Młodzi są prawicowi – twierdzą lewicowi młodzi. I winią starych. Bo chcą zająć ich miejsce.

To, że podziały w Polsce zaczynają sięgać niebezpiecznych społecznie i politycznie terytoriów nie jest już obserwacją szczególnie  wnikliwą. Gołym okiem widać, że „dla dobra” własnego ugrupowania politycznego (niekoniecznie partii) jesteśmy gotowi wyrzucić za okno pisane i niepisane umowy prawne, wspólne sprawy i tzw. dobro publiczne. To, co kiedyś dotyczyło tylko  zajadłych fanatyzmów, dziś stało się powszechną praktyką publiczną.

Nie dziwią nas już wrogie narracje kierowane ku rozmaitym – mniej lub bardziej czytelnym – Innym, nie dziwi nas już łamanie dobrego obyczaju i umów. Nie dziwią nas szkody, które powstają przy tej dzikiej walce. Nie dziwi to, że się staczamy w przestrzeń anarchii. I że coraz mniej mamy sojuszników, coraz bardziej stajemy się w tej uskutecznianej nienawiści samotni. Bo coraz mniej jasne są linie i kryteria podziału. Kiedyś to był spór w miarę czysty: progresizm-konserwatyzm, czy też: socjalizm-(neo)liberalizm, oba z grubsza (acz nie do końca czytelnie) zwane podziałem: prawo-lewo. Dziś wiemy, że „prawo” nader często graniczy i współdziała z „lewo”, a podziałem rzeczywistym staje się podział generacyjny. „Młodzi” – z prawa i z lewa – stają się deponentami krzywdy pokoleniowej i czynią z tego sztandar bezwzględnej walki wytyczonej „starym”. Też już to znamy, a niektórych z nas wspomnienie „Ody do młodości” Mickiewicza doprowadza do mdłości. A jednak to się znowu dzieje, znowu wrócił upiór nierozwiązywalnego konfliktu generacyjnego i truje nieprzytomnie i tak słabą przestrzeń publiczną.

W konflikcie generacyjnym nie chodzi o racje. Chodzi o status.

Nie wszystkie rodziny potrafią się od takiego konfliktu zdystansować.  Niektóre pozostają po nim z trupami  – rzeczywistymi lub choćby tylko z trupami relacji.

Kiedy od Tarantino usłyszałam, że „utknęliśmy po niewłaściwej stronie śnieżycy” – wiedziałam, że to   określenie oddaje ten właśnie nieprzytomny antyparadygmat, w którym ostatnio zakotwiczyliśmy: lotnych frontów wrogich narracji tożsamościowych. „Nienawistna Ósemka” Tarantino pokazuje, jak działa zderzenie narracji ideowo-praktycznych, z których każda jest pewna swoich racji i równie pewnie tropi swojego wroga.

Wróg jest opisywany coraz bardziej twardymi krechami, coraz bardziej staje się wrogiem tylko dlatego, że nie jest nami. I tym bardziej jest wrogiem, im bliżej nas był dotąd.

Wystarczy, że gdzieś tam – w jakimś odległym dyskursie – zahaczył terytorialnie o innego naszego wroga. Wystarczy, by stał się celem do brutalnej napaści i kimś do odstrzału. Zawiązuje się w tym celu czasowe szybko wykonywalne sojusze, by potem równie szybko obrócić się przeciw tymczasowym sojusznikom – zawsze z poczuciem siły własnych nienegocjowalnych racji. Dyskredytacja, unicestwienie: trup ściele się coraz gęściej, a za każdym z trupów stoi twarda – by nie rzec wprost: trupia narracja ideowa i wykonawcza. Tarantino nie pokazał niczego nowego, wcześniej pokazał to Szekspir w „Tytusie Andronicusie”, a zekranizowała genialnie Julie Taymor. Owi twórcy jasno przy tym wskazują, że temu spektaklowi nienawiści politycznej towarzyszy coraz bardziej ustrukturyzowana – choć zarazem coraz bardziej krucha, by nie rzec miałka – narracja usprawiedliwiająca. Piętrowe konstrukcje brzmią coraz bardziej wyrafinowanie i coraz bardziej bezradnie. Tylko rzeczywistość pokazuje nagie podbrzusze – nagie podbrzusze nas wszystkich, po którym to podbrzuszu skaczą coraz bezczelniejsi bandyci polityczni. Bo i tak, jak u Tarantino, na końcu wszyscy jesteśmy wydymani, powieszeni lub umieramy z braku pomocy. Bez względu na to, w imię jak świętych idei walczyliśmy.

