Pod skrzydłami Północy – Szwecja rajem dla imigrantów?

Myślę, że ta fala uchodźców wszystkich w Europie po prostu zaskoczyła. Pewne kraje „naiwnie” starały się przestrzegać zasad konwencji genewskiej, a inne nie… Duża część tego, co nazywane jest szwedzką naiwnością, to autentyczna chęć niesienia pomocy i wiara w dobro.

Katarzyna Tubylewicz

Katarzyna Tubylewicz, pisarka, publicystka, tłumaczka literatury szwedzkiej. Mieszka w Sztokholmie.

Rozmawiał Wiktor Raczkowski

Po zamachach w Paryżu, kiedy poziom zagrożenia terrorystycznego w Szwecji podniesiono do  czwartego stopnia, premier Stefan Löfven powiedział: Szwecja była naiwna. Jest nam trudno zaakceptować to, że w naszym otwartym społeczeństwie znajdują się zwolennicy morderców z ISIS. 25 listopada 2015 r. ogłoszono, że Szwecja musi znacząco ograniczyć liczbę przyjmowanych uchodźców. Zaostrzono wówczas przepisy dotyczące przyznawania prawa do pobytu. 4 stycznia tego roku wprowadzono kontrole dokumentów na granicy z Danią. Czy Szwecja przestaje być krajem tolerancyjnym i otwartym? Takim, który znaliśmy dotychczas?

Szwecja cały czas jest krajem bardzo otwartym. Pomimo kontroli dokumentów na granicy z Danią, przeprowadzanych przez pracowników kolei i autobusów, do Szwecji co tydzień dociera około dwóch tysięcy osób, ubiegających się o azyl. Oznacza to jednak, że liczba ubiegających się o prawo pobytu znacząco spadła. Jeszcze przed świętami mówiło się o 6-7 tysiącach tygodniowo. Szacuje się, że w zeszłym roku Szwecja, która ma zaledwie dziewięć milionów mieszkańców, przyjęła od 160 do 170 tysięcy uchodźców.

Wesprzyj #Medium

Ja czytałem nawet o 200 tysiącach…

Ich liczba jest bardzo trudna do oszacowania, ponieważ przez wiele tygodni uchodźcy przybywali do Szwecji tak masowo, że nie dało się tego do końca kontrolować. Policja twierdzi dziś na przykład, że ponad sto tysięcy ludzi, którzy przyjechali tu w zeszłym roku, wcale się o azyl nie ubiega. Część pojechała dalej do Norwegii i do Finlandii, część jest w kraju. Oznacza to więc, że Szwecja per capita przyjęła najwięcej uchodźców spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej. I cały czas ich przyjmuje.

Dlaczego?

Szwecja ma bardzo silne poczucie odpowiedzialności za świat. To temat, o którym mało kto w Polsce dyskutuje. Odnoszę wrażenie, że polityka i etyka są u nas całkowicie rozdzielone, ale częścią szwedzkiej polityki jest głęboka wiara w to, że należy angażować się i zmieniać świat na lepszy.  W ostatnich latach podkreślały to wszystkie partie polityczne z wyjątkiem antyimigranckich Szwedzkich Demokratów. Fredrik Reinfeldt, poprzedni premier z centroprawicowej partii Moderatów mówił o potrzebie otwierania szwedzkich serc dla uchodźców i pokrzywdzonych.  Dlatego, kiedy pojawił się  temat wielkiej fali uchodźców z Syrii, w Szwecji nikt nie miał wątpliwości, że należy ich przyjąć, zwłaszcza, że rządzi teraz koalicja tradycyjnie stawiających na otwartość socjaldemokratów i ekologów.

W niektórych publikacjach Szwecję zwykło się określać mianem „potęgi humanitarnej”…

Szwecja sama siebie tak widzi, o tym uczy się dzieci w szkołach. Jak to ujmują niektórzy publicyści Szwecja ma być mocarstwem etycznym, które powinno być wzorem dla świata. Taki obraz Szwecji jest bardzo głęboko zakorzeniony w szwedzkiej tożsamości. Szwedzi są dumni z tego, że są bardziej tolerancyjni i otwarci, niż inne narody.

