Smutna porażka obrońców naszej wolności – słowo po debacie oksfordzkiej

Byłem wczoraj w Teatrze Polskim na debacie zatytułowanej „Trzeba porzucić podstawowe wolności, żeby zwalczyć muzułmański ekstremizm”. Wyszedłem z niej z niemiłym poczuciem, że obrońcy wolności są nieprzygotowani. Jąkają się i trzęsą, a szczytem ich argumentacji jest dygresja na temat Davida Hume’a. Kogo!? No właśnie….

Po stronie proponentów tezy siedział policjant celebryta, agent służb oraz wzmożony profesor, który potrafił krzyczeć jak ksiądz z ambony. Ich argumenty nie są dla mnie interesujące, gdyż agenci i policja zawsze będzie domagać się tego samego, czyli prawa do inwigilacji każdego i wszędzie. Zdejmują nam buty na lotniskach, każą odbijać linie papilarne tylko dlatego, że jedziemy nad morze z dziećmi, podsłuchują nam rozmowy i czytają maile, gdyż to się im należy. Jak to ujął Jerzy Dziewulski: jak znam ich słowa, to znam ich mowę, jak znam ich mowę, to znam ich myśli, a jak znam ich myśli to są moi… czy jakoś tak. Ciarki po plecach przechodzą. No wiadomo, gliniarz, któremu mamy wierzyć, bo „on strzelał i do niego strzelano”, więc on wie. Patrząc na niego, człowiek myśli z podziwem o wizjonerach, którzy uznali, że w państwach demokratycznych działalność takich ludzi będzie poddana pod ocenę instytucji cywilnych.

Słuchając go wyobraziłem sobie nawet, że siedzę w celi, do której wchodzi Dziewulski wyposażony w prawo do podtapiania mnie oraz szczucia psem… albo że gdy rozmawiam z kochankiem (a czemu nie?) z wypiekami na twarzy podsłuchuje mnie Gromosław Czempiński. Mroczki pojawiły mi się przed oczami.

Proponenci tezy nie powiedzieli nic nowego. Użyli argumentów, które znamy. Ale to do strony oponentów mam żal. Mam żal, gdyż przecież wystąpili w naszym – społecznym – imieniu. Nas bronili – nas! obywateli, przed gromadą facetów z giwerami, którym się wydaje, że mogą nami pomiatać jak bandą przedszkolaków. Oponenci mieli tam walczyć o nasze najżywotniejsze interesy. A wyszło co? Mizerota.

Proszę obejrzeć i posłuchać. Debata zaczyna się od 15 minuty.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

 

Z przykrością stwierdzam, że strona oponentów wyglądała na nieprzygotowaną.

Powiedzcie szczerze – zwracam się do oponentów – czy Wyście się chociaż spotkali wcześniej? Czy omówiliście swoją strategię? Czy przejrzeliście znane przecież argumenty aparatu siłowego? Mam wrażenie, że nie! Pokpiliście sprawę. Wyglądaliście jakbyście się spotkali po raz pierwszy. Zgroza. Zgroza, gdyż ta debata była dużo ważniejsza niż mogło się wydawać. Ktoś tego jednak słuchał. Ktoś na Was patrzył. I ktoś wyrabiał sobie zdanie…

Oponenci nie zdali sobie chyba sprawy z tego, jaka odpowiedzialność na nich ciąży. Na tle twardogłowych profesjonalistów, typu Dziewulski i Czempiński, wypadli jak grupa naiwniaków, którzy w konfrontacji ze współczesnym światem nie mają szans. Oczywiście bez Dziewulskiego.

Ta debata nie była tylko niewinną zabawą towarzyską. Ta debata była odzwierciedleniem procesów, które realnie zachodzą w naszych społeczeństwach, a których pierwszym etapem jest właśnie kształtowanie społecznej zgody poprzez media. To w mediach rozgrywała się ta debata, a więc w umysłach i sercach widzów i słuchaczy. Aby zabrać nam wolności obywatelskie i poddać inwigilacji w imię bezpieczeństwa najpierw trzeba nas zastraszyć, następnie poprzez media trzeba nam te zmiany sprzedać – wmówić, że są to rozwiązania racjonalne, tworzone dla naszego własnego dobra. Wczorajsza debata stała się właśnie tym: elementem fabrykowania społecznej zgody. Po stronie sił bezpieczeństwa są profesjonaliści, olbrzymie pieniądze, narzędzia nacisku i propaganda. Trzeba ich traktować bardzo poważnie, gdyż my mamy w opozycji tylko argumenty.

