Jan Paweł II i transwestyci czyli promocja polskiej kultury

Dobra zmiana postępuje w mediach narodowych nawet bez formalnej wymiany kierownictwa. Tak jest w radiowej Dwójce, w której już się nie patyczkują z pluralistycznym doborem gości, tylko zapraszają tych o słusznych poglądach. Można się było o tym przekonać słuchając niedawno programu „O wszystkim z kulturą”, który poświęcono promocji polskiej kultury za granicą.

Do studia Dwójki – wzorem Radia Maryja – zaproszono wyłącznie polityków Prawa i Sprawiedliwości: Jana Dziedziczaka (wiceministra spraw zagranicznych, któremu podlega dyplomacja kulturalna, w tym instytuty polskie), Wojciecha Kolarskiego (ministra od kultury w Kancelarii Prezydenta RP) i Jarosława Sellina (wiceministra kultury). Ten ostatni nie przybył, wiec zostało dwóch PiS-owców i biedna redaktorka Barbara Schabowska, która musiała wysłuchać takiej ilości bzdur, że aż głowa boli.

Zanim przejdę do programu, muszę się na sekundę zatrzymać przy Janie Dziedziczaku, żeby przybliżyć choć w kilku zdaniach tą wybitną postać. Otóż pan Dziedziczak (łączą nas rok urodzenia i stopniowa utrata włosów) poświęcił swoje młodzieńcze życie harcerstwu – oczywiście nie temu komunistycznemu ZHP, tylko prawdziwie polskiemu i katolickiemu ZHR, został nawet harcmistrzem, by w wieku dorosłym, po ukończeniu politologii na UW, zająć się polityką. I to jak! Został bowiem najpierw asystentem samego Wielkiego Jarosława, a potem rzecznikiem jego rządu. Zapamiętano go głównie jako osobę niezbyt lotną intelektualnie, która specjalizuje się w wygłaszaniu komunałów. A to, jak wiadomo, są cechy, które wręcz predestynują w Polsce do zostania posłem. Dlatego Jan Dziedziczak posłuje nieprzerwanie od 2007 roku, wspaniale reprezentując ziemię kaliską, a niedawno awansował na wiceministra spraw zagranicznych, któremu podlegają – Boże dopomóż! – instytuty polskie.

Instytuty, to informacja dla niewtajemniczonych, działają w 24 miastach 22 krajów (w Rosji i Niemczech mamy po dwa). Większość w Europie (Wiedeń, Bruksela, Berlin, Dusseldorf, Moskwa, Petersburg, Sofia, Mińsk, Kijów, Praga, Bukareszt, Bratysława, Paryż, Sztokholm, Madryt, Budapeszt, Rzym, Londyn i Wilno) i kilka poza nią (Nowy Jork, Tokio, Tel Awiw i New Delhi). Podlegają Ministerstwu Spraw Zagranicznych, a ich szefowie są dyplomatami w randze attaché kulturalnych. Dyplomacja kulturalna nigdy nie była w MSZ priorytetem, toteż instytuty dysponują zwykle bardzo skromnymi siedzibami, jeszcze skromniejszymi budżetami, zatrudniają pięć osób na krzyż i generalnie powinno się je nazywać instytutami polskiej biedy.

Zupełnie inaczej sprawy się mają jeśli chodzi o także zajmujący się promocją polskiej kultury za granicą Instytut Adama Mickiewicza, który podlega z kolei Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. IAM kasę ma, zatrudnia sporo osób, ale nie posiada swoich placówek za granicą. Tego absurdalnego systemu, wywołującego niejednokrotnie napięcia między rzeczonymi ministerstwami, nikt przez lata nie zmienił. A oczywistą oczywistością – że posłużę się słowami klasyka – wydaję się być system, w którym IAM jest centralą, a instytuty polskie jego przedstawicielstwami. Tylko wtedy Polska będzie prowadziła spójną dyplomację kulturalną, której nigdy nie miała. I tu rację ma minister Kolarski, który jednak zaraz dodał w programie „O wszystkim z kulturą”, że „instytuty polskie zajmowały się dotychczas promocją bezwartościowych wydarzeń”. Bezwartościowa jest raczej ta polityczna paplanina, która nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością i służy tylko przywaleniu swoim politycznym poprzednikom.
Ale zostawmy ministra z największej w Polsce i podpisującej wszystko, co popadnie kancelarii notarialnej z Pałacu Namiestnikowskiego, a zatrzymajmy się na wybitnym znawcy kultury Janie Dziedziczaku, bo każde wypowiedziane przez niego słowo jest na wagę złota:

„Jeśli chcemy opowiadać o Polsce to wolałbym opowiadać o polskim filmie, wolałbym mówić o takich postaciach, jak Kopernik, Chopin, Jan Paweł II i Skłodowska-Curie. Istnieje kilka takich placówek, które w ciągu ostatnich ośmiu lat zajmowały się głównie promocją LGBT, czyli promocją środowisk homoseksualnych i transwestytów”.

Mnie się zdaje, że to znakomite pomysły, żeby polska dyplomacja kulturalna zajęła się opowiadaniem o Mikołaju Koperniku i Janie Pawle II. Wiem, że ze strony opiniotwórczych i lajfstajlowych zagranicznych mediów jest ogromne zainteresowanie tymi tematami. Dyrektorzy instytutów polskich mówili mi, że nie ma dnia, żeby nie przyszedł do nich choć jeden mejl czy to w Paryżu, Tel Awiwie czy Tokio z zapytaniem o jakieś wydarzenie kulturalne związane z pontyfikatem Jana Pawła II.