Czytaj tekst polemiczny Damiana Duszczenko Pieprzyć Starych. Młodych też:

Powinniśmy walczyć o społeczeństwo, którego jakości – jak napisał Zygmunt Bauman – ‘’nie należy mierzyć przeciętną bytowych warunków, lecz jakością życia najsłabszej jego części”.

 

Wesprzyj #Medium

Widzę, że logiczne argumenty są nieistotne, widzę, że chodzi o status. Konkretnie o status znany pod skrótem TKM, czyli „Teraz Kurwa My”. Starzy precz. Sąsiedzi precz. Świat teraz będzie nasz.

Czasem dokoptowuje się jakiegoś Innego, ale to na zasadzie niegdysiejszego „alibijude”- Żyda, którym musimy się wylegitymować, żeby utrzymać pozory spójności narracji. Lewicowej lub prawicowej. Lub jeszcze jakiejś innej. Ale owej spójności nie ma. Jest już tylko naga walka, maskowana wielkimi słowami. Jest ageizm (bo gdyby nie starsze pokolenia…), tych, którzy mają kredyt (dali się nabrać Petru-Swetru), tych, którzy mają etatową pracę (gdzie byli, gdy nam wciśnięto śmieciówki), tych, którzy jeżdżą samochodami (a powinni rowerami). Tych, którzy głosowali na PO (bo neoliberalizm, Tusk i Petru-Swetru), tych, którzy nie głosowali na Razem (pisałam już o tym: Czytaj tekst tutaj). To się tylko pogłębia. Absurd postępuje.

Niedawno Żiżek analizował wyskoki sylwestrowe uchodźców w Kolonii w kategoriach karnawału (Czytaj Żiżka w Dzienniku Opinii). Następuje rodzaj odwetowego odwrócenia skali i ruszamy ze sztachetami czy wprost obsceną, przy czym stary porządek zostaje zachowany, bo nie jesteśmy tak silni, by wszcząć rzeczywistą rewolucję, ale dajemy folgę naszym resentymentom i innym krzywdom (słusznym i urojonym), a także jednorazowemu spełnieniu. Ten rodzaj jednorazowego tymczasowego upojenia widzę dziś w PiSie – tylko to moim zdaniem tłumaczy ten festiwal rujnującej wszystko – także i ich własne terytorium – nienawiści połączonej z rechotem. Niszczącej wszystko nienawiści i deprecjonującego wszystko rechotu.

Karnawał nienawiści w służbie tożsamości grupowej. Obecnie – pokoleniowej. To dlatego PiS rujnuje wszystko wokół, Razem rujnuje lewicę wokół, Młodzi rujnują Starych. Tarantino i Żiżek mają rację: to się dobrze nie skończy, choć może chciało być piękne i dobre.

Tak, wiem, nie napisałam niczego odkrywczego ani nie mam na to, co opisuję, remedium. O to właśnie chodzi, że nie widzę remedium. Nie wiem, czy można by odeprzeć nieprzytomną emocję odwetu.   Jedyne, do czego doszłam, to że widocznie raz na jakiś czas dochodzi do takiego paroksyzmu społecznego, który kończy się karnawałem, ale niestety także mordownią. I że może, jak u Tarantino „mordercy-w-imię-zasad” doznają katharsis. Bo ja jako widz Tarantino jej doznałam. Ale patrząc na naszą coraz bardziej karykaturalną rzeczywistość pozafilmową, wątpię, że i tu jej doznam.

Mogę tylko powiedzieć: ja tak nie chcę.