Rządy PiS są wyrazem społecznego rozwoju i dowodem na działanie demokracji. 

Strona Pis

A jeśli to, co nam się wydaje egzotycznym folklorem politycznym, ten cały Waszczykowski z wegetarianami, Pawłowicz z wachlarzem, jest tylko lustrzanym odbiciem nas samych?

Co jeśli ta cała „nasza” stabilizacja spod znaku PO była dla kogoś sennym koszmarem? Trudno nawet pojąć spójność kokonu, w który się zawinęliśmy. My.

Co prawda trochę mniej są dowodem na działanie prawa, ale prawo to utopia. I o tym za chwilę.

Przede wszystkim muszę wyrazić tę myśl: nie zgadzam się z opinią, że rządy PiS stanowią regres w rozwoju polskiej obyczajowości, że prowadzą do zahamowania ważnych cywilizacyjnych zmian w polskim społeczeństwie. Moim zdaniem jest wprost przeciwnie.

(Jeszcze słowo o teminologii. Będę pisał „nas” z małej litery gdy chodzi mi o ludzi, którzy widzą w PiSie folklor. „Nas” z dużej, gdy będę pisał o wszystkich Polakach jako o wspólnocie narodowej.)

Kim jestem ja, by oceniać tych ludzi – powiedział papież Franciszek, mówiąc o gejach i jakoś pobrzmiewa w tym Chrystus. Kim jest papież, żeby oceniać… tia… Przypominają mi się te słowa, gdy patrzę na Pawłowicz. I na Waszczykowskiego. I na całą tę czeredę zadziwiającą. Dziwię się, krzywię, żacham ale patrzę. Patrzę i uporczywie sobie powtarzam: to są ludzie, Betlej. To są ludzie tacy, jak ja. Jak my. Jak my mają swoje słabości i piękności, jak my do czegoś dążą, w coś wierzą, jak my pragną, cieszą się, nienawidzą. Po prostu widzą coś innego. Nie dlatego, że są głupi, że są wariatami, psychopatami, że wypełnia ich jad. Widzą to wszystko inaczej, gdyż rzeczywistość to kalejdoskop… wystarczy inaczej odwrócić…

I potem myślę: skoro oni są tacy jak my, to dlaczego ja ich tak zupełnie nie kumam? I od razu myślę: czy to, że ich nie kumam jakoś ich określa? Czy to, że ich nie kumam jakoś określa mnie?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Przyznaję, śmieszy mnie Pawłowicz. Żenuje mnie Waszczykowski. Jestem rowerzystą i wegetarianinem. Jestem gejem. I nie jestem gejem. Segreguję śmieci. Nie poluję. Nie uważam, że trzeba się chajtnąć, żeby pójść do łóżka i te sprawy.

Ja to wszystko uważam i dlatego to wszystko wydaje mi się dobre. Pytanie jednak brzmi: czy to jest lepsze?

A nawet pytanie brzmi jeszcze dobitniej: czy uważam, że jestem ważny. W sensie ja. Ja z tym całym „ja” światem. Ja – fizycznie ja. Moja przyszłość, moja prosperity, kariera i sukces… I my. My w sensie tej uwspólnionej rzeczywistości i uwspólnionej opowieści. To my, które odchodzi. To przegonione my. Czy tego trzeba bronić? Czy nie wstyd tego bronić?

Czytaj znany tolerancjonerski tekst Betlejewskiego: Byłem dziś na marszu niepodległości i mnie olśniło: to nie jest erupcja nacjonalizmu i ksenofobii, tu nie chodzi o patriotyzm i Polskę, tu chodzi o manifestację obecności klasowej. 

Trochę o tej uwspólnionej rzeczywistości.

W tym świecie, który uznaliśmy za „cały świat”, pytanie nigdy nie brzmiało: czy? a zaledwie: kiedy? Kiedy i kto. Ewentualnie jak. Ale nie czy. Nie pytaliśmy, czy geje mają prawa, ale kiedy geje będą mieli pełnię praw. Nie pytaliśmy, czy prawa człowieka są podstawowe, tylko kiedy będziemy mogli je zapewnić i kto je naruszył. Nie pytaliśmy, czy psa można obić lagą, ale kto jest winny. Co więcej, żyliśmy w świecie, który miał wszelkie instalacje, także prawo do krytyki i debaty. Dyskutowaliśmy ze sobą wewnątrz tego świata, krytykowaliśmy się wzajemnie, obrażaliśmy się, histeryzowaliśmy i pouczaliśmy nawzajem. Złudzenie było pełne. Nie umieliśmy dostrzec, że ten świat nie jest całym światem, a zaledwie jego fragmentem.

