Ewa Wanat: Bez histerii z tym Wałęsą. Po co się tak egzaltować?

Bolek3

Od dawna mam wrażenie, że najbardziej wyrazistymi polskimi cechami narodowymi są egzaltacja i hipokryzja. Tuż za tymi dwiema wielkimi kategoriami charakterologicznymi stoją i pomniejsze, spełniające role wspomagaczy  – zawiść, krwiożerczość, pycha, protekcjonalizm, pogarda, zacietrzewienie i różnego rodzaju mechanizmy wyparcia.

Sprawa Wałęsy po raz kolejny pięknie ten polski charakter oświetla i eksponuje.  Wałęsę szarpią między sobą dwa polskie plemiona – u jednego w tej chwili przeważa egzaltacja, u drugiego hipokryzja.

Dla jednych  Wałęsa znów stał się spiżowym pomnikiem bez skazy, atakowanym przez „małych i podłych ludzi”, którzy chcą nas pozbawić powodu do dumy, strącić z piedestału narodowy symbol i sami zająć jego miejsce. Oczywiście, jest w tym dużo prawdy. Ale po co te nerwy? Mam nieodparte wrażenie, że bez żadnych hamulców rozkręca się histeryczna spirala. Im bardziej jedni go bronią, tym bardziej drudzy atakują, im goręcej i gorliwiej się Wałęsę na piedestał wpycha, tym wścieklej z drugiej strony się go z tego piedestału zrzuca. Temperatura rośnie, jedni wyją z zachwytu, inni trzęsą się z oburzenia. No i last but not least – nie mogę już rozróżnić znajomych na fejsbuku, bo wszyscy dokleili sobie wąsy Wałęsy. Histeryczne pandemonium.

Nawet ci nieliczni spośród naszych współplemieńców,  którzy na co dzień pamiętają, że świat nie jest czarno-biały, ulegają powszechnej egzaltacji. A ja bym chętnie pouczestniczyła w spokojnej debacie z jednymi i drugimi o tym, jak skomplikowana jest ludzka natura, jak wielowarstwowa i wieloznaczna rzeczywistość. O tym, że monokauzalne wytłumaczenia są z gruntu fałszywe, bo nie ma jednej przyczyny sprawczej jakiegokolwiek wydarzenia. I o tym, że często rzeczy piękne i ważne rodzą się w podejrzanym i niezbyt chlubnym otoczeniu (patrz: stajenka w Betlejem).

Ja Wałęsy od wielu lat nie lubię

Choć kiedyś wielbiłam go z młodzieńczą egzaltacją. To nawet właściwie nie to, że go nie lubię, po prostu od lat nie jestem go ciekawa. Miał swoją pierwszoplanową rolę w historii, zagrał ją koncertowo, potem powinien był przyjąć wszystkie należne mu zaszczyty i ordery i ustąpić miejsca następnym. Niestety, Ego mu zbyt spuchło i doprowadziło po latach w krainę złudzeń, groteski i smutku. To moja osobista ocena Wałęsy po 1991 roku.

Jednocześnie Lech Wałęsa jest człowiekiem, takim jak my wszyscy, choć zapewne z cechami, których wielu z nas nie posiada. Może był współpracownikiem SB, ale był również twarzą i symbolem najważniejszego przełomu polskiej współczesności.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Przeczytałam właśnie wspomnienie Piotra Pacewicza, który w 1988 roku był jedną z osób przygotowujących Wałęsę do słynnej telewizyjnej debaty z przywódcą PRL-owskich związków zawodowych Alfredem Miodowiczem. Wałęsa inteligenckich rad nie wysłuchał i wiedziony własną intuicją debatę wygrał, dzięki czemu znów tchnął nadzieję w miliony Polaków.

A potem? Potem był złym prezydentem, zapewne tak złym jak Andrzej Duda, choć inaczej.

Wszystko, co wcześniej zbudował, własnoręcznie rozwalał. Ego mu się rozrastało, tracił miarę rzeczy. Rozpętał wojnę na górze, która do dziś truje polskie społeczeństwo – przyczyn wojny polsko-polskiej należy szukać właśnie tam. A potem już właściwie osuwał się w śmieszność, nie mogąc pogodzić się z coraz mniejszą rolą, jaką w kraju odgrywał.

Dla świata jest ciągle najważniejszym symbolem polskiej transformacji i bardzo dobrze, i niech tak zostanie.

To piękny symbol: robotnik, który zmienił historię. A że prawda jest trochę bardziej skomplikowana? Że za Wałęsą stali ludzie, bez których byłoby mu bardzo trudno, lub w ogóle nie byłoby możliwe być tym, kim się stał? Borusewicz, Geremek, Mazowiecki i wielu innych? To wiemy my, dla świata niech będzie polskim Robin Hoodem, Nelsonem Mandelą i Martinem Luterem Kingiem. Symbole są ważne i potrzebne –  dają nadzieję, służą jako przykład, inspirują.

