinteligentniejszy człowiek na świecie, a dziś jest dyrektorem NBP. A ta zabiedzona pani ministrem oświaty. Życzę im tego.

Kiedy na niego patrzę, na tego rycerza przy kwiatach, staje przede mną inne pytanie: Kim ja jestem?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

No właśnie… To jest chyba sedno… I od razu sobie myślę, jaki ja w porównaniu do tego człowieka jestem potężny. Jestem wielki, dobrze zbudowany, mam wszystkie klepki na miejscu, czytałem Dostojewskiego, byłem na studiach, mam rodziców z wyższym wykształceniem, mam tupet i nowoczesny światopogląd, znam wszystkich, widziałem wszystko, byłem wszędzie, mogę wszystko. I dociera do mnie, że w stosunku do niego jestem burżujem. Jestem establishmentem. Jestem uciskiem. I dociera do mnie, że ten człowiek przyszedł tu, żeby mnie trochę przepchnąć.

Stanął w najbardziej reprezentacyjnym punkcie miasta, żebym JA nie mógł tam stanąć. Ja, który zabrałem mu wszystko. Zabrałem mu wszystko, ale on mi nie odda tego jednego miejsca. Tam on będzie stał. Tam jest jego reduta. Wstąpił na działo.

Niesamowite jest to, jaką mnie to napełnia furią. Jak bardzo mnie on wkurza! Chciałbym, żeby rycerz wrócił do swojej nory… Wyrażam tę ochotę na facebooku, gdy ze znajomymi komentuję to zdjęcie. Mój język jest językiem przemocy.

My, na lewicy, (choć ja akurat jestem radykalnym centrystą) mówimy o solidarności i tolerancji. Czy mieliśmy ją dla nich? Czy to tylko frazesy? Może potrafimy sobie tę tolerancję tylko podtykać wzajemnie pod nos przy kieliszku wina na wernisażu Rajkowskiej? Po moim tekście o marszu Niepodległości, w którym próbowałem przedstawić ten marsz jako wydarzenie klasowe, pojawiła się fala lewicowych zapewnień, że absolutnie nie ma dla nich tolerancji i kompletnie nie czuje solidarności z tymi faszystami. Czyż to nie symptomatyczne dla lewicy? Ta niechęć i odrzucenie? Aby tylko nie splamić się jakimkolwiek gestem solidarności z tymi ludźmi. W radiu słucham posła PO, teraz w opozycji, i mam wrażenie, że słyszę Joachima Brudzińskiego z jego tępą narracją sprzeciwu. Nie ma w tym żadnego zainteresowania, żadnej chęci zrozumienia, nie mówiąc już o pomocy. Jakby to był grzech.

Proszę nie rozumieć tego tak wprost. Nie chodzi to u mnie i o niego, to działa trochę szerzej. Ja jestem przedstawicielem i on jest przedstawicielem. Ja zabrałem mu wszystko, to znaczy zabrałem mu rodzinę, miasto, pracę, możliwości. I symbole. Wlazłem w to wszystko i o nic go nie pytałem. Uznałem, że wiem lepiej. Tak działa każdy establishment, tak działa każda przemoc strukturalna. Uznałem, że powinniśmy mieć kapitalizm i mieliśmy kapitalizm. Sobie przyznałem konto internetowe z kartą kredytową, a jemu dałem chwilówki. Uznałem, że powinniśmy być w Unii Europejskiej i jesteśmy. Sobie dałem bilet po Europie bez paszportu, a jemu dałem latyfundystę, który przejął ziemię po jego PGRze. Uznałem, że powinniśmy być w NATO i jesteśmy. Czerpię z tego poczucie bezpieczeństwa i dumy, dla niego to jest utrata suwerenności. Szczególnie, że uznałem natychmiast, że geje będą się żenić, in vitro będzie refundowane, ja będę żył na kocią łapę z koleżanką ze studiów, a jego zostawię w zgrzebnej koszuli z poczuciem, że jest nieskończenie zacofany.

My, na lewicy, chcemy współczuć i walczyć o prawa słabszych? Ale tych słabszych zdefiniowaliśmy sobie w modnych kategoriach ludzi, których nigdy nie spotykamy. Jesteśmy czuli i walczymy o prawa duchów i symboli. Gejów, żydów, niewidomych, rowerzystów i uchodźców. I bardzo dobrze, jeśli ich znamy. Czy mamy jednak współczucie i chęć walki o ludzi, którzy są wśród nas? Na kasie w Tesco. Mieszkają piętro niżej i są na emeryturze? Zdychają w Skierniewicach przy taśmie Amazona? Idą z pielgrzymką do Częstochowy, gdzie stają się naszym pośmiewiskiem?