Po pierwsze, nie udało się obronić muzułmanów

Pani doktor habilitowana Katarzyna Górak Sosnowska, którą nota bene bardzo lubię, nie potrafiła przedstawić zjawiska „ekstremizmu muzułmańskiego” w naukowej skali. Nie powiedziała nam, czy on w ogóle występuje czy też jest to medialny strach na wróble, nie opowiedziała nam o jego źródłach, nie wskazała na rolę imperializmu euro-atlantyckiego w jego tworzeniu. Od wybitnej specjalistki w temacie nie dowiedzieliśmy się nic, gdyż – jak to ujęła – wszystko przecież napisano, więc po co powtarzać? Pani doktor nie powiedziała nic o procesach zachodzących w samym islamie, o dyskusji jaka się tam wewnętrznie toczy, ani nawet nie wskazała na fakt, że islam jest religią radości i szczęścia. Nic. Może ma rację pani doktor, że „wszystko napisano”, ale pani doktor straciła szansę na podanie nam tego wszystkiego w przekonywującej i porywającej sześciominutowej formie, którą można by było następnie wykorzystać jako osobny film na youtubie i przesyłać ludziom, którzy tego „wszystkiego” co pani Kasia nie czytali.

Po drugie, nie wiemy, jak ważne są nasze prawa

Adam Bodnar uznał, że ma jednak ważniejsze sprawy niż na forum publicznym walczyć o naszą wolność od Dziewulskiego – wiadomo – media to nie jest rzecz poważna zawsze można kiedy indziej. Zamiast siebie delegował na spotkanie bidulkę o uroczym spojrzeniu, która robiła wrażenie, że za chwilę wybuchnie płaczem. Nie tylko Dziewulski, ale i ja wśród publiczności miałem ochotę otoczyć ją ramieniem i odebrać jej wszystkie prawa w imię jej bezpieczeństwa. Trzęsło się to skarbiątko i jąkało, przez co niestety same słowa i argumenty wychodzące z drgających warg stały się niezrozumiałe. Okrutny jestem – wiem – ale w mojej krytyce nie chodzi mi o płeć pani Karoliny Miksy, tylko o jej przygotowanie. Jeśli pani Miksa wie, że ma problemy z opanowaniem emocji w wystąpieniach publicznych, jeśli umie realnie ocenić swoje niedomagania dykcyjne, to czyż nie powinna była poświęcić kilku godzin na wyrycie przemówienia na blachę? Czy ja w Teatrze Polskim i tysiące ludzi przy odbiornikach radiowych nie byli tego warci? Czemu sprawiła, że nie mogłem jej potraktować poważnie, że musiałem jej w tym teatrze współczuć i otaczać wyobrażeniowym ramieniem? Pani Miksa wygląda na osobę kompetentną. Jestem przekonany, że miała piątki na studiach prawniczych i że gdyby odrobiła swoją lekcję, potrafiłaby bronić moich podstawowych praw obywatelskich. Wygląda na osobę inteligentną, więc z pewnością potrafi argumentować… no ale wczoraj to była katastrofa.

Czy naprawdę ktoś uważa, że może przyjść do teatru, stanąć przed setką ludzi i z marszu powiedzieć coś sensownego?

Po trzecie, David Hume – przepraszam, Tomek Stawiszyński.