Czy w takim razie ostatnie decyzje o drastycznym ograniczeniu liczby przyjmowanych uchodźców oraz o wprowadzeniu kontroli na granicy z Danią były dla Szwedów szokiem?

Tak. I ten szok będzie się pogłębiał. Szwecja cały czas stara się zachowywać bardzo humanitarnie. Oznacza to, że wprowadza ograniczenia, ale i tak są one mniejsze niż w innych krajach europejskich, choćby w sąsiedniej Danii. Natomiast faktem jest, że w ostatnim czasie zaczęto pisać w poważnej szwedzkiej prasie rzeczy, które jeszcze dwa miesiące temu byłyby nie do pomyślenia. Między innymi o załamaniu się systemu przyjmowania uchodźców, o tym, że część spośród  nich mieszka w namiotach, o tym, że mówiąc o imigracji niestety trzeba też mówić o liczbach, spróbować ustalić, ilu ludzi kraj jest w stanie przyjąć, by móc przy tym im zapewnić godny byt. Czasem pisze się też ostrzej, że rząd oszukiwał Szwedów zapewniając o nieograniczonych możliwościach przyjmowania azylantów, a media nie podejmowały pewnych tematów dotyczących problemów z imigracją i integracją.

Co to za tematy?

Sporo pisze się o problemie bezrobocia wśród części imigrantów, o wynikającej z tego marginalizacji, a także, w pewnych przypadkach radykalizacji. O tym, że około trzystu obywateli szwedzkich walczy dziś w Syrii po stronie ISIS. Zmieniono nawet prawo, po to, by móc powracających z Syrii terrorystów skazywać za zbrodnie wojenne. Zapadły już pierwsze wyroki. Zaczęto częściej zwracać uwagę na to, że na wielokulturowych przedmieściach równouprawnionej Szwecji żyją kobiety, które bywają bardzo ograniczane w swoich wyborach przez ojców, braci i innych mężczyzn, a szwedzkie feministki, jak dotąd, przymykały na to oko zakładając, że dyskutując na taki temat łatwo zahaczyć o stereotypy i rasizm. Prawdziwy skandal wybuchł 11 stycznia tego roku, kiedy dziennik „Dagens Nyheter” ujawnił, że szwedzka policja zataiła przed mediami i opinią publiczną fakt, że w Sztokholmie doszło do podobnych przypadków molestowania kobiet, jak w Kolonii w noc sylwestrową. Wydarzenia te miały dwukrotnie miejsce na młodzieżowym festiwalu muzycznym We are Sthlm, w roku 2014 i 2015. Ofiarami molestowania były nastolatki, a policja ukrywała ten fakt, bo sprawcami byli w większości niepełnoletni uchodźcy z Afganistanu. Policja uznała, że nagłośnienie tego  będzie „wodą na młyn” antyimigranckich Szwedzkich Demokratów.

A co ze strefami szariatu, o których w polskim parlamencie mówił Jarosław Kaczyński?

To już jest populistyczna brednia. Co nie zmienia faktu, że w Szwecji są rejony, gdzie – jeśli wzywa się karetkę pogotowia – ambulans nie wjedzie, jeśli nie ma eskorty policyjnej. To jest problem, który narastał i nagle stał się widoczny. Wcześniej nikt nie chciał o tym mówić. Stąd – jak sądzę – rzeczywiście można mówić o wstrząsie, ale jednocześnie warto podkreślić, że szwedzkie przedmieścia imigranckie na ogół przypominają raczej warszawski Ursynów niż etniczne getta pod Paryżem, że wywodzi się z nich wielu znanych Szwedów, jak choćby Zlatan Ibrahimovic, czy świetna dziennikarka Alexandra Pascalidou. Że w podsztokholmskiej Tensta nie mieszkają dziś tylko Irakijczycy i Somalijczycy, ale także znana w Polsce, bestsellerowa i nagradzana, pisarka Lena Andersson, która jest etniczną, zamożną Szwedką i po prostu lubi żyć w wielokulturowej okolicy. Albo że działa tam świetne centrum sztuki współczesnej, Tensta Konsthall. Na szwedzkich przedmieściach jest wiele problemów, ale nie należy ich demonizować. W ogóle myślę, że w debacie o wielokulturowości najgorsze są wszelkie czarno-białe ujęcia. Wielokulturowość może być zarówno wspaniała, jak i problematyczna, może nieść szanse i może oznaczać problemy. Pamiętajmy, że imigranci to przede wszystkim ludzie, a ludzie są po prostu różni.

