Cudownie krwawa całość – recenzja ostatniego Tarantino

Quentin Tarantino to być może ostatni reżyser, który dysponując wielkim, hollywoodzkim budżetem, kręci w pełni autorskie kino i robi w stu procentach to, co chce. Za to wielki szacun. Ale czy to dobrze dla widza?

No i siedzę w kinie. Kończą się piękne trailery i jeszcze piękniejsze reklamy. Film zaczyna się od długiej sekwencji początkowej. Zbliżenie na detal, w oddali ktoś gdzieś jedzie, nie wiemy skąd ani dokąd. Zupełnie jak w życiu. Do tego absolutnie nie wpadający w ucho motyw muzyczny. Ennio Moriccone. Oho, myślę sobie, ledwo się zaczyna, a już się dłuży. I to na tyle, że wpatrzony w zimowy krajobraz z dyliżansem w tle i zasłuchany w Moriccone zaczynam przypominać sobie westerny Sergio Leone i to, jak bardzo nie dało się ich oglądać. Jak bardzo były przegadane. Ok, nie tyle przegadane, co przestane i „przewchodzone” – tylko bowiem włoski reżyser mógł wpaść na to, że kowboj do saloonu wchodzi tak długo, że ja w tym czasie mogę sobie spokojnie zaparzyć herbatę, a kiedy wrócę, to ten kowboj będzie wpół drogi do baru.

U Tarantino, na szczęście, gdy ktoś gdzieś wchodzi, to dużo szybciej, choć też lekko nie jest. Ale czy to znaczy, że jest źle? Zresztą, za dużo wchodzenia to w „Nienawistnej ósemce” nie ma. Wszak mamy tylko jedno wnętrze, w którym spotyka się banda zwyrodnialców z dzikiego zachodu. I to trzeba reżyserowi i aktorom oddać – galeria postaci jest wspaniała i wyrazista. Tak właśnie w mojej wyobraźni wyglądał prawdziwy Dziki Zachód – pełen nienawistnych nomen omen skurwieli, z których jeden drugiemu przenigdy nie zaufa. Między postaciami od samego początku widać i czuć ciągłe napięcie, które dalej będzie tylko narastało. Witaj, drogi Widzu w świecie, w którym podejdziesz do nieznajomego jedynie z rękami w górze, na muszce. W świecie, w którym najważniejsze są dwie rzeczy: po pierwsze: przetrwać, po drugie: zarobić jak najwięcej. W świecie, w którym rodzi się czysty, amerykański, dosłownie: dziki kapitalizm. Jeśli ktoś już się z kimś tutaj kuma, to nie z sympatii, czy zaufania, tylko po to, żeby przetrwać – ciągle mając świadomość, że w każdej chwili „sojusznik” może zmienić front i wpakować ci kulę w tył głowy, bo inny układ da mu większe szanse na przeżycie, bądź po prostu większy zysk. Coś pięknego.
Film wyraźnie dzieli się na dwie części. Pierwszą, w której główną atrakcją są mistrzowskie dialogi i drugą, w której przemawiają głównie pistolety bohaterów. Przemawiają coraz głośniej i głośniej, wiodąc nas do krwawego finału. I kiedy piszę „krwawego”, mam na myśli „krwawego”, kurde. Ale finał zostawmy na koniec, nie jesteśmy w „Pulp Fiction”. Jeśli chodzi o pierwszą część filmu, tę „mówioną”, to Tarantino ewidentnie uświadomił sobie, że widzowie kochają jego dialogi. I spełnił ich oczekiwania aż za bardzo. Dialogi są doskonałe, serio; mocno przyczyniają się do tego poczucia ciągłego napięcia, o którym było wyżej. I, raz jeszcze, jeśli jakoś wyobrażałem sobie prawdziwy Dziki Zachód, to właśnie tak. No, ale co za dużo to niezdrowo jednak i całość można by spooooro skrócić. Oglądasz, czekasz, aż coś się zacznie dziać, aż coś się zmieni, a tu jedziesz z bohaterami dyliżansem i jedziesz. Śnieg sypie, a ty jedziesz. Jedziesz, aż w końcu pytasz: „hej Quentin, daleko jeszcze?”. Daleko. W końcu jednak dojeżdżasz tym dyliżansem do zajazdu pośrodku niczego, wśród śnieżnej zamieci. Tam poznajesz kolejnych bohaterów. Ci nowi muszą poznać się ze starymi, więc jeszcze sporo gadaniny czeka Cię na miejscu. W końcu Samuel L. Jackson też zaczyna się wyraźnie nudzić, opowiada obsceniczną historię i osobiście oddaje pierwszy strzał. A potem to już hulaj dusza, piekła nie ma.

