Udało się przebudzić Moc – Gwiezdne Wojny okiem niezależnego widza

J.J. Abrams stanął przed zadaniem przypomnienia nam, czym jest Moc. Czy mógł zrobić to lepiej?

„Przebudzenie Mocy” to film, którego nie potrafię ocenić tak jak każdego innego. Przynależność do sagi „Star Wars” i zadanie przywrócenia jej Mocy po porażce trylogii prequeli to zbyt silne konteksty, by się od nich po prostu oderwać. Dochodzi do tego wielka machina promocyjna, która po pierwsze wzbudzała apetyt, po drugie powodowała także niepokój (a jeśli się nie uda?), a po trzecie wreszcie, sprawiła, że nawet ja miałem przez chwilę dość motywów gwiezdnowojennych i bałem się otworzyć lodówkę.

Wybaczam.

Co prawda od epizodów I-III minęły już lata, ale nadal jest to niełatwa do zmazania plama na kultowym uniwersum SW. Ponadto twórcy musieli pogodzić ze sobą dwie, równie ważne grupy odbiorców; zachęcić współczesnych nastolatków, którzy być może nie zetknęli się jeszcze z sagą na poważnie, a jednocześnie zadowolić starych fanów.

Udało się? Udało!

Wreszcie mogę zapomnieć o trylogii prequeli i o tym, za co wszyscy fani gwiezdnej sagi znienawidzili Lucasa.

Mogę zapomnieć o nieszczęsnym Jar Jar Binksie, o „Ataku Klonów” konkurującym z sagą „Zmierzch” w kategorii najgorszego wątku miłosnego w historii kina, o drewnianym Haydenie Christensenie i o postaci Anakina Skywalkera (to jawne sabotowanie legendy Dartha Vadera), a także o nijakiej Natalie Portman. Mogę o tym wszystkim zapomnieć i głośno, z radością obwieścić wszystkim dobrą nowinę: Moc jest silna!

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Ważne jest jednak, żeby już na wstępie pamiętać, na co wybieramy się do kina i czego od filmu oczekujemy. Nie ma co spodziewać się skomplikowanych portretów psychologicznych, czy fabularnych zawiłości – oto popkultura w najczystszej, esencjonalnej postaci; to jasne. Pomińmy jednak na chwilę fakt, że rzadko idzie się do kina z takim nastawieniem, że już początkowe napisy wgniatają człowieka w fotel. Można z czystym sumieniem napisać, że “Przebudzenie mocy” to klasyczny, przygodowy blockbuster, wykonany zgodnie ze sztuką. Fabuła jest w zasadzie szczątkowa i stanowi pretekst do pokazania nam, jak dobrzy uciekają przed złymi i do utrzymania szybkiego tempa filmu. Dostajemy ciekawych, ale prostych i jednowymiarowych bohaterów, którzy są w stanie nawiązać wzajemne relacje w ciągu jednego dialogu; na dużo więcej brakuje zresztą czasu, bo trzeba wciąż uciekać, strzelać, walczyć na miecze świetlne z Kylo Renem, a nad głowami co i raz świszczą laserowe pociski.

Czyli wszystko jest jak być powinno, a do tego wygląda to naprawdę pięknie.

Uwaga! Spoilery!

Na uwagę zasługują postacie. Po pierwsze Han Solo – rola jest tak napisana i tak zagrana przez Forda, że ten wciąga wszystkich nosem, a każda scena z jego udziałem, to jego scena. Odważnie wymyślono parę protagonistów – takiej dziewczyny jak Rey brakowało w “Gwiezdnych Wojnach”, a gdyby Anakin miał chociaż w połowie tyle jaj i charakteru, co ona, epizody I-III mogłyby być czymś dużo lepszym. Ciemnoskóry Finn wnosi do opowieści trochę typowo blockbusterowego humoru, jednak dzięki odpowiedniemu wyważeniu tej postaci na pewno nie będzie to strzał w stopę (patrz: Jar Jar Binks). Największe jednak brawa należą się za odwagę w podejściu do “tego złego” lub też “nowego Vadera”, czyli Kylo Rena.

Lord Vader, gdy poznajemy go w pierwotnej trylogii, to postać przesiąknięta złem do szpiku, na widok której trzęsą portkami wrogowie, sojusznicy i widzowie w kinie. Kylo zaś to wewnętrznie rozdarty gość, co po pierwsze widać, kiedy raz za razem wpada w szał, gdy mu nie idzie, a po drugie słychać: sam bowiem niejednokrotnie o tym wspomina. Mamy tu więc czarny charakter, który już na dzień dobry pokazuje nam swoje słabości. Do tego jego pozycja w szeregach Najwyższego Porządku jest zupełnie inna, niż miejsce Vadera w szeregach Imperium. Darth Vader był tam wszak drugi po bogu, Kylo wyraźnie musi rywalizować o łaski Najwyższego Przywódcy w niejakim generałem Huxem. Na pewno za mało czasu ekranowego dostali Poe Dameron, czyli najlepszy pilot Ruchu Oporu oraz – zwłaszcza – Kapitan Phasma, co do której oczekiwania fanów były olbrzymie.

Piękne są te powroty starych bohaterów, które odbieram jako symbol powrotu “Gwiezdnych Wojen” do kin, np. spotkanie po latach Lei i Hana Solo lub powrót tego drugiego na pokład Sokoła Millenium – aż łza się w oku zakręciła, a co wrażliwsze fanki na sali kinowej ryczały jak bobry. Tak było.

Co jednak w największym stopniu sprawia, że oglądając nowe “Gwiezdne Wojny” czujemy się jak w domu? Paradoksalnie to, co jest jego największą bolączką, czyli fabuła – pełna odniesień do “Nowej Nadziei”, a może nawet schematów fabularnych wyrwanych z niej żywcem. Oto mamy bazę “Starkiller”, nową, większą i silniejszą Gwiazdę Śmierci, która ma jeden słaby punkt, w który musi zostać trafiona. Oto mamy rzeczonego Hana Salo, który – gdy bliżej mu się przyjrzeć, pełni rolę Obi-Wana z Nowej Nadziei i tak naprawdę wprowadza głównych bohaterów w świat Mocy, mieczy świetlnych i znajomości z rebeliantami, teraz nazywanymi Ruchem Oporu. I to właśnie przeniesienie schematów z “Nowej Nadziei” z obawami przewidywałem; traktuję jednak J.J. Abramsa wyrozumiale, wszak fabuła jest tylko pretekstem.

Spoko, J.J., wiem, musiałeś. Trzeba było przywrócić Moc na właściwe tory, więc należało użyć sprawdzonych środków, rozumiem. W Disneyu pewnie zauważyli, że przy poprzedniej trylogii ktoś przekombinował i wyszło im kino familijne z mieczami świetlnymi, które jednak nie było “Gwiezdnymi Wojnami”. Reżyserzy kolejnych epizodów będą mieli już z górki, Ty zaś musiałeś zachęcić młodszych i puścić oko do starych fanów. Udało się, być może w najlepszy z możliwych sposobów. Dzięki!

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +6, liczba głosów: 20)
Loading...