W co nas wciąga i co nam pożera polski Kościół?

Kościół jest