Mam jednak wrażenie, że problem nowych imigrantów stał się widoczny. W listopadzie byłem w Malmö i widziałem koczujące  pod wiaduktami liczne grupy Romów. Dla zamożnego społeczeństwa szwedzkiego to chyba nie jest codzienny widok?

W Malmö zlikwidowano niedawno wielkie obozowisko Romów. To była bardzo kontrowersyjna decyzja, przeciwko której protestowało wielu Szwedów. Władze powołały się wówczas na jedną z zasad szwedzkiego prawa, która nazywa się allemansrätten i głosi, że każdy człowiek może swobodnie korzystać ze szwedzkiej natury, nie ma tu prywatnych lasów, do których nie  można wejść, ani łąk, na których nie wolno rozbić namiotu. Prawo to mówi jednak, że taki namiot należy po 24 godzinach przenieść w inne miejsce, bo  ziemia należy do wszystkich. Stwierdzono więc, że jeśli ktoś koczuje przez wiele miesięcy w jednym miejscu, łamie prawo. Ponadto w obozowisku zaczęły pojawiać się problemy sanitarne  i  kryminalność. Generalnie jednak, w Szwecji cały czas jest dużo zrozumienia dla sytuacji Romów. Myślę zresztą, że nikt normalny nie może uznać, że drugiemu człowiekowi jest przyjemnie siedzieć przez cały dzień na zimnie i prosić o pieniądze…

Sam miałem okazję słuchać audycji w szwedzkim radio, w której dwóch filozofów dyskutowało o tym, czy dawanie pieniędzy Romom to moralny obowiązek. W Polsce nie do pomyślenia.

Wraz z pojawieniem się w Szwecji Romów w prasie zaczęły ukazywać się artykuły na temat tego, jak tłumaczyć dzieciom, że ktoś żebrze na ulicy albo sugerujące, jak należy się zwracać do tych ludzi. Radzono m.in., by odpowiadać na ich pozdrowienia i patrzeć im w oczy, nawet wtedy, gdy nie daje się im pieniędzy. Żeby ich dodatkowo nie upokarzać niezauważaniem.
Od jakiegoś czasu rząd szwedzki bardzo zwiększył zaangażowanie w pomoc Romom w kraju, z którego do Szwecji przyjeżdżają, czyli w Rumunii. Zaczyna się też mówić, że dawanie Romom pieniędzy ma negatywne aspekty, dlatego że część z nich jest wykorzystywana przez mafię.

W naszym kraju – w kontekście Szwecji – często mówi się o naiwności. Jak można wpuścić 200 tys. osób nie będąc przygotowanym na to, by ich odpowiednio ugościć?

