Poniedziałek poległ w starciu z Albee’m – recenzja „Kto się boi Virginii Woolf”

 

W tegorocznym Australian Open Agnieszka Radwańska przegrała w półfinale z Amerykanką Sereną Williams w dwóch setach: 0:6 4:6. Dzień później Jacek Poniedziałek, autor nowego tłumaczenia „Kto się boi Virginii Woolf” Edwarda Albee’go i reżyser opartego na nim spektaklu, poległ w podobnym stosunku w pojedynku z amerykańskim autorem.

Pierwszy „set” przedstawienia to pokaz wyraźnej dominacji Albee’go nad twórcami z Teatru Polonia. Zaczęło się od „przegranego serwisu” scenografa oraz tłumacza.

Niekonsekwentna scenografia Michała Korchowca niczego nie wyjaśniała, wprost przeciwnie – prowadziła widza na manowce – taras na dachu mieszkania Marty i George’a, ludzi ewidentnie majętnych i ustosunkowanych, porażał brakiem wyczucia i stylu. Jakaś kozetka, wyliniałe fotele – każdy z innej parafii, szare ściany, awangardowa rzeźba – wszystko to zupełnie nie pasowało do gustownych, dobrej jakości kostiumów, w które ubrani byli Marta i jej mąż, stanowiąc istotny dysonans w prezentacji statusu społecznego bohaterów. Do tego w przerwie spektaklu następuje scenograficzna zmiana – odwrócenie porządku – w której za nic nie mogłem się dopatrzeć głębszego sensu. Łazienka z filmiku w drugim akcie również sprawiała wrażenie niekoniecznie pasującej stylistycznie do głównego miejsca akcji czyli tarasu. Wyglądało to tak, jak gdyby scenograf na serio potraktował początkowe słowa Marty o tym, że ich mieszkanie to nora. Jeśli tak, to najważniejszym wydaje się pytanie, co mają grać Nick z Żabcią, czego powinni gospodarzom domu zazdrościć? Do czego aspirować? Czym ma się zachwycać Żabcia – norą? Tarasem?

Ewa Kasprzyk – Marta

Marta Ewy Kasprzyk (aktorki ponętnej, pełnej seksu i zmysłowości) rozpoczęła swój „gem” od nadmiernego eksploatowania swojej seksualności, co w połączeniu ze stanem wskazującym na spożycie osłabiało jej postać, zbytnio akcentując komiczną warstwę dramatu. Komizm ów, oparty na nieustannej pyskówce, podkręcany zresztą ciągle ponadprzeciętną liczbą wulgaryzmów, stał się w pierwszym akcie kopalnią „niewymuszonych błędów” aktorów i przyczyną ich porażki.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Wulgaryzmy

W moim przekonaniu, winę za ten stan rzeczy ponosi tłumacz, bezpodstawnie dopisując Albee’mu wulgaryzmy już na etapie przekładu – świadczy o tym jedna z kwestii Nicka, który w pewnej chwili rezolutnie i agresywnie odbija piłeczkę w stronę Georga, żądając, żeby ten nie przeklinał w obecności jego żony. W spektaklu, w którym raz po raz słychać ze sceny niewybredne słowa, taki jednorazowy wybuch postaci w reakcji na przekleństwa po prostu dziwi. Pojawia się pytanie: czemu wcześniej i później Nick tego nie zauważa i nie reaguje? Dla mnie odpowiedź jest prosta – wątek przekleństw u Albee’go jest bardzo precyzyjnie napisany, a reakcja Nicka jest jednym z jego istotnych momentów.

Każde nadprogramowe przekleństwo od razu brzmi w spektaklu fałszywie, gdyż narusza chirurgiczną wprost konstrukcję dramatu. Tłumacz, chcąc dopasować język postaci do współczesności, nadać mu soczystość i atrakcyjność, podrasował nieco Albee’go, a ten niepostrzeżenie „minął go po linii”. Tekst brzmi wprawdzie soczyście i atrakcyjnie, ale jego głębia zostaje sprowadzona do poziomu – wprawdzie świetnie napisanej, ale zawsze – bulwarowej komedii.

Publiczność się cieszy, płacze ze śmiechu, podziwia kunszt aktorów i jest sukces, tyle tylko że w miarę upływu czasu ma to z dramatem Albee’go coraz mniej wspólnego.

W efekcie nadmiernej eksploatacji komicznej warstwy dramatu, Ewa Kasprzyk tak bardzo zatraciła się w małżeńskich docinkach z pointą, że zapomniała o wielkim dramacie Marty, który gdzieś tam, raz po raz, próbuje wydostać się spoza ironicznych, pełnych jadu, oblanych hektolitrami alkoholu swoich „uderzeń kończących”. Efekt jest taki, że aktorka grając na wysokich obrotach i farsowej nucie zatraca się w niej i gnana dopingiem widowni, „wyrzuca piłkę za linię końcową”.

Po 60 minutach spotkania widzowie głównego kortu Teatru Polonia przecierali oczy ze zdumienia. Żabcia Agnieszki Żulewskiej nie wytrzymała napięcia i udała się na „przerwę toaletową”. Wraz z nią, my, zszokowani widzowie. Na wyświetlaczu widniało dumnie 6:0 dla amerykańskiego dramaturga.