Miało być miło i przyjemnie przecież, na zewnątrz hula zima, ogień trzaska w kominku. No dobra, wszyscy wiedzieliśmy, że skończy się krwawo i tak też się w pewnym momencie robi. Ręka, noga, mózg na ścianie – jeśli  na kilkudziesięciu metrach kwadratowych spotyka się kilku prawdziwych kowbojów-skurwieli, a do tego jeden z nich dostaje małej paranoi, nie może być inaczej. Zresztą – wiedziałeś to od początku. Jest cudownie. Pierwszy strzał czarnoskórego kowboja to tylko preludium do dantejskich scen, za które tak kochasz Tarantino. No chyba, że bardziej kochasz go za dialogi, ale to już jakby za nami. Patrzysz, chłoniesz i zastanawiasz się, czy ktoś posunie się jeszcze dalej, a po chwili to się dzieje. Nagłe wystrzały, krew opryskująca wszystko znienacka. Bajka. Swoją drogą, ciekawe, czy film jest wyświetlany w tych cyrkowych, dziwacznych salach kinowych 4D, w których wieje fizyczny wiatr, pryska prawdziwa woda, etc. Jeśli tak, to mam nadzieję, że widzowie wyszli z seansu opryskani posoką po uszy. Jeśli nie, to ja chcę taki seans zorganizować, włącznie z imitacją fruwających kawałków mózgu. Boże, jak dobrze, że nie mam dzieci, bo inaczej martwiłbym się pewnie istnieniem tego filmu – jest dozwolony już od lat piętnastu!

Ta cudownie krwawa całość

sprawia jednak wrażenie sztuki dla sztuki. Po większości filmów Quentina Tarantino (jeśli nie po wszystkich do tej pory) miałem wrażenie, że oprócz czystej, pełnej przemocy rozrywki, chodzi o coś więcej. Zabawa stylami, granie gatunkami. Ot, choćby taki banalny „Kill Bill”. Mamy tam sprawne połączenie kina kung-fu z westernem, nawiązania do Kurosawy, do tego jeszcze anime, a wszystko to polane sosem amerykańskiego komiksu i posypane tu i ówdzie komiksem europejskim. Tutaj? Poznajemy głównych bohaterów tylko po to, żeby wreszcie utonęli we własnych wnętrznościach. Fabuła? Szczątkowa i stanowiąca pretekst. Mógłbym teraz nie pamiętać, jak się ten film kończy, a nie miałoby to żadnego znaczenia. Były flaki i to się liczy. Za drugim razem można oglądać „Nienawistną ósemkę” jak porno – na przewijaniu.

Quentin Tarantino trochę nawiązuje w tym filmie do swoich pierwszych dzieł. Jest w tym trochę „Wściekłych psów” (jedność miejsca, banda nie ufających sobie bandziorów), trochę „Pulp Fiction” (jest zabawa chronologią). Głównie po prostu widać, że chciał dać widzom to, za co go najbardziej kochają. Dialogi (są i jest ich za dużo) oraz przemoc w swoim, specyficznym wydaniu (jest i jest jej za dużo). Zagrał dźwięki, które dobrze już znasz. Zagrał ich tylko kilka, ale zrobił to najgłośniej i najostrzej, jak potrafił, a do tego bardzo prosto – punkowo. Trzy akordy, darcie mordy – tak mniej więcej ten film wygląda. Czytelniku – zostałeś ostrzeżony. A ja jeszcze przed seansem wpadłem na niemożliwą w realizacji myśl, że może Quentin kręciłby lepsze kino, gdyby… miał mniejsze budżety.

Noty końcowe:

Postacie: 10/10,

Scenariusz: 2/10,

Tarantino w Tarantino: 101%.