Może trzeba zacząć mówić wprost. Zdizajnowaliśmy sobie nasze współczucie i walkę o wykluczonych tak samo jak hipsterskie brody i miejskie rowery. Tyle w nich treści co w jabłku makintosza.

Tak jak i podczas marszu Niepodległości tak pod pałacem prezydenckim nie chodzi o Boga i o Smoleńsk, ani nawet o Polskę. Chodzi o godność. Półgłówek walczy o godność. Swoją i tej zabiedzonej pani, która stoi tam z flagą. Ten świat, który był dla niego ważny, został rozbity. On sam został uznany za lenia, który nie potrafi sobie poradzić, nie potrafi skorzystać z szans, które przecież stworzyliśmy dla niego w takiej zawrotnej ilości. Przecież ma Tesco! Więc o co mu chodzi!

Dla niego z tym moim segregowaniem śmieci, wegetarianizmem i rowerem miejskim jestem tyko zwyczajnym hipokrytą. Kłamcą i pasożytem. Złodziejem.

I dociera do mnie, że ja tego człowieka nie znam. Nic o niem nie wiem. Nigdy nie słyszałem jego historii. A przecież to człowiek. Człowiek. Taki sam, jak ja. Myślę, że gdybyśmy poszli do Syrenki razem, to byśmy się zaprzyjaźnili.

Jak by to prosto wyrazić? Tak najzwyczajniej… Wydaje mi się, że nie zorientowaliśmy się, my w Warszawie, kiedy staliśmy się establishmentem broniącym status quo. Nie potrafimy zrozumieć, na czym polega wywierana przez nas przemoc. Żaden z nas nie jeździ busem z Łochowa do pracy w Garwolinie na obróbkę jabłek. Po prostu. Jesteśmy gdzie indziej. Stworzyliśmy sobie obraz normalności, który kazaliśmy wszystkim zaakceptować. I nawet nie widzimy w tym uzurpacji!

Kiedy patrzę na PiS nie widzę zamachowców. Nie widzę dziczy. Nie podpisuję się pod apelami o odwołanie prezydenta, o postawienie Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu. Nie chcę emigrować. Raczej widzę w PiSie ludzi, którzy – jak ten półgłówek spod pałacu – złapali wreszcie przyczółek i chcą wprowadzić swój świat. Chcą, żeby to ich normalność była teraz normalnością ogólną, bo naszej normalności mają po uszy. Teraz oni chcą pobyć trochę establishmentem a przy okazji odkręcić kilka fatalnych w ich mniemaniu decyzji, które podjęliśmy my.

Dobro i zło?

Tak, znam tę śpiewkę, ale nie kupuję jej. Nie kupuję jej, gdyż wiem, że dobro i zło to fraktal, który zawsze tworzy dwa bieguny niezależnie od tego, w jakiej skali na niego patrzymy. Zło i dobro jest w PiSie. Zło i dobro jest w Trybunale. Zło i dobro jest w PO i wszędzie. Nie ma „dobrej” rzeczywistości, której należy bronić, tak jak i nie ma „złej” rzeczywistości, którą należy zwalczać. Dobro będzie się odradzać zawsze i wszędzie, tak jak i zło.

W tym sensie może trzeba zacząć patrzeć na PiS jako na „wersję” rzeczywistości, którą opowiadają „inni” ludzie. Ci ludzie, którzy do tej pory byli poddani naszej przemocy. Może mają nam coś ciekawego do opowiedzenia? Może w istocie są naszymi sojusznikami? Jeśli uznamy, że i w nich jest „dobro”, że to są zwyczajnie jacyś „inni” ludzie, których po prostu nie znamy, bośmy ich nie widywali, którzy niosą jakiś swój los, jakąś własną potrzebę szczęścia, jakieś własne doświadczenie, to może moglibyśmy zrozumieć coś więcej?

I nie chodzi mi o to, że zło i dobro można zrelatywizować. Nie! Proszę bardzo, mogę zło i dobro nazwać po imieniu: dobrem jest solidarność, współpraca, szacunek, serdeczność, czułość, wzajemne zainteresowanie. Złem jest natomiast kłamstwo, odrzucenie, szydzenie i przemoc. Po prostu nie umiemy tego zła dostrzec w sobie. Nie potrafimy przyznać, że dla tych ludzi spod pałacu mieliśmy jedynie szyderstwo, kłamstwo, odrzucenie i przemoc. A więc właśnie zło.

Wesprzyj autora red. Rafał Betlejewski
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +452, liczba głosów: 708)
Loading...