I teraz nagle przecieramy oczy, gdyż objawił nam się ten drugi fragment – inny świat – i już nie jako ekstrawagancja, ale jako zasada.

Jak to? – pytamy – to nasz świat nie był całym światem? Żyliśmy na wyspie? Były jeszcze inne wyspy? Jak to możliwe!? No dobrze, ale skoro nawet były inne wyspy, to czyż nasza wyspa nie była najpiękniejsza? Nie była najważniejsza? Najlepsza? Jakim prawem się ją niszuje? Obraża… Przecież mieliśmy tu wszystko i każdy mógł tu wśród nas znaleźć miejsce. Nawet postrzelona sarna.

Czyżby?

Gdyby jednak dokonać tego trudnego wysiłku i wyabstrahować się na moment z siebie, swoich ambicji i potrzeb. Ze swojego swoizmu. I zobaczyć, że ten świat to była wyspa osobliwości. Getto?

Gdyby dokonać jeszcze większego wysiłku i spojrzeć ich oczami… Czy zobaczylibyśmy chorą wizję szaleńca?

Kokon, który nas otaczał był tak szczelny, że trudno go dostrzec. Niczym niebo nad nami – wydaje się szczelnym obrazem kosmosu – nie ma przecież nic więcej. Ten kokon był tak szczelny, że stał się synonimem normalności. Iluzja była tak pełna, że dziś się nam wydaje, że to w obronie „normalności” idzie KOD. Że to w imię normalności, serdeczności i zwyczajnej przyzwoitości manifestujemy pod sejmem czy telewizją. My.

Patrzę na manifestację KOD, w której przecież idzie także jakaś część tego mnie, i dostrzegam zadziwiające twarze. Przemawia nagle Dorota Warakomska. Albo Tomasz Lis. Nawet moja redakcyjna koleżanka Ewa Wanat krzyczy o wolności słowa. Ewa Wanat, która potrafi napisać tekst o wielokrotnych gwałtach dokonywanch na mediach publicznych, i która chyba wie lepiej, nawołuje przez mikrofon, by bojkotować „pisowską” telewizję! Czy i ona uległa złudzeniu „normalności”. Widzę Tomasza Lisa, który krzyczy, że „nie odbiorą nam wolności słowa” i zastanawiam się, czy to „nam” czy to „Nam”?

O jaką wolność słowa chodzi? Czy o taką, która pozwala nam snuć gęsty kokon normalności i nie dostrzegać nic wokół? Czy o taką, która pozwala mówić o prywatyzacji szpitali, kopalni i sukcesach wolnorynkowych amazona w Polsce?

O jakie media PiSowskie chodzi i w czym miałyby one być gorsze niż media PO/SLD?

Nie wiem. Poważnie.

Jeśli mam być szczery uważam, że TVP było makabryczne.

Anty-KODowcy mówią o kwiku odsuwanych od koryta. Może coś w tym jest? Tak samo zresztą jak w porykiwaniu świń pchających się do opuszczonych koryt.

Wszyscy jesteśmy ludźmi…

Że Lis mówi o pojawiających się na niego naciskach? No cóż, może PiSowcy nie potrafią jeszcze dokonywać nacisku poprzez pośredników, przez narzędzia, tylko robią to wprost przez telefon. Jak za Komuny. Nie wiedzą jeszcze, że można to robić poprzez tworzenie estetyki, generalnego klimatu, przez język, którego się używa, terminologię, którą się wprowadza, zwyczaje i nastroje. Przez wspólne szkalowanie, wesołe wspólnotowe szkalowanie, przez maski wstydu, przez boski śmiech – jak o tym pisał Kundera. Może PiSowcy nie wiedzą jeszcze, że niektórych rzeczy wcale nie trzeba tłumaczyć, bo wszyscy i tak sami się domyślą. I to szybciej niż się wydaje.

