Co mają Skandynawowie, czego nie ma amerykańska demokracja?

Kilka lat temu uświadomiłam sobie bezsens opisywania prawdy o katastrofalnych wojnach Ameryki i opuściłam Afganistan, by udać się do innego górzystego kraju na obrzeżach świata. Kraj ten był całkowitym przeciwieństwem Afganistanu: był spokojny, bogaty, i niemal wszyscy jego mieszkańcy zdawali się cieszyć udanym życiem zawodowym i osobistym.

Autorką artykułu jest Ann Jones, pisarka i dziennikarka pisząca dla niezależnego serwisu informacyjnego The Intercept. Tłumaczył Jakub Kundzik. Całość zredagowała Justyna Zamoyska.

To prawda, że ludzie nie pracowali tam zbyt wiele, w każdym razie nie wedle amerykańskich standardów. W Stanach pracownicy etatowi, teoretycznie pracujący 40 godzin w tygodniu, w rzeczywistości spędzają w pracy średnio 49 godzin, a niemal 20% z nich – ponad 60. W kraju, do którego się udałam pracuje się jedynie 37 godzin w tygodniu, pod warunkiem, że nie jest się akurat na długim płatnym urlopie. Po skończeniu pracy, około 16:00 (a w lecie nawet o 15:00) ma się czas pospacerować po lesie, pójść popływać z dzieciakami albo na piwo z przyjaciółmi. To wyjaśnia, czemu, w przeciwieństwie do tak wielu Amerykanów, ludzie są tu zadowoleni z pracy.

Często zapraszano mnie na te relaksujące spacery lub jazdę na nartach po okolicy, która nie była naszpikowana minami przeciwpiechotnymi, albo do niezagrożonej bombardowaniem kawiarni. Stopniowo pozbyłam się lęków wojennych i przywykłam do powolnego, spokojnego trybu życia, uroczo ubogiego w mocne wrażenia.

Po czterech latach pomyślałam, że czas osiąść gdzieś na stałe i wróciłam do Stanów Zjednoczonych. Poczułam się niemal jakbym wróciła do tamtego świata przemocy, zubożenia, lęku i waśni, który znałam z Afganistanu i z Iraku. Miałam wrażenie, że przyglądam się odwrotnej stronie tej samej monety, i że to amerykańskie wojny doprowadziły Amerykę do takiego stanu.

W moim kraju brakuje miejsc w schroniskach dla bezdomnych, większość ludzi jest albo przepracowana, albo desperacko szuka pracy, a mieszkania są zawrotnie drogie. W przepełnionych szpitalach brakuje personelu, szkoły są kiepskie i panuje w nich segregacja, ludzie często umierają od przedawkowania narkotyków, a kobiety noszące hidżab słyszą na ulicach groźby. Czy amerykańscy żołnierze, których opisywałam w Afganistanie, wiedzieli że właśnie o to walczą?

Temat unikany

Pewnego wieczoru włączyłam debatę kandydatów do prezydenckiej nominacji z ramienia Demokratów. Byłam ciekawa, czy mają jakiś plan na odbudowę Ameryki, jaką kiedyś znałam. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam nazwę mojej spokojnej górskiej przystani – Norwegii. Bernie Sanders piętnował amerykańską zdegenerowaną wersję „kapitalizmu banksterów”, w którym bogaci bogacą się coraz bardziej, a klasa pracująca jest coraz biedniejsza. Powiedział, że musimy „przyjrzeć się krajom takim jak Dania, Szwecja czy Norwegia, i wyciągnąć wnioski z tego, co udało się im osiągnąć dla ludzi pracy”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dodał, że wierzy, w „społeczeństwo, gdzie każdemu żyje się dobrze – nie tylko garstce miliarderów”. To zdecydowanie brzmiało jak rzeczywistość Norwegów, którzy od wieków starają się produkować dla dobra wspólnego, a nie dla zysku nielicznych. Zamieniłam się w słuch, czekając aż Sanders wyłoży to Amerykanom.