Myślę, że ta fala uchodźców wszystkich w Europie po prostu zaskoczyła. Pewne kraje „naiwnie” starały się przestrzegać zasad konwencji genewskiej, a inne nie… Duża część tego, co nazywane jest szwedzką naiwnością, to autentyczna chęć niesienia pomocy i wiara w dobro. Ten rodzaj naiwności dobrze zrobiłby każdemu krajowi, bo zwiększa  znacząco poziom zaufania społecznego, dzięki któremu żyje się lepiej, rośnie innowacyjność, kwitnie gospodarka i tak dalej. Za problematyczną naiwność uważam za to fakt, że szwedzkim politykom i większości mediów wydawało się do niedawna, że najlepszą reakcją na wejście do parlamentu antyimigranckiej partii Szwedzkich Demokratów, na którą w zeszłych wyborach zagłosowało aż 13 procent społeczeństwa, będzie wykluczenie jej ze wszelkiej współpracy parlamentarnej i histeryczne reakcje na jakąkolwiek próbę dyskutowania o problemach integracji. W pewnym momencie zrobiło się coś takiego, że każdy, kto chciał mówić o problematycznych różnicach kulturowych, złej sytuacji szkół w dzielnicach imigranckich albo odważył się wspomnieć o pomyśle wprowadzenia egzaminu z języka dla ubiegających się o obywatelstwo, nazywany był rasistą. Efekt jest jednak taki, że na Szwedzkich Demokratów chce dziś zagłosować 20 procent Szwedów, a przecież szokiem było już samo ich wejście do parlamentu. Uważano, że jest to partia tak skrajna i rasistowska u swoich źródeł, że to niemożliwe, by w szwedzkim społeczeństwie uzyskała duże poparcie. Szwedzcy Demokraci naprawdę mają korzenie nazistowskie i jest w tej partii wielu bardzo prymitywnych polityków. Jedyną ich siłą jest dziś to, że mówią o tym, o czym inne partie milczą z powodu źle rozumianej politycznej poprawności. Tymczasem wydaje mi się, że konstruktywna debata o wyzwaniach, które niesie ze sobą duża imigracja, zwłaszcza z krajów znacząco od Szwecji mniej rozwiniętych i bardziej patriarchalnych, nie musi wcale prowadzić do decyzji o zamknięciu granic, o której marzą Szwedzcy Demokraci. Chodzi chyba raczej o zastanowienie się nad tym, jak lepiej pracować w szkole z uczniami, którzy  nie znają jeszcze szwedzkiego, co zrobić, by inżynier z Iranu miał szanse na znalezienie pracy w zawodzie i nie był zmuszony do zarabiania jako taksówkarz i jakie kroki podjąć, żeby w Szwecji nie było już tzw.  balkongflickor,  czyli „dziewczyn balkonowych”, bo w tym najbardziej równouprawnionym kraju świata dochodzi czasem do  tzw. „mordów honoru” i  najczęściej nie daje się udowodnić, że miały miejsce. Po prostu młoda, nieposłuszna dziewczyna wypada z balkonu – samobójstwo… Multikulturowość powinna polegać na tym, by uznać, że problem prześladowanych przez męskich członków rodziny muzułmanek to także szwedzki problem i trzeba się nim zająć z takim samym zaangażowaniem, z jakim walczyło się o wydłużenie urlopu ojcowskiego, przy okazji podkreślając, że większość muzułmańskich rodzin nie ma nic wspólnego ani z fundamentalizmem ani z mordami honoru.

Powtarza się też, że Szwecja jest światowym liderem pod względem liczby gwałtów, których ofiarami padają kobiety.

Ale przyczyną tego nie jest wielokulturowość, tylko fakt, że w Szwecji obowiązuje bardzo szeroka definicja gwałtu. Mówiąc wprost: nie musi dojść do penetracji, by molestowanie seksualne zostało nazwane gwałtem. Stąd wysoka liczba gwałtów w statystykach. Inną przyczyną jest też to, że ofiary gwałtu zgłaszają się w Szwecji na policję częściej niż w innych krajach.

W Szwecji już wcześniej dochodziło do napięć na tle rasowym. Płonęły imigranckie przedmieścia,  płonęły domy dla uchodźców, a w szkole w Alvesta molestowano szwedzkie dziewczęta. Pod koniec 2014 r. doszło też do podpaleń meczetów w trzech szwedzkich miastach, a w 2015 r. w Trollhättan młody Szwed zabił nauczyciela i dwóch uczniów mieczem. Ofiary wybierał wedle klucza etnicznego. Czy szwedzkie media opisywały te wydarzenia powściągliwie, bo nie chciały eskalować napięć?