No dobrze, to teraz dlaczego uważam, że rządy PiS są wyrazem społecznego rozwoju. Otóż z tego samego powodu z jakiego uważam, że nie da się iść na jednej nodze.

Kosmos PiS to druga noga właśnie. Druga Polska. Alternatywny świat. Polska, której polityczna obecność jest koniecznie potrzebna do przeprowadzenia modernizacji społecznej. Doświadczenie, które ci ludzie zdobędą podczas swoich rządów będzie dla nich i dla nas cenne – czym innym jest wykrzykiwać nienawistne rady pod adresem piłkarzy na ekranie telewizora, a czym innym jest samemu wejść na boisko.

Nie da się prowadzić modernizacji Polski wyłącznie wzmacniając elitę. Nie mogą tego robić tylko ci, którym się udało. Nie może im się ciągle tylko udawać bardziej. W rozwój trzeba włączyć także tych, którzy byli z niego wyłączeni – co nota bene właśnie się dzieje. I nie za sprawą naszej dalekowzroczności politycznej ale za sprawą mechanizmów demokratycznych. Ci ludzie sami sobie to wyszarpali.

Fakt, że następuje tak zasadnicza zmiana w systemie operacyjnym państwa jest najlepszym dowodem na funkcjonowanie demokracji, która powinna być systemem władzo-zmianu. Demokracja to nie jest system dyktatury „normalności”, „właściwości” i „nam-się-wydaizmu”. Demokracja jest rządem społeczeństwa – i to społeczeństwo dochodzi do władzy.

I teraz to społeczeństwo zacznie się uczyć. Zaraz się okaże, że strzelenie gola nawet do pustej bramki wcale nie jest takie proste jak to wygląda w telewizji.

Tak, uważam, że to jest proces bezcenny.

Kaczyński ze swoją wszechwładzą może zagospodarować tylko główne stanowiska. Ręcznie wyznaczy sędziów trybunału, ministrów, prezesów, funkcyjnych. Ale za nimi natychmiast pójdzie trudna do skontrolowania rzesza kolegów i koleżanek – tak zwane doły. Ruszy się Garwolin i Przemyśl. Działacz ze Skarżyska będzie się domagał. Ten co ma fermę świń. Ten co zaliczkował kampanię na sto tysięcy…. Zacznie się załatwianie i obsadzanie.

I chwilę później się okaże, że ktoś jednak nie umiał, że ktoś coś zepsuł, ukradł, nie zrozumiał, wypłynie jakiś skandal, ale pojawią się i jakieś perły. Gdzieś tam się okaże, że jest jakiś świetny dyrektor katolik, albo wspaniała prezeska w moherze. Gdzie indziej ktoś się okaże zwykłym draniem. I co? I nic, jak w życiu. Ani lepiej, ani gorzej – ludzie.

Co więc z rowerzystami, gejami i wegetarianami?

No tak – ci mogą odczuć chwilowy regres i pogorszenie komfortu. Smutno się robi, gdy minister spraw zagranicznych nagle leje w pysk. Ale czy to na długo? Czy da się kijem Wisły zawrócić? W tym zakresie ludzie nowej władzy także będą musieli zderzyć się z rzeczywistością. To co wydawało im się takie oczywiste, gdy narzekali do telewizora, trzeba będzie jednak wyartykułować publicznie. Król może okazać się nagi, a Jezus, którego tak się adorowało w Częstochowie, może się jednak nie objawić. I co wtedy? Jak się poczuje ktoś, komu się wydawało, że niósł dumny sztandar, a został sam w śmierdzącym pokoju?

Czas będzie płynął. Emocje opadną i wylezie prawda. Ktoś gdzieś będzie monitował, o coś prosił, przyjdzie z rzeczywistymi problemami. Ktoś gdzieś zapłacze. Czy może być szybsza ścieżka rozwoju osobistego niż skonfrotowanie się z osobą prawdziwie wykluczoną i odmówić mu pomocy ze względu na własne frazesy? Nagle jeden z drugim będzie musiał sobie uświadomić, że jego decyzje wpływają na czyjeś rzeczywiste losy, że kogoś mogą realnie krzywdzić. Ktoś gdzieś w jakimś urzędzie dostanie list podpisany przez dziecko z in-vitro, zostanie odwiedzony przez geja, któremu umarł partner lub którego pobito pod sklepem. Trudno jest machać ideologicznym sztandarem, gdy samemu jest się źródłem przemocy.