Lecz Hillary Clinton szybko zripostowała, że „nie jesteśmy Danią”. Uśmiechając się powiedziała: „Kocham Danię”, by zaraz wygłosić patriotyczny slogan: „Jesteśmy Stanami Zjednoczonymi Ameryki”. Cóż, nie sposób temu zaprzeczyć. Wygłosiła mowę pochwalną wobec kapitalizmu i „wszystkich małych biznesów, które istnieją dzięki temu, że ludzie w naszym kraju mają możliwość ich zakładania, żeby zarabiać na godne życie dla siebie i swoich rodzin”. Zdawało się, że nie wie, że Duńczycy, Szwedzi i Norwegowie również to robią i to z większym powodzeniem.

Prawda jest taka, że niemal co czwarty amerykański startup nie powstał dzięki nowemu genialnemu pomysłowi, ale z desperacji mężczyzn i kobiet, którzy nie mogą znaleźć godnej pracy. Większość amerykańskich przedsiębiorstw to firmy jednoosobowe, bez pracowników, zatrudniające tylko samego właściciela, które na dodatek najczęściej szybko znikają.

Sanders powiedział, że on także całym sercem popiera mały biznes, ale to nie ma znaczenia, „jeśli cały nowo wytworzony dochód i bogactwo idzie do górnego 1 procenta”. (Jak powiedział George Carlin – „Amerykański sen nazywa się tak dlatego, że musisz spać, by w niego wierzyć”).

W czasie tej debaty nie wspomniano już o Danii, Szwecji czy Norwegii. Publiczność nie dowiedziała się nic więcej. Później, w przemówieniu na Uniwersytecie Georgetown, Sanders próbował wyjaśnić, co rozumie przez bycie demokratycznym socjalistą. Powiedział, że nie jest typem modelowego socjalisty, który postuluje, na przykład nacjonalizację środków produkcji, podczas kiedy norweski rząd jest właścicielem środków produkcji wielu dóbr publicznych i głównym udziałowcem wielu ważnych przedsiębiorstw prywatnych.

Byłam porażona. Systemy norweski, duński i szwedzki działają o wiele lepiej od naszego, a nawet kandydaci Demokratów na prezydenta, którzy mówią, że kochają te kraje i chcą się na nich wzorować, zdają się nie mieć pojęcia, jak tamtejszy system działa.

Czemu nie jesteśmy Danią?

Dowodów na to, że skandynawski system działa, dostarczają nam coroczne statystyki ONZ i innych organizacji międzynarodowych. Doroczny Raport OECD o jakości życia bada 11 kategorii – od stricte materialnych, jak dostępne mieszkalnictwo czy praca, po miękkie czynniki: edukację, zdrowie, oczekiwaną długość życia, zaangażowanie obywatelskie, czy satysfakcję z życia. Rok w rok wszystkie kraje nordyckie zajmują czołowe miejsca, podczas gdy Stany ciągną się daleko w tyle. Co więcej, Norwegia przez 12 z 15 ostatnich lat miała najwyższy na świecie wskaźnik rozwoju społecznego (HDI) według Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju. Konsekwentnie zajmuje też pozycję lidera w międzynarodowych zestawieniach dotyczących stanu demokracji, praw obywatelskich i politycznych oraz wolności słowa i prasy.

Co zatem sprawia, że Skandynawia jest tak wyjątkowa? Ponieważ Demokraci nie potrafią, a Republikanie nie chcą tego wytłumaczyć, pozwolę sobie pobieżnie to wyjaśnić. To, co Skandynawowie nazywają modelem nordyckim, to sprytny i prosty system, zbudowany na silnym fundamencie równości i demokracji. Te dwie idee połączone są wspólnym celem, gdyż Skandynawowie wierzą, że jedno nie istnieje bez drugiego.

Właśnie w tym względzie model nordycki różni się od kapitalistycznej Ameryki – kraju, w którym panują największe nierówności wśród państw rozwiniętych, a, co za tym idzie – niedemokratycznym. Politolodzy twierdzą, że Stany stały się oligarchią – krajem rządzonym na koszt obywateli przez i dla superbogatych. Myślę, że i zwykłym ludziom nietrudno to zauważyć.

 

Autor: Guillaume Colin & Pauline Penot, Norwegia, Lofoten,  (zdjęcie pochodzi z portalu www.flickr.com).
Autor: Guillaume Colin & Pauline Penot, Norwegia, Lofoten, (zdjęcie pochodzi z portalu www.flickr.com).