Szwedzkie media są generalnie bardzo ostrożne przy poruszaniu tematów rasy, zwłaszcza, gdy mowa jest o przestępstwach. Jeśli pochodzenie etniczne sprawcy nie ma znaczenia dla sprawy, w ogóle się o nim nie wspomina, co wydaje się bardzo sensowne i rzeczywiście przeciwdziała tworzeniu krzywdzących całe grupy stereotypów. Sytuacje, o których Pan wspomina, to mieszanka różnych tematów. O molestowaniu dziewcząt w Alvesta nie pisała szwedzka prasa, informacje na ten temat pojawiały się na jakichś skrajnie prawicowych portalach, mogą być więc całkowicie wyssane z palca. Zbrodnia w szkole w Trollhättan czy podpalanie meczetów były jednoznacznie rasistowskimi przestępstwami, skierowanymi przeciw szeroko pojętym „obcym” i przeciw muzułmanom i tak o  nich w prasie pisano. Część podpaleń domów dla uchodźców w ostatnim czasie była kolejnym przejawem tej nienawiści, ale zdarzały się też  podpalenia spowodowane przez samych uchodźców, bo w przepełnionych ludźmi domach, w których mieszka się miesiącami, a nawet latami dochodzi do konfliktów, o czym prasa po pewnym czasie zaczęła informować. Publicysta dziennika „Svenska Dagbladet”, Ivar Arpi, napisał niedawno głośny i uznawany za kontrowersyjny tekst, w którym domagał się, by media przyjęły do wiadomości, że poza rasizmem białych ludzi względem ludzi o innym kolorze skóry, o którym często się pisze, zdarza się też rasizm skierowany w drugą stronę. Za rasistowską zbrodnię tego typu uznał zabójstwo dwojga Szwedów, dokonane parę miesięcy temu w Ikei w Västerås przez Erytrejczyka, który nie dostał w Szwecji azylu i chciał się za to zemścić na przypadkowych osobach, które miały szwedzki wygląd.

Z kolei zamieszki na przedmieściach Sztokholmu i Göteborga  w 2013 nie miały tła etnicznego, czy religijnego, jak lubią to przedstawiać polskie populistyczne portale typu Euroislam. To był protest młodych ludzi, spowodowany ich wykluczeniem ekonomiczno – społecznym, totalną marginalizacją i brakiem nadziei na przyszłość. Paradoks Szwecji polega bowiem na tym, że jest  krajem niezwykle otwartym, o długiej tradycji przyjmowania uchodźców (sięgającej II Wojny Światowej), a z drugiej strony charakteryzuje się najbardziej zamkniętym rynkiem pracy w Unii Europejskiej. I to jest problem.

Co to znaczy?

Badania mówią, że imigrant pochodzący spoza Europy, aby wejść na szwedzki rynek pracy, potrzebuje około dziesięciu lat. Albo w ogóle na ten rynek nie wchodzi. Powodów jest z pewnością wiele, ale jednym z głównych  jest fakt, że szwedzki rynek pracy chłonie ludzi o wysokich kwalifikacjach i to w zawodach, w których akurat brakuje rąk do pracy.  Lekarz z Syrii  nie będzie miał żadnych problemów, by znaleźć pracę, informatyk też. Z historykiem sztuki będzie już znacznie gorzej, bo świat kultury, choć lewicowy w poglądach, nie wpuszcza łatwo do szwedzkich instytucji kultury ludzi, dla których język szwedzki nie jest językiem ojczystym. Uchodźcy w swojej masie to jednak najczęściej ludzie słabo wykształceni, wśród Somalijczyków zdarzają się analfabeci. Tymczasem trafiają na jeden z najbardziej wyspecjalizowanych rynków świata, na którym liczy się efektywność i obowiązują wywalczone przez szwedzkie związki zawodowe bardzo wysokie minimalne stawki wynagrodzenia. Cały słynny szwedzki model jest na tym zbudowany, a różnice płac są tu jednymi z najmniejszych na świecie. W Szwecji ktoś, kto jest kasjerem, co roku może jeździć na wakacje na Majorkę. Wysokie stawki płac oraz wysokie koszty zatrudnienia powodują jednak, że zatrudnia się stosunkowo niewielu ludzi. Dla przykładu: w kawiarni Starbucksa w Nowym Jorku klientów będzie obsługiwało dziesięć, kiepsko opłacanych osób, a w Sztokholmie dwie, które będą wyjątkowo efektywne. Dlatego teraz w Szwecji pisze się o tym, że jeśli chce się przyjąć na rynek pracy tylu nowych ludzi, to należałoby znacznie obniżyć stawki płac. Ale jeśli do tego dojdzie, Szwecja będzie bardziej przypominała Amerykę niż socjaldemokratyczne państwo społecznej równości. Trzeba będzie coś wybrać albo znaleźć jeszcze inne rozwiązanie. Jakie? Nie mam pojęcia.

Czy klarują się koncepcje, jak wybrnąć z tej sytuacji?

