Córki dancingu – jak jest naprawdę?

Córki dancingu wypłynęły na szerokie wody ogólnokrajowej dystrybucji pod koniec zeszłego roku, a już zdążyły zebrać wielce optymistyczne recenzje i zostać nazwane „arcydziełem”. Naród w internetowych komentarzach wyraża jednak odmienną opinię (na FilmWebie średnia ocen to marne 5.0). Jak jest naprawdę?

Kojarzysz może, drogi Czytaczu, ten motyw ze starych disneyowskich kreskówek, kiedy to rysunkowy bohater czuje woń czegoś pysznego? Apetyczny zapach, przedstawiony na ekranie wizualnie wręcz chwyta postać za nos i unosi do góry, a ta rozanielona lewituje wprost w stronę pysznego, świeżo upieczonego placka. Kojarzysz? No, to tak mniej więcej wybierałem się na osławione już „Córki dancingu”. Frunąłem do kina, jak Goofy do placka, a rolę zapachu pełniły hurraoptymistyczne recenzje, które docierały przed moje oczy przez internet (także tu, na #MP – recenzja Magdy Betlejewskiej) albo szemrały gdzieś przy uchu za pośrednictwem znajomych, którzy poszli na film już w grudniu. Jakby nie mogli pójść normalnie, jak wszyscy, na „Gwiezdne Wojny”.

Te wszystkie przeczytane i wysłuchane recenzje kazały spodziewać się filmu „przełomowego”, „pięknego”, „odważnego” i „pierwszego takiego w Polsce”. Takiego więc się spodziewałem. W zasadzie to nawet taki dostałem. No i super. Czy aby na pewno super? Po kolei.

Już pierwsze sekwencje wprowadzają w świat filmu i robią to doskonale. Zachęcają i zaciekawiają. Zaniepokojony dziwnym zapachem szef nocnego klubu, personel tego klubu, hipnotycznie podrygujący w rytm muzyki, a do tego wszystkiego ten  mocny PRL-owsko-glamowo-patologiczny entourage. Jeszcze w żadnym filmie nie widziałem tylu tak pięknych, zniszczonych życiem kobiecych twarzy, co tutaj. Kłaniam się w pas Kindze Preis, Magdalenie Cieleckiej, Katarzynie Herman i Iwonie Bielskiej, a przede wszystkim osobom odpowiedzialnym za charakteryzację. Musiały mieć kupę dobrej zabawy.

Ale wróćmy do początku opowieści. Gdy na scenie pojawiają się syreny, wiesz, że jest dobrze, bo oto twórcy wykreowali przed Tobą świat, do którego chcesz wkroczyć. Wszystko dlatego, że wyraźnie widzisz, iż masz do czynienia z rzeczywistością nakreśloną na potrzeby tego konkretnego dzieła, a więc wkraczasz coraz głębiej do świata, o którym nie dowiesz się więcej, niż powie Ci jego autor. Naprawdę imponujące otwarcie filmu, przy którym nawet nie przeszkadzała mi jego musicalowa konwencja, do której jestem lekko zrażony. Trudne dzieciństwo. Nieważne. Swoją drogą większość muzyki, za którą odpowiedzialna jest formacja Ballady i Romanse też robi robotę.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Wszystko więc zgodnie z obietnicami. Jest odważnie, z pomysłem, interesująco, nowatorsko i estetycznie. Powiew świeżości, film, jakiego w Polsce nie było oraz znak, że kino nad Wisłą zmienia się, rozwija się i idzie w dobrym kierunku. My tym kinem otwieramy oczy niedowiarkom! Uff.

Zabrakło jednak scenariusza.

Pewnie gdybym był kibicem polskiego kina, kinematografię obserwującym z biało-czerwonym szalikiem w rękach, byłbym wniebowzięty. A że jestem tylko prostym widzem, to oczekuję dobrze spędzonego czasu; ot, rozrywki na wysokim poziomie. Tylko tyle i aż tyle. Tego jednak zabrakło, bo zabrakło przede wszystkim scenariusza. Okazuje się bowiem, że jak już wejdziemy do tego świata przygotowanego dla nas przez Agnieszkę Smoszyńską, jak do wszystkiego przywykniemy, to potem już nic nas nie zaskakuje. Nuda. I wtedy robi się najbardziej smutno, bo film ten jest jak najwredniejszy rodzaj kobiety, która wygląda bosko, obiecuje wiele, a w ostatniej chwili wymyka się, zostawiając z niczym.

Postacie są zarysowane na tyle słabo, że mało nas obchodzi ich los, nie poznajemy nawet dobrze bohatera głównego miłosnego wątku. Postać jest na tyle słabo zaznaczona, że trudno nawet ocenić grę aktorską Kuby Gierszała. Co najwyżej można ocenić jego wokal. W pewnym momencie robi się na tyle przewidywalnie, że kiedy tylko padają słowa „jeśli coś tam, coś tam, to umrzesz”, to Ty, drogi Widzu, wiesz już doskonale, że owo coś tam, coś tam się spektakularnie wydarzy. Wygląda to wszystko tak, jakby ktoś miał świetny pomysł na świat przedstawiony i oryginalny punkt wyjścia, ale zapomniał o scenariuszu i w ostatniej chwili trzeba było ratować się baśnią o Małej Syrence Andersena. Ja wiem, że musical i umowność, ale z tą ostatnią też przesadzono. Do tego stopnia, że znaczenie i zasadność niektórych scen znają chyba tylko twórcy filmu. Spokojnie wiele ujęć można by wyciąć, tak samo jak część wątków pobocznych, które napisano chyba tylko dla wydłużenia czasu projekcji.

Żeby nie było – warto na ten film pójść, być może nawet trzeba. Ale nie spodziewaj się, mój Czytaczu arcydzieła kompletnego, a raczej ciekawostki i zapowiedzi czegoś więcej w dorobku reżyserki. Trzymam kciuki i kibicuję.

Arcydzieło? Absolutnie nie. Dobry film? Tak średnio, bym powiedział, tak średnio. Powiew świeżości? To na pewno.

Ps. Ach, no i dialogi kiepskie.

 

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 4)
Loading...