Nauka, jaką przejdą ludzie nowej władzy, zostanie przyspieszona przez wszystkie te oznaki protestu, niechęci, marudzenia, sprzeciwu jaki zafundują jej „świnie odsunięte od koryta”. Jakie tworzy choćby KOD. Memy na fejsie, listy do redakcji. Okaże się nagle, że nie wystarczy być, by się stać.

Ludzie nowej władzy zetkną się z inercją własnych instytucji. Będą musieli zaspokoić aspiracje swoich własnych świń, które mogą się jednak okazać nie takie pachnące i nie tak patriotyczne, ale zwyczajnie świńskie. Gdzieś ktoś się z kimś pokłóci, ktoś kogoś kopnie, zdradzi, podłoży świnię. Życie. I gdzieś ktoś będzie musiał rzeczywiście odpowiedzieć sobie na pytanie: co jest dla mnie ważne. O co ja walczę. Po co to wszystko robię. Dla kolegów, czy dla Nas.

To jest ta bezcenna nauka, którą funduje Nam wszystkim demokracja. W tym celu warto się na chwilę odsunąć.

Zresztą, jeśli mam być szczery, po stronie tak zwanego PiSu znam wiele osób prostolinijnych i serdecznych, które po prostu mają dość złodziejstwa i kłamstwa. Czy dałbym sobie rękę uciąć, że potrafię wszystko lepiej niż oni? Nie… Prawdę mówiąc z zaciekawieniem patrzę, co mi pokażą… Może mnie zaskoczą?

Co byłoby więc prawdziwym uwstecznieniem?

Prawdziwym uwstecznieniem byłoby to, co zdarzyło się w Indonezji w 1965 roku, gdzie junta złożona z bandytów w krótkim czasie wymordowała milion lewicowców. Pałami, maczetami, powrozami, pistoletami. Z inspiracji CIA, żeby było jasne.

Tak, to byłoby uwstecznienie.

Czy to jest możliwe? Tak, to jest możliwe i należy się tego bać, gdyż bestia ludzka jest w Polakach uśpiona tak samo jak w indonezyjczykach, Niemcach, czy Hutu. Czy do tego w Polsce dojdzie? Wątpię, gdyż mechanizm takiego uwstecznienia jest zazwyczaj ten sam i opiera się na interesach elitystów. W Polsce elita jest ciągle zbyt słaba, zbyt płytka, za słabo ulokowana w strukturach światowych. Ziemia w Polsce jest zbyt rozproszona, biznes zbyt krótki, ciastko zbyt małe i pokawałkowane. W dodatku elita nie jest skonsolidowana wokół wspólnego celu biznesowego – zbyt dużo tu sprzecznych dążeń, kierunków. Polska nie ma złóż, nie ma ropy, gazu, dżungli. Nawet ziemie ma stosunkowo słabe, piaszczyste. Inspiracja z zewnątrz? Też raczej nie, gdyż Polska jest zbyt małym graczem, by opłacało się ją destabilizować, zbyt totalnie skolonizowana, by trzeba było interweniować. W objęciach Amerykanów wpycha nas fobia rosyjska, niezależnie od tego, czyja jest władza i raczej w nich pozostaniemy. Zresztą Waszczykowski walczy o natowskie bazy w Polsce, a wcześniej chciał tarczy antyrakietowej.

Jeśli więc nie będzie wojny – a to raczej od nas nie zależy – trzeba widzieć odbicie PiS jako korektę rozwojową. Podciągnięcie drugiej nogi. Jeśli mamy iść w przyszłość odległą o 100 lat musimy iść na dwóch nogach. Fakt, że ta druga noga się ruszyła, jest dla Nas wielką rozwojową szansą. A że mrowi w niej, że kuleje odrętwiała, że nadepnie gdzie nie trzeba… No cóż. Krążenie zaraz wróci.

—–

PS: Miałem jeszcze napisać o utopii państwa prawa… ale przecież to podstawowy temat z pierwszych lat uniwerku (na którym nota bene nie byłem) więc odpuściłem… Sorry. Uczcie się. Pa!

Wesprzyj autora Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +85, liczba głosów: 173)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi ze strony Facebook partii Prawo i Sprawiedliwość