W przeciągu ostatniego stulecia skoncentrowani na celach równościowych Skandynawowie oparli się wszystkim ideologiom wiodącym prym w XX wieku. Odrzucili zarówno czysty kapitalizm, jak i faszyzm; marksistowski socjalizm i komunizm. Geograficznie wciśnięci pomiędzy potężne narody prowadzące zimne i gorące wojny, zdołali odnaleźć drogę pośrodku. Chociaż przeciw drodze tej protestowali i socjalistyczni robotnicy, i kapitalistyczni właściciele i zblatowane z nimi elity, w ostateczności Skandynawom udało się stworzyć mieszany model gospodarczy. W wyniku długich zmagań – głównie dzięki solidarności i zdrowemu rozsądkowi związków zawodowych i wspierających ich partii politycznych –  powstał system, który zmusza kapitalizm do jako takiej współpracy, sprawiedliwie redystrybuując bogactwo, które kapitalizm pomaga wytworzyć. W XX wieku takie zmagania miały miejsce na całym świecie, ale tylko w Skandynawii udało się połączyć najlepsze rozwiązania obu obozów, unikając ich wad.

W 1936 roku popularny amerykański dziennikarz Marquis Childs po raz pierwszy przybliżył ten model Amerykanom w swojej książce Szwecja – trzecia droga. Od tego czasu wszystkie kraje skandynawskie i ich nordyccy sąsiedzi – Finlandia i Islandia – doskonalą ten hybrydowy system. Dziś w Norwegii płace i warunki pracy w większości przedsiębiorstw publicznych i prywatnych ustalane są w toku negocjacji między Konfederacją Związków Zawodowych i Konfederacją Norweskich Pracodawców, a wysokie, ale sprawiedliwe, progresywne podatki dochodowe pomagają sfinansować publiczny system zabezpieczeń społecznych, z którego korzystają wszyscy. Co więcej, te dwie Konfederacje wspólnie pracują nad zminimalizowaniem różnic dochodowych. W rezultacie Norwegia, Szwecja, Dania i Finlandia znajdują się wśród krajów o największej równości dochodowej, a pod względem standardu życia – są w światowej czołówce.

Na tym polega wielka różnica:

w Norwegii kapitalizm służy ludziom, a gwarantuje to wybrany przez ludzi rząd. Wszystkie osiem partii, które dostały się do parlamentu w ostatnich wyborach, w tym konserwatyści z partii Høyre, którzy stoją na czele rządu, działają na rzecz państwa opiekuńczego. Panujący zaś w Stanach neoliberalizm postawił lisy na czele kurnika, a kapitaliści używają wytworzonego w ich przedsiębiorstwach bogactwa, (jak również finansowych i politycznych manipulacji), by zawłaszczyć państwo i oskubać kury. Udało im się całkowicie zniszczyć organizacje pracownicze i dziś tylko 11 proc. amerykańskich pracowników należy do związków zawodowych. W Norwegii jest to 52 proc., w Danii – 67 proc., a w Szwecji – 70 proc.

W USA oligarchowie mnożą swoje bogactwa i zachowują je dla siebie, a „demokratycznie wybrany” rząd posłusznie kształtuje politykę i prawa, które służą interesom ich lisiej klasy. Politycy zaś, jak choćby Hillary Clinton w trakcie debaty, opowiadają ludziom banialuki o tym, jak to mamy „wolność” zakładania firm na „wolnym” rynku, sugerując, że jeśli jesteśmy biedni, to wyłącznie z własnej winy.

W krajach nordyckich natomiast demokratycznie wybrane rządy dają swoim narodom wolność od rynku, używając kapitalizmu jako narzędzia, które służy wszystkim. To uwalnia społeczeństwa od tyranii wielkiego zysku, która zniszczyła życie tak wielu Amerykanom. Przykładowy Skandynaw ma większą swobodę realizacji własnych marzeń – może zostać poetą, filozofem, barmanem czy przedsiębiorcą – kimkolwiek tylko chce.

Sprawy rodzinne

Może politycy amerykańscy nie chcą rozmawiać o modelu nordyckim, bo pokazuje jak na dłoni, że z kapitalizmu mogą korzystać liczni, a nie tylko garstka.

