Dramat ludzi to nie jest wydarzenie egzotyczne. O fotografii Warrena Richardsona

Przypadkowo poznany facet, na dworcu w Suboticy, wyjął aparat. Na niewielkim ekranie pokazywał zdjęcia, które zrobił w nocy. Mężczyźni przeciskający dzieci przez szpary między kolcami drutu – muru postawionego przez Victora Orbana. Ten facet to – jak się okazało po trzech godzinach rozmowy – Warren Richardson. To zdjęcie wygrało właśnie World Press Photo.

Czy wyobrażasz sobie świat bez fotografii?

400. Policzyłam. Ponad 400 fotografii każdego dnia. To ilustracje do tekstów w internetowych portalach. Zdjęcia, które przewijam na wallu facebooka. Okładki książek, na które spoglądam mijając księgarnie, gazety w kioskach. Billboardy. Ilustracje na pudełku mussli, które zjem jutro rano na śniadanie. I zapomnę. Zapomnę każdą z tych fotografii. Dlaczego? Dlatego, że moja pamięć, podobnie jak Twoja – nie przyswaja tak dużej ilości obrazów. Broni się przed nimi. A jednocześnie ich łaknie. Bo nikt z nas nie wyobraża sobie już świata bez fotografii. Fotograficzny, masowy konsumpcjonizm uzależnił nas od obrazu. Stałego i statycznego punktu odniesienia do światów nie naszych.

Są jednak sytuacje zwrotne – w historii fotografii i fotograficznej pamięci każdego z nas. Jestem przekonana, że w miarę precyzyjnie jesteś w stanie odtworzyć w pamięci fotografie wyzwalanych obozów Auschwitz – Birkenau, dziewczynkę poparzoną napalmem, czołgi na placu Tiananmen, i te pod kinem Moskwa w Warszawie. Ale czy odpowiesz na pytanie – kto te fotografie zrobił?

Prawdopodobnie nie. Ile fotografii, które wyróżniono na World Press Photo, jesteś w stanie w przybliżeniu opisać? Prawdopodobnie żadnej.

Negatywne objawienie

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dzieje się tak dlatego, że fotografie przestały nas szokować. Poprzeczka – o czym już w latach 70’ pisała Susan Sontag – poszła wysoko w górę. Coraz rzadziej w zetknięciu z fotografią doświadczamy objawienia – „negatywnej epifanii”.

Ja tego doświadczyłam. Nie tylko w zetknięciu z fotografią, ale i jej autorem.

Przypadkowo poznany facet, na dworcu w Suboticy, wyjął aparat. Na niewielkim ekranie pokazywał zdjęcia, które zrobił w nocy. Mężczyźni przeciskający dzieci przez szpary między kolcami drutu – muru postawionego przez Victora Orbana. Ten facet to – jak się okazało po trzech godzinach rozmowy – Warren Richardson. To zdjęcie wygrało właśnie World Press Photo.

Ile obrazów cierpienia widziałam? Wiele. Ile razy otarłam się o czyjeś cierpienie, z wydawałoby się abstrakcyjnego, dalekiego ode mnie świata? To był pierwszy raz.

Pierwszy raz newsowe informacje wydarzały się tuż przed moim nosem. Pierwszy raz (w Belgradzie) potknęłam się o śpiwór syryjskiej rodziny. W Novym Sadzie dowiedziałam się, że inaczej niż w stolicy Serbii, uchodźców ulokowano na obrzeżach miasta. W Suboticy obcy mi człowiek, w brudnych spodniach, po nieprzespanej nocy, krzyknął mi w twarz: Dziewczyno, skoro jesteś fotografem, to nie snuj się w poszukiwaniu obozów, tylko patrz ludziom prosto w oczy. Za chwilę wsiądziesz do pociągu, który zawiezie cię w oko cyklonu. W Budapeszcie staniesz się świadkiem wydarzeń, które będą na pierwszych stronach gazet. Victor Orban zamknie granice. Gdy to mówił, nikt nie wierzył, że tak się stanie. Sami Węgrzy, gdy dopytywałam, czy w mediach sygnalizują jakieś drastyczne rozwiązania, kręcili przecząco głowami i dziwili się pytaniu. A ja, nieoczekiwanie stanęłam w tłumie uchodźców, zamkniętym przez kordon policji. I zrobiłam zdjęcia.

„Fotografia to akt nieinterwencji”

Ten facet miał rację. Był świadkiem wydarzeń, o których media jeszcze wtedy niewiele pisały. Ten facet spędził całą noc na granicy i widział to, czego nikt z nas nie jest w stanie sobie wyobrazić. Sfotografował to, na co nikt nie chciał wtedy patrzeć. Czekał na moment, kiedy reflektory patrolujących granicę helikopterów zwrócą się w stronę tych ludzi. – I pach, pach. Jedno za drugim. Zrobiłem całą serię – mówił podekscytowany.

Mówił jak zawodowiec. Precyzyjnie opisywał fotografowane obiekty. Z odpowiedniego dystansu. Ukryty za małym aparatem, przedstawił w kilku kadrach historię, która za chwilę zmieni życie każdego Europejczyka. Jego zawodowstwo polega na tym, że umiejętnie opanował „akt nieinterwencji”.

Fotografowanie ludzi polega właśnie na tym, że nie interweniuje się w ich życie, lecz się ich jedynie odwiedza. Fotograf to super turysta, przedłużenie antropologa, odwiedzający tubylców i wracający z wiadomościami o ich egzotycznych poczynaniach i dziwnym przyodziewku. (Susan Sontag)

Super turysta Warren Richardson

Warren Richardson to super turysta, który w jednym kadrze pokazał, że dramat ludzi to nie jest wydarzenie egzotyczne. W sierpniu minionego roku hasło mur Orbana brzmiało abstrakcyjnie. Zapowiedzi, że Europę zaleje fala uchodźców z Syrii – niedorzecznie. Od dnia, w którym zrobił nagrodzone na World Press Photo zdjęcie oraz kolejnego dnia, kiedy go poznałam, do 1 września – dnia, w którym uchodźcy nie zostali wpuszczeniu do pociągów (mimo, że kupili bilety) minęło niecałe 48 godzin. Po dwóch dobach cały świat – wreszcie – dowiedział się, że w Syrii codziennie giną setki ludzi, a od początku konfliktu niemal trzysta tysięcy. Ci, którzy przeżyli, opuścili swoje domy. Wielu nadal jest na terenach okupowanych przez bojowników tak zwanego Państwa Islamskiego. Bez dostępu do pożywienia i środków medycznych. Wreszcie świat dowiedział się, gdzie jest Aleppo i Damaszek.

To jedno zdjęcie powinno nam przypominać, o tym, że nie można pozwolić sobie na ignorancję, na przymykanie oczu. Nigdy, gdy chodzi o ludzkie życie.

To nagrodzone zdjęcie powinno wywołać w nas wstyd, że nikt nie zareagował odpowiednio wcześnie. Że, gdy Ci ludzie przekraczali „nasze” granice, było za późno, byśmy odnaleźli w sobie ludzi i spojrzeli na uchodźców, jak na ludzi. A nie jak na masę zagrażającą europejskim wartościom.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +8, liczba głosów: 10)
Loading...