W pełni doceniam  rolę Wałęsy w obaleniu komuny, jeśli rzeczywiście w latach 70-tych dał się złamać SB nie miałabym o to do niego pretensji, rozumiałabym i współczuła. Jeśli ten fakt ukrywał – też by mnie to nie zdziwiło – chyba wszyscy znamy to uczucie, kiedy wstyd tak nas paraliżuje, że po prostu nie jesteśmy w stanie powiedzieć prawdy i zmierzyć się z jej konsekwencjami.

Pogarda dla ludzi LGBT

Ja mam zupełnie inne powody, dla których Wałęsa nie jest bohaterem mojej teraźniejszości. Nigdy mu nie zapomnę jak pogardliwie proponował homoseksualistom, żeby usunęli się z centrum życia publicznego zajmując w sejmie ostatnie ławy poselskie – „najlepiej za murem” – żeby swoje manifestacje przeprowadzali na peryferiach miast, „żeby mi wnuków nie bałamucili”. Pamiętam jak potwornie rozczarowani i zasmuceni tymi słowami byli różni moi homoseksualni znajomi, dla których Wałęsa był bohaterem ich młodości.

Nie był to pierwszy raz – kilka lat wcześniej w dniu swoich urodzin – Wałęsa był gościem radia TOK FM, którego byłam wtedy szefową. Do radia przyszli Yga Kostrzewa i Krystian Legierski z bukietem kwiatów od środowisk LGBT. Byli uśmiechnięci, wzruszeni, chcieli osobiście powiedzieć bohaterowi Sierpnia, jak go szanują i jak są mu wdzięczni.

Wałęsa aż się wzdrygnął gdy usłyszał, kogo reprezentują. Powiedział, że „od tych środowisk” kwiatów nie przyjmie, odwrócił się na pięcie i poszedł zostawiając za plecami Ygę i Krystiana z opuszczonym urodzinowym bukietem.

Bohater „naszej wolności”, zdeklarowany gorący katolik, nie potrafił się wznieść ponad własne uprzedzenia i pogardę, jaką odczuwa do swoich bliźnich. Nieładnie.

Yga Kostrzewa z kwiatami dla Wałęsy
Yga Kostrzewa z kwiatami dla Wałęsy

Pamiętam też wcześniejsze antysemickie aluzje Wałęsy. Pamiętam to wszystko, ale go nie potępiam. Po prostu go nie lubię. W sumie jest tylko człowiekiem, ma swoje ograniczenia, wiek, kontekst społeczno kulturowy, z którego pochodzi i zgadzam się, że należy mu to wybaczyć – jego antysemityzm, homofobię i ewentualną (jeśli to oczywiście prawda) współpracę z SB.

Drażni mnie dzisiaj niekonsekwencja tych środowisk, które z jednej strony – i słusznie – nawołują, żebyśmy jako naród rozliczyli się z własnymi grzechami – takimi jak np. zbrodnie polskie na Żydach, tłumacząc, że żaden naród nie jest tylko wzniosły, że każdy ma również upadki i mroczną stronę. Z drugiej czynią z Wałęsy nietykalną świętość, której nie można wyciągną ew. świństw z przeszłości. Inną sprawą jest oczywiście rzetelność i uczciwość dzisiejszych badaczy…

Po co się w tym babrać?

Zwolennicy lustracji Wałęsy mówią, że dla prawdy, że jeżeli Wałęsa był „Bolkiem” to jest to ostateczny dowód, że polska transformacja została zaplanowana i przeprowadzona pod dyktando służb. A nawet jeżeli tak, to co z tego? Czy to coś zmienia w tym, że jesteśmy członkiem UE, NATO, żyjemy w normalnym, demokratycznym europejskim kraju i przy wszystkich grzechach i niedociągnięciach tych przemian jednak żyje nam się lepiej niż w latach 80-tych?

No w sumie nawet jeśli to służby wszystko wymyśliły, to nieźle im wyszło, chyba nieco wbrew pierwotnym zamierzeniom. A Wy myślicie, że teraz robiąc z Wałęsy zdrajcę i agenta, nie działacie pod dyktando służb? A skąd macie taką pewność?

Nie mam w sobie imperatywu, żeby teraz rozdzierać koszulę i kłaść się Rejtanem w obronie Wałęsy. Śmieszą mnie takie egzaltowane gesty. Owszem, ta nagonka jest małostkowa i wredna i w dodatku moim zdaniem pozbawiona głębszego sensu. Nie widzę jednak powodu, żeby energię, która może się przydać w ważniejszych dziś sprawach trwonić na tę awanturę. A poza tym nie chcę brać udziału w tym dance macabre, do którego przygrywają zgodnie zza grobu Kiszczak z żywym Kaczyńskim. Ciekawe od czego ma to odwrócić naszą uwagę.

rysunek  Artur Krynicki

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +127, liczba głosów: 177)
Loading...