Nie do końca. Tym bardziej, że Szwecja ma w tej chwili słaby rząd, który wydaje się być bardzo zaskoczony rozmiarami  problemów. Premier Löfven usiłował wymóc na innych krajach UE, by w ramach systemu kwot przyjęły część uchodźców, którzy przybyli do Szwecji. Z miernym skutkiem, bo jak już wiemy w temacie uchodźców nie ma dużej solidarności europejskiej, ani wspólnych, konstruktywnych rozwiązań. Pod wpływem toczącej się dyskusji na temat przypadków molestowania seksualnego nastolatek przez grupy młodych uchodźców z Afganistanu, minister Margot Wallström zaproponowała, żeby wprowadzić na wzór norweski zasadę informowania nowoprzybyłych, zwłaszcza chłopców i mężczyzn z krajów tak patriarchalnych, że kobieta nie może w nich chodzić sama po ulicy, o tym jak wyglądają relacje między płciami w Szwecji i jakie prawa mają  tu kobiety. Muszę przyznać, że mocno się zdziwiłam, że nikt na to nie wpadł wcześniej. Nie wiem, czy młodzi Afgańczycy, których przybyło w tym roku do Szwecji około 40 tysięcy, mieli w założeniach sami się tego wszystkiego domyślić.

Notowania rządu są coraz słabsze. Wyobraża sobie Pani Szwecję rządzoną przez Szwedzkich Demokratów?

Nie wiem, czy ją sobie wyobrażam, bo to byłby radykalnie inny kraj i zdecydowanie nie ta Szwecja, którą wręcz pokochałam. Obawiam się natomiast, że taka perspektywa nie jest niemożliwa. Z drugiej strony myślę sobie, że Szwedzi są prawdziwymi idealistami, którzy nie wyrzekają się łatwo ważnych dla nich wartości tylko dlatego, że trudno przy nich wytrwać. Przykładowo głośne morderstwa polityków, premiera Olofa Palmego i Minister Spraw Zagranicznych Anny Lind nie spowodowały, że szwedzcy politycy zaczęli się odgradzać od społeczeństwa murem ochroniarzy. Dalej można ich spotkać w metrze. Przywiązanie do tolerancji i otwartości są w Szwecji bardzo silne, więc jest też duża szansa na to, że zdecydowana większość Szwedów w przyszłych wyborach opowie się za otwartością. Stanie się to o wiele łatwiejsze, jeśli debata, o problemach integracji, która właśnie nabiera tempa, doprowadzi do konkretnych pomysłów na nowe rozwiązania, do stworzenia wizji, jak sobie radzić z wyzwaniami, które niesie ze sobą wielokulturowość. Nikt nie powiedział, że ma być ona łatwa.

W Polsce mówi się, że szwedzka polityka wielokulturowości właśnie ponosi klęskę. Czy rzeczywiście ten eksperyment się nie powiódł?

Absolutnie nie. Od lat 40 zeszłego wieku zdecydowana większość imigrantów bardzo dobrze radziła sobie w Szwecji i ten kraj współtworzyła. Dzięki kolejnym falom uchodźców, z których pierwsi przyjechali tu słynnymi białymi autobusami, Szwecja zyskała całą masę doskonałych lekarzy, psychologów, dziennikarzy, pisarzy, ale też sprawnych budowlańców, hydraulików i tak dalej. Dobrze asymilować się mogą reprezentanci wszelkich kultur i religii, ot chociażby muzułmańscy Bośniacy.  Z tej grupy wywodzi się kilku znanych polityków, sporo ludzi kultury oraz, oczywiście, Zlatan Ibrahimović. Wystarczy też otworzyć opiniotwórcze gazety i zerknąć na nazwiska dziennikarzy, by przekonać się, że nie każdy imigrant jest wykluczony i pozbawiony głosu. Część dzisiejszej elity intelektualnej Szwecji to uchodźcy z Polski, w tym emigranci marca 1968 r., którzy są dziś wydawcami, dziennikarzami i profesorami uniwersyteckimi.

Wierzę, że trudną sytuację na dzisiejszych imigranckich przedmieściach mogłyby zmienić tamtejsze kobiety, trzeba pomóc w ich emancypacji.  Szwecja ma w spore doświadczenia w budowaniu feminizmu i warto chyba postawić na obudzenie go właśnie w dzielnicach wykluczenia.

The following two tabs change content below.

Wiktor Raczkowski