Carol – naprawdę dobry film o lesbijkach wchodzi na polskie ekrany

Już niebawem na ekrany polskich kin wejdzie „Carol” Todda Haynesa, uhonorowana 10–minutową owacją w Cannes, ekranizacja bodaj najmniej znanej powieści Patrycji Highsmith. Film będący studium miłości lesbijskiej, pomimo ciepłego przyjęcia na europejskich festiwalach, nie powalczy o Oscary w najważniejszych kategoriach.

Tym bardziej cieszy decyzja Gutek Film o jego szerokiej dystrybucji w kraju.

Mamy oto bowiem rzecz szalenie rzadką, a mianowicie naprawdę dobry film o homoseksualnym związku dwóch kobiet, którego bohaterki w pełni akceptują (i celebrują!) rodzące się między nimi uczucie. Film, w którym żadna z nich nie kończy z „Właściwym Mężczyzną” i gdzie bohaterki nie stają się ofiarami własnej historii. Film, w którym relacja lesbijska nie jest eksploatowana i która wymyka się „męskiemu spojrzeniu”. Carol to wreszcie film, będący oszałamiająco piękną i uniwersalną opowieścią o pierwszej miłości, dorastaniu, ale też istocie macierzyństwa i przyjaźni. Gratka nie tylko dla fanów Haynesa ale i prozy Highsmith.

Patricia Highsmith (1921-1995) to amerykańska pisarka znana ze swoich psychologicznych thrillerów, znana z noweli o Tomie Ripley i „Znajomych z pociągu”. Biseksualistka, nigdy nie poślubiła mężczyzny, nie miała dzieci. 

 

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Źródła historii Carol

Zacznijmy od początku. Historia „Carol” zaczyna się w 1948 roku, w jednym z nowojorskich domów handlowych. 27-letnia Patricia Highsmith skończywszy pisać „Znajomych z pociągu”, ale jeszcze przed sprzedaniem praw do ekranizacji Alfredowi Hitchcockowi dorabia przed świętami w sklepie z zabawkami. Któregoś dnia w tłumie zabieganych klientów dostrzega blondwłosą piękność w futrze z norek. Kobieta zamawia u Highsmith lalkę z prośbą o dostarczenie jej do domu. Oczarowana nieznajomą Patricia zatrzyma jej dane adresowe, choć nigdy nie zdecyduje się na próbę kontaktu. Jeszcze tego samego wieczora napisze za to kilkustronicowy zarys swojej drugiej powieści, „The Price of Salt”, w której pozwoli swojej alter–ego zaangażować się w romans ze starszą od siebie kobietą. Książka wydana pod pseudonimem w 1952 roku szybko zyska status kultowej, głównie dzięki jej relatywnie optymistycznemu zakończeniu, rzeczy wówczas bezprecedensowej wśród tzw. lesbijskiej literatury brukowej. Highsmith oficjalnie przyzna się do autorstwa dopiero po czterdziestu latach. Na krótko przed śmiercią zmieni też tytuł na „Carol”.

carol

Oparta na scenariuszu Phyllis Nagy (prywatnie bliskiej znajomej samej Highsmith) ekranizacja Todda Haynesa jest dość bliska literackiemu pierwowzorowi. To rozgrywająca się w latach 50. historia miłości młodziutkiej sprzedawczyni i aspirującej fotografki, Therese Belivet (Rooney Mara) oraz dojrzałej, dystyngowanej mężatki, Carol Aird (Cate Blanchett). Początek ich znajomości jest kalką z życia autorki, z tą jednak różnicą, że Therese decyduje się podjąć kolejny krok i z ujmującą, radykalną wręcz ufnością wkracza w intymną znajomość, która z wielu powodów nie ma prawa istnieć.

„Carol” rozpoczyna scena bezpośrednio nawiązująca do „Brief Encounter” Davida Leana, od którego reżyser zapożycza cyrkularną strukturę filmu. Carol i Therese siedzą przy stoliku w hotelowej restauracji. Są wyraźnie czymś przejęte, ale nie słyszymy o czym rozmawiają. Spotkanie przerywa im przypadkowo znajdujący się tam przyjaciel Therese. „Miło cię widzieć” odpowiada mu na powitanie, trochę jakby roztargniona i nieobecna. Kiedy pod koniec filmu, naśladując Leana Haynes powróci do tej sceny, jej reakcja stanie się boleśnie zrozumiała.

Kobiety dzieli wiek, klasa, doświadczenie. Łączy pożądnie, poczucie odosobnienia i ciągłej inwigilacji. Pomimo że nigdy tak naprawdę nie negują i nie walczą ze swoim uczuciem czy seksualnością, nie mogą pozwolić sobie na otwartość. Świadomość bycia pod obserwacją towarzyszy im ze względu na socjokulturowe realia, ale również bezpośrednio ze strony zazdrosnego męża Carol i nieco skołowanego chłopaka Therese. Ich relacja może rozwijać się zatem jedynie w podtekście; w pauzach między dialogami, długich spojrzeniach czy ledwie dostrzegalnych drganiach kącików ust Blanchett (które zasługują na osobną nominację do Oscara). Przy tym wszystkim zarówno Carol, jak i Therese, nie czują się częścią ani pozostającej wówczas w podziemiu „homoseksualnej subkultury”, ani też do końca środowiska, w którym funkcjonują na co dzień.

carol04

Często obserwujemy je zza zamazanej deszczem szyby samochodowej, wystawy sklepowej czy obiektywu aparatu, co jedynie potęguje wrażenie izolacji od reszty świata. Gdy więc przechodząca przez rozwód i walkę o prawa do opieki nad córką Carol zabiera Therese w podróż „przed siebie”, stwarza tym samym przestrzeń, w której mogą w końcu wyjść poza aluzje i niedomówienia.