No i tu jest lepiej. Tomek był jedynym jasnym punktem w tej mojej otchłani beznadziei, w której się pogrążałem. Jego wypowiedź można odsłuchać, więc nie będę referował, ale najważniejsze było to, że podał dwa istotne argumenty: po pierwsze, że ograniczanie swobód obywatelskich i rozbudowywanie aparatu władzy służy samej władzy, która z definicji dąży do rozrastania się. Władza chce mieć więcej władzy, co nie wynika z dbania o dobro publiczne, ale o interes samej władzy. A interes władzy jest najczęściej sprzeczny z interesem obywateli. Po drugie, że aparat inwigilacji i bezpieczeństwa są po prostu świetnym interesem, a więc żądania Dziewulskiego i Czempińskiego są po prostu żądaniami branżowymi – grupa przedsiębiorców i pracowników sektora dąży do jego rozbudowania w celu zwiększenia zysków i wpływów. Ich „święte prawo” w gospodarce kapitalistycznej, jednak sposób w jaki sektor bezpieczeństwa chce te cele osiągać nie jest niewinny – stosuje się tu techniki globalnego zastraszania, manipulacji informacjami, lub dezinformacji, a często – jak to miało miejsce chociażby przy podpaleniu Reichstagu w 1933 roku – terroru skierowanego na własne społeczeństwo. Niedosyt jedna pozostał, gdyż Tomek postanowił ulec pokusie filozofa i zamiast mówić o sednie sprawy począł rozstrzygać wewnętrze sprzeczności zawarte w proponowanej tezie. Gdy padło nazwisko Davida Hume’a – 18 wiecznego filozofa – zamarłem w przeczuciu kolejnej katastrofy. Na szczęście, Hume nie zastąpił Stawiszyńskiego i mogłem odetchnąć.

Szkoda jednak, że zabrakło kropki nad i. Dziewulski i Czempiński powinni być dla Stawiszyńskiego łatwymi przeciwnikami. Wystawili mu się. Do tego stopnia, że Czempiński powiedział w pewnej chwili: „po rozwiązaniu problemu terroryzmu do demokracji będzie można wrócić” – czym wprost zasugerował, że żąda zniesienia demokracji… Jadnak Tomek nie skorzystał.

Porażka oponentów – porażka wolności

Wykorzystując swój potencjał, wiedzę i elokwencję oponenci mogli wczoraj w naszym imieniu koncertowo rozgromić Dziewulskich i wszystkie ich argumenty. To zwycięstwo mogłoby potem być cytowane i powtarzane. Mogli nam wszystkim dać argumenty do użycia w naszych własnych prywatnych rozmowach z twardogłowymi Dziewulskimi przy stołach wigilijnych w całym tym prowincjonalnym kraju. Nie dali.

Ukoronowaniem porażki oponentów było pytanie zadane im z sali: „a czy gdyby terroryści porwali wasze mamy, to też byście chcieli swoich wolności?” Katarzyna Górak Sosnowska miała na to do powiedzenia tylko tyle, że bardzo by się wtedy martwiła…

A przecież wystarczyło powiedzieć, że wszyscy więźniowie w Guantanamo mają jakieś rodziny. Są czyimiś synami, mężami, ojcami. Co muszą czuć ich rodziny, gdy wiedzą, że ich ojcowie siedzą w amerykańskich kazamatach poddawani codziennym torturom, w izolacji, w zimnie, w świetle, nadzy, odarci z wszelkich praw, bez nadziei na sąd, bez możliwości spotkania z rodzinami, zastraszani i poniżeni. Wśród szefów tego więzienia mamy takich właśnie Dziewulskich i Czempińskich, którzy uważają, że mogą się posunąć do wszystkiego, gdyż prawa tych ludzi „zostały ograniczone” w imię naszego bezpieczeństwa. Kiedy aparat państwowy zmienia się w aparat zastraszania, tortur i poniżania jest zrealizowanym koszmarem, który ćwiczyliśmy w tym kraju w latach 40tych, 50tych, 60tych i 80tych. Wtedy, przed takim terroryzmem, nie ma już żadnej obrony.

Czy tego dla siebie chcemy w XXI wieku? Dobrowolnie?

————–

W Teatrze Polskim dyskutowali – za tezą: Gromosław Czempiński, Waldemar Dziak, Jerzy Dziewulski – przeciw tezie: Katarzyna Górak Sosnowska, Karolina Miksa, Tomasz Stawiszyński.

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +27, liczba głosów: 33)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z biblioteki zdjęć Rafała Betlejewskiego