Drugi set – świetny w wykonaniu Dracza

W drugim „secie” aktorzy Poniedziałka wreszcie zaczynają trafiać. Bardzo dobrze grający do tej pory Dracz, wznosi się na wyżyny. On jeden przez cały mecz stawiał skuteczny opór mistrzowi Albee’emu. Publiczność z zachwytem podziwiała jego niesamowite, pełne rozpaczy i zjadliwej ironii riposty, jego poruszające tchnące rezygnacją gesty, czy inteligentne, grane z wielką empatią i głębią spojrzenia. Dość powiedzieć, że dzięki jego grze, Poniedziałek wraz z zespołem wyszli na prowadzenie 3:0.

W kolejnym „gemie” swój „serwis” stracił niestety Nick. Dziwię się dlaczego akurat on, zwłaszcza, że piękna atletyczna budowa grającego go Piotra Stramowskiego faworyzowała Nicka ze wszystkich zawodników najbardziej. Nie potrafił on jednak wykorzystać swoich warunków fizycznych do stworzenia przekonującej kreacji – młodego, żądnego pieniędzy i sławy karierowicza, który jednocześnie odkrywa, że nie tylko tym karierowiczem jest, lecz że mu się to na dodatek podoba.

Słaba Żulewska

Podobnie Agnieszka Żulewska, która konstruuje swoją rolę z pensjonarskich gestów i krzyków granej przez siebie, formalnie pijanej, Żabci, starając się niepotrzebnie wyposażyć swoją postać w więcej inteligencji niż to jest napisane. W rezultacie oboje aktorzy prześlizgują się po tekście, w wielu momentach dając się zaskoczyć misternym frazom amerykańskiego mistrza. Miałem takie wrażenie, że nie są oni pewni tego, co grają, zwłaszcza Żulewska. Jej Żabcia brzmi papierowo, zwłaszcza, że w tekście tłumaczenia próżno szukać językowego ekwiwalentu pozycji społecznej Żabci. Zresztą ten sam problem dotyczy konstrukcji postaci Nicka.

Co mogłoby się wydarzyć, gdyby Nick i Żabcia nie przegrali meczu już w szatni, widać na filmiku, który jest transmisją ich kłótni w toalecie. To najmocniejsza scena spektaklu. Agnieszka Żulewska tworzy tam w kilkadziesiąt sekund kreację niewiarygodną. Jest niczym zranione zwierzę, pełne bólu, rozpaczy, ale i urażonej dumy. Kilkoma gwałtownymi gestami, krzykami, spojrzeniami załzawionych oczu pokazuje prawdziwą głębię Albee’owskich postaci. To wszystko w zestawieniu z VII Symfonią Bethovena przynosi kilkusekundowe katharsis.

Gdyby Żulewska i Stramowski, ale także Ewa Kasprzyk, grali cały czas na takim poziomie emocji, Albee pojechałby do Ameryki pokonany, a Poniedziałek mógłby podnosić ręce w geście triumfu.

Niestety, po „toaletowej przerwie” wszystko wróciło na swoje dawne tory, nawet śnieżnobiała bluzka Żabci nie nosiła żadnych, oczekiwanych przeze mnie śladów pobytu w toalecie.

Przy stanie 4:4 mecz wszedł w decydującą fazę. Dracz grał rewelacyjnie, ale lekko farsowa koncepcja finałowej sceny nie pozwoliła reszcie aktorów na utrzymanie najlepszej dyspozycji.

W finale nieoczekiwanie wspaniale zaczęła grać Ewa Kasprzyk. Dzięki skupieniu i koncentracji, jej Marta zyskała wreszcie tak oczekiwaną głębię i prawdę przeżycia, ale chociaż dzielnie walczyła o każde zdanie, każde spojrzenie, każdy gest, chociaż przyznała, że się boi Virginii Woolf, było już za późno.

Po 120 minutach gry Edward Albee na „korcie” Polonii mógł cieszyć się z kolejnej wygranej. Państwu zaleca się obejrzenie powtórki, gdyż mimo wyniku „mecz” ten był niezwykle pasjonujący i ciekawy. Publiczności bardzo się podobał, gdyż idealnie wpisywał się w powszechne wyobrażenie o „dobrym teatrze”. Może to był i dobry teatr, ale niestety jednostronnie wykorzystujący potencjał literackiego oryginału.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +6, liczba głosów: 6)
Loading...

Ps. Spektakl kończy jakaś plansza z widoczkiem i odwróconym napisem „Obudź się Polsko”. Do dziś staram się pojąć, czy to jest część spektaklu – jeśli tak, to w kontekście całości nie bardzo zrozumiała – czy jakaś szersza polityczna akcja Fundacji Krystyny Jandy. W obu przypadkach należałoby jeszcze raz gruntownie zastanowić nad jej sensownością.

The following two tabs change content below.

Tomasz Domagała

Tomasz Domagała (ur.1976) – absolwent teatrologii UJ; studiował też aktorstwo w PWSFTviT w Łodzi oraz filologię hiszpańską we Wszechnicy Polskiej w Warszawie. Członek Rady Artystycznej Teatru im. Węgierki w Białymstoku oraz ekspert Biura Kultury m.st. Warszawy w dziedzinie teatru. W teatrze współpracował m.in. z Krystianem Lupą, Andriejem Moguchym, Danem Jemettem, Agnieszką Korytkowską-Mazur czy Robertem Talarczykiem. Publikował w Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, Tygodniku Powszechnym oraz Dzienniku Gazecie Prawnej. Od 2014 prowadzi własnego bloga z recenzjami teatralnymi i filmowymi: www.domagalasiekultury.blog.pl