Ameryka, którą przemierzają, nie jest tonącym w technikolorze krajem prosperity gospodarczej, jaki widzieliśmy u Haynesa w jego Sirkowskim „Daleko od nieba”. Dominuje bardziej surowy, powojenny klimat. Film nakręcony na 16 – milimetrowej taśmie przywodzi na myśl fotografie tworzących w połowie ubiegłego wieku Ruth Orkin czy Vivian Maier. Główna zasługa w tym wirtuoza kamery Eda Lachmana, który współpracował z Haynesem m.in. przy „I’m not there” i epokowym „Mildred Pierce”. Jego zdjęcia (za które został nagordzony Złotą Żabą na ubiegłorocznym Camerimage) są też dla widza furtką do intymniej relacji Carol i Therese, przede wszystkim dzięki rzadkim, choć wymownym zbliżeniom i specyficznej konwencji kolorystycznej. Wraz z muzyką Cartera Burwella, stają się dla bohaterek substytutem języka. Dokładnie opisują to, czego same zainteresowane, być może z tak prozaiczynych powodów jak brak ku temu odpowiedniego słownictwa, po prostu nie potrafią, ale też nie mogą powiedzieć wporst.

Lesbijska relacja

Choć na pierwszy rzut oka Carol może wydawać się dominująca w tej relacji,  nie jest to kolejna opowieść o doświadczonej kobiecie, która z nudów uwodzi nieopierzoną młódkę. Nie jest to też układ Humbert Humbert/Lolita. Jeżeli odbieramy Carol jako bardziej zdystansowaną, dzieje się tak w głównej mierze dlatego, że przez dużą część filmu obserwujemy ją oczami zakochanej Therese. Jest onieśmielającym obiektem pożądania bardziej niż pełnowymiarową postacią.

Dopiero gdy drogi bohaterek rozchodzą się, następuje zmiana narracji i opada jej teatralna fasada (rzecz w całości stworzona przez Nagy; w powieści postać Carol do samego końca pozostaje raczej mglista). Zmuszona do życia z dala od Therese jest równie, o ile nie bardziej, zdesperowana i bezbronna. To tutaj Blanchett daje popis swoich zdolności aktorskich, chyba przez nikogo już niekwestionowanych (kolejna w karierze nominacja do Oscara za rolę pierszoplanową), choć wciąż gra głównie w ciszy.

carol_0

Rooney Mara ma co prawda mniejszą sposobność, by zaprezentować swój także niewątpliwy talent, ale w jej stateczności drzemie porażająca siła. Słyszałam już porównania do młodej Audrey Hepburn, ale dla mnie ma ona coś z Grety Garbo i Emanuelle Rivy. Pewien dystans i nieobecność, która sprawia, że tak łatwo o projekcję na nią własnych emocji. Dziwi mnie tylko oskarowa nominacja do roli drugoplanowej. Czy gdyby film traktował o parze mieszanej płciowo, byłaby szansa na wyróżnienie obu aktorek w głównych kategoriach?

To nie jest kryminał

„Carol” nie jest kryminałem (choć poniekąd miłość jest tu wykroczeniem), ale to wciąż bardzo highsmithowski świat. Smutek i nadzieja przeplatają się w nim do samego końca, nadając mu rytm nie tak daleki „Utalentowanemu Panu Ripleyowi”. Kiedy dobiegając do finałowej sceny historia zatoczy koło, będzie opleciona w suspens trzymający widza na krawędzi fotela.

To wzruszający, hipnotyzujący i odurzający obraz, który odbiera się bardziej zmysłami niż intelektem, ale nie umniejsza to jego wagi.

Film, którego wydarzenia rozgrywają się na długo przed zamieszkami w Stonewall i który trafia do kin już po zalegalizowaniu małżeństw jednopłciowych w większości krajów anglosaskich, wymyka się łatce „filmu zaangażowanego”, politycznego. Dużo bliżej mu do wspomnianego wcześniej „Brief Encounter” niż tegorocznego „Freeheld”. Paradoksalnie jednak w jego apolityczności tkwi znaczący przekaz. To historia miłości kobiet, które przez dziesiątki lat nie miały najmniejszych nawet szans na godną reprezentację w kinie i telewizji, ale bohaterki Haynesa ani przez moment nie są traktowane protekcjonalnie. To one sterują swoją fabułą i podejmują heroiczne dla siebie decyzje. To, co ciche, prywatne i nieopatrzone współczesnym komentarzem, jest w tym filmie najbardziej wymowne. To, co osobiste staje się polityczne.

——————–

Korzystałam z „Beautiful Shadow: A life of Patricia Highsmith” Andrew Wilsona (wyd. Bloomsbury, 2004)

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +10, liczba głosów: 14)
Loading...
The following two tabs change content below.