Weźmy norweski system zabezpieczeń społecznych: jest uniwersalny. Innymi słowy, wsparcie dla chorych czy starszych nie jest jałmużną, niechętnie dawaną potrzebującym przez elitę, tylko prawem każdego obywatela, w tym każdej kobiety, nieważne czyją jest żoną, oraz każdego dziecka, niezależnie kim są jego rodzice. Traktowanie każdego człowieka jak obywatela jest potwierdzeniem jego indywidualności i równości wszystkich. Dzięki temu nikt nie jest prawnie niczyją własnością – nikt w pełni nie zależy na przykład od męża, czy ojca-tyrana.

I tu dochodzimy do sedna skandynawskiej demokracji, jaką jest równość płci. W latach siedemdziesiątych norweskie feministki wmaszerowały do polityki i przyspieszyły demokratyzację kraju. W Norwegii istniało wtedy duże zapotrzebowanie na siłę roboczą i kobiety masowo poszły do pracy. Gospodynie domowe zatrudniano na tych samych warunkach co mężczyzn, w wyniku czego baza podatkowa wzrosła niemal dwukrotnie. Miało to większy wpływ na norweski sukces niż przypadkowe odkrycie złóż ropy naftowej na północnym Atlantyku. Niedawno Ministerstwo Finansów podliczyło, że wkład tych pracujących matek do norweskiego bogactwa netto odpowiada „całemu bogactwu naftowemu” kraju, zgromadzonemu na największym we współczesnym świecie, wartym 873 miliardy dolarów, państwowym funduszu majątkowym. Do 1981 roku kobiety zasiadały już w parlamencie, na stanowisku premiery i w jej gabinecie.

Amerykańskie feministki również walczyły o takie cele w latach siedemdziesiątych, ale nadęci faceci, pochłonięci intrygami w Białym Domu, wszczęli z nimi wojnę, która cofnęła kraj w rozwoju. Podstawowe prawa obywatelskie, zdrowotne i reprodukcyjne kobiet do dziś są przedmiotem ataków. W 1971 roku, dzięki ciężkiej pracy organizacji feministycznych Kongres przyjął ponadpartyjną Ustawę o całościowym rozwoju dzieci, która ustanawiała kosztujący wiele miliardów dolarów system dziennej opieki nad dziećmi pracujących rodziców. W 1972 roku prezydent Richard Nixon zawetował ją i na tym się skończyło. Również w 1972 roku Kongres przyjął (zaproponowaną po raz pierwszy w 1923 roku) poprawkę do konstytucji, nadającą równe prawa obywatelskie kobietom. Ratyfikowało ją tylko 35 stanów, o 3 za mało do wymaganej większości. Poprawka ta, zwana Poprawką o równych prawach, została uznana za odrzuconą w 1982 roku, pozostawiając amerykańskie kobiety w próżni prawnej.

W 1996 prezydent Bill Clinton podpisał Ustawę o osobistej odpowiedzialności i szansach zatrudnienia, kładąc kres federalnej polityce socjalnej, jaka istniała od sześćdziesięciu lat. Ustawa zniosła federalne zasiłki dla biednych i skazała rodziny milionów kobiet, będących głównymi żywicielami rodzin, na ubóstwo, w którym wiele z nich, 20 latach później, wciąż tkwi. Dziś, niemal pół wieku po tym, jak Nixon wyrzucił publiczną opiekę nad dziećmi do kosza, nawet kobiety z klas uprzywilejowanych są rozdarte między źle opłacaną pracą a opieką nad swoimi dziećmi.

W Norwegii wypadki potoczyły zupełnie innym torem. Tamtejsze feministki i socjologowie uderzyli w największą przeszkodę na drodze do pełnej demokracji – rodzinę nuklearną. W latach pięćdziesiątych światowej sławy amerykański socjolog Talcott Parson wyłożył jej koncepcję: mąż w pracy, a żona w domu to idealna sytuacja do wychowywania dzieci. Jednakże w latach siedemdziesiątych norweskie państwo, przejąwszy tradycyjne niepłatne kobiece obowiązki domowe, zaczęło dekonstruować ten niedemokratyczny ideał.