Wesprzyj #Medium

Zainteresowanie nim, szczególnie wśród indyjskiej i izraelskiej młodzieży, bije tylko Mikołaj Kopernik, o którego nieustannie dopytują kuratorzy największych zagranicznych festiwali i to bez względu na ich profil. Zapotrzebowanie jest na wszystko: na spektakle o Koperniku, na koncerty z utworami o nim, na wystawę jego portretów. Jego i oczywiście Skłodowskiej-Curie. Niedawno Magda Hueckel, która otwierała wystawę swoich zdjęć w Teheranie, usłyszała: „No dobrze, piękne te pani fotografie ze spektakli Warlikowskiego i Kleczewskiej, ale czy ma pani jakieś prace poświęcone Skłodowskiej-Curie?”. Rzeczona Kleczewska nie mogła z kolei na bankiecie po swojej niedawnej premierze w Hamburgu, czego byłem świadkiem, odgonić się od niemieckich dziennikarzy pytających, kiedy zrobi jakiś spektakl o Janie Pawle II i przestanie promować tę nieżyjącą pisarkę Jelinek i transwestytów.

Transwestyci to ogóle oddzielny problem dotychczasowej polskiej dyplomacji kulturalnej. Na nieustanne ich promowanie wydawano miliony. Każdy instytut polski chciał mieć swojego transwestytę. Transwestyci byli promowani w rozmaity sposób: czytali poezję Wisławy Szymborskiej i ks. Jana Twardowskiego, fragmenty powieści Bronisława Wildsteina, a w kilku przypadkach także „Pana Tadeusza” i „Nad Niemnem”. Często też śpiewali, głównie polskie pieśni ludowe i przeboje Bajmu. W pewnym momencie, na naradzie dyrektorów instytutów polskich doszło nawet do awantury o to, kto komu podkupił czyjego transwestytę, bo liczebnie to niewielka grupa, a zapotrzebowanie ministerstwa rosło. Dobrze, że to w końcu zostanie ukrócone.

„Jeżdżąc po całym świecie nie bardzo widzę efekty pracy Instytutu Adama Mickiewicza”.

Pan Dziedziczak słynie ze swoich podróży. Nie ma weekendu, żeby gdzieś nie poleciał czy to na koncert, czy na wystawę, czy na spektakl. Nieraz wsiada w samolot tylko po to, by gdzieś kupić niedostępną jeszcze w Polsce powieść. Na szczęście teraz ma Kindle, więc ściąga sobie najlepszą światową literaturę prosto do swojego czytnika. No, ale to książki. Spektakli sobie przecież nie ściągnie, więc kupuje bilety na samolot i fru: Paryż, Londyn, Rzym, Madryt, Nowy Jork, Los Angeles. Trudno nadążyć za naszym obieżyświatem, który – jak Jan Paweł II – oblatuje kulę ziemską, by zobaczyć jak IAM promuje, a raczej nie promuje polskiej kultury. Podobno, kiedy odbywał się Rok Polski w Izraelu, nie było wydarzenia bez obecności pana Dziedziczaka. To samo z „Polska Year” w Wielkiej Brytanii. Dziedziczak tak się interesował polską kulturą i działaniami IAM-u (był dosłownie wszędzie), że brytyjscy dziennikarze uznali go za maskotkę instytutu. Nie dziwi więc tak surowa ocena działań IAM z ust człowieka, który jak nikt przyglądał się aktywności tej agendy.

Kiedy Barbara Schabowska opowiadała swoim gościom o współorganizowanym niedawno przez IAM koncercie polskiej muzyki współczesnej w Los Angeles, zaczęła wymieniać kompozytorów, których utwory tam zagrano: – Zubel, Szymański, Penderecki… Na to Jan Dziedziczak wciął się redaktorce w słowo i ją natychmiast poprawił: – Szymanowski być może.Nie, Szymański. Paweł Szymański – odpowiedziała szybko Barbara Schabowska, obnażając brawurowo niekompetencję tego odpowiedzialnego obecnie za kulturalną promocję polski przygłupka, który przecież nigdy w życiu nie słyszał o kompozytorze Pawle Szymańskim. Jego wiedza o muzyce klasycznej to Chopin, którego kompozycje słyszał ostatnio w pendolino czekając na odjazd, i którym wycierał sobie gębę od pierwszej do ostatniej minuty programu, ale nie ma się co dziwić. Innego kompozytora pewnie nie zna.

Kultura jest jedną w największych ofiar „dobrej zmiany”, bo w powszechnym przekonaniu polityków można do zajmowania się nią wydelegować byle miernotę, gdyż nawet jak coś popsuje, kraj się nie zawali, a poza tym każdy, kto przeczytał jedną książkę i obejrzał pół filmu uznawany jest za znawcę kultury. Dlatego właśnie Jan Dziedziczak nie został na przykład wiceministrem finansów, tylko wiceministrem spraw zagranicznych odpowiedzianym za kulturalną promocję polski i już się rwie do pracy. Niedługo zacznie się wymiana dyrektorów instytutów polskich. Miejsce kompetentnych ludzi zajmą mierni, ale wierni, a zagraniczna publiczność zamiast najlepszej współczesnej polskiej kultury, dostanie encykliki Jana Pawła II z zakładką w kształcie Dziedziczaka.

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z biblioteki zdjęć Mike’a Urbaniaka