Opieka nad dziećmi, seniorami, chorymi i niepełnosprawnymi stała się podstawowym obowiązkiem uniwersalnego państwa opiekuńczego. Kobiety mogły pójść do pracy i cieszyć się zarówno pracą zawodową, jak i rodziną. To kolejna rzecz, o której amerykańscy politycy – wciąż odrażająco zadufani mężczyźni – nie chcą nawet myśleć: że patriarchat może zostać obalony i wszyscy na tym skorzystają.

Paradoksalnie – emancypacja kobiet uczyniła życie rodzinne bardziej autentycznym. Wielu Norwegów mówi, że zarówno kobiety, jak i mężczyźni stali się bardziej sobą i bardziej podobni do siebie: bardziej empatyczni i szczęśliwi. Pomogło to także dzieciom wyrwać się spod skrzydeł nadopiekuńczych rodziców. W Norwegii matka i ojciec dzielą się płatnym urlopem rodzicielskim, by opiekować się noworodkiem przez pierwsze miesiące jego życia. Jednakże w wieku jednego roku dzieci zaczynają uczęszczać do niedalekich barnehage (przedszkoli), w których przebywają głównie na powietrzu. Gdy w wieku sześciu lat zaczynają bezpłatną podstawówkę są już zadziwiająco samodzielne, pewne siebie i  pogodne. Znają swoją okolicę i gdyby zostały odcięte przez śnieżycę w lesie, wiedziałyby jak przygotować ognisko i zdobyć pożywienie. (Jedna z wychowawczyń w przedszkolu wyjaśniła: „Uczymy je wcześnie używać siekiery, by rozumiały, że jest to narzędzie, a nie broń”).

Dla Amerykanów wizja szkoły „zabierającej” dziecko rodzicom, by nauczyć je posługiwać się siekierą, jest po prostu potworna. W rzeczywistości, norweskie dzieci, które od wczesnego dzieciństwa mają kontakt z wieloma dorosłymi i dziećmi, potrafią dobrze komunikować się ze starszymi i opiekować się sobą nawzajem. A co najważniejsze (choć oczywiście trudno to stwierdzić z całą pewnością), skandynawskie dzieci spędzają więcej wartościowego czasu ze swoimi rodzicami, dla których praca nie jest najważniejsza, niż typowe amerykańskie dziecko z klasy średniej, wożone przez zestresowaną matkę z lekcji muzyki na kurs karate. Z tych i innych powodów, międzynarodowa organizacja Save the Children uznała Norwegię za najlepsze na świecie państwo do wychowania dzieci, podczas gdy USA uplasowało się na kiepskim 33. miejscu.

Nie wierz mi na słowo

Ten artykuł przedstawia ledwie garstkę faktów na temat Skandynawii, więc zainteresowanych zachęcam do wyszukiwania dalszych informacji samodzielnie. Ostrzegam jednak, ze internet pełen jest krytycyzmu wobec wszystkich krajów o modelu nordyckim. Turyści i dziennikarze rzadko dostrzegają  rozwiązania dotyczące rodziny czy systemu rządów, które opisałam, a ich uwagi są często głupie. Na przykład amerykański turysta-bloger narzekał, że nie pokazano mu slumsów Oslo (bo nie istnieją), a brytyjski dziennikarz napisał, że norweskie paliwo jest za drogie (nie dla Norwegów, którzy ponadto są najliczniejszymi użytkownikami elektrycznych samochodów).

Neoliberalni eksperci, zwłaszcza brytyjscy, wciąż biją w Skandynawów w książkach, magazynach, gazetach i na blogach, przewidując niechybną śmierć systemu socjaldemokratycznego i próbując zmusić ich do odejścia od najlepszej ekonomii politycznej na świecie. Samozwańczy specjaliści od tematu, pozostający pod urokiem Margaret Thatcher, przykazują Norwegom liberalizację gospodarki i prywatyzację wszystkiego poza pałacem królewskim. Norweski rząd zwykle robi dokładnie na odwrót, lub nie robi nic, a socjalna demokracja wciąż działa.

Nie jest oczywiście doskonała i nadal jest ostrożnie zmieniana i ulepszana. Rządzenie przez konsensus wymaga czasu i nie jest łatwe. Można myśleć o nim jak o powolnej demokracji, która, tym niemniej, wyprzedza nas o lata świetlne.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +56, liczba głosów: 64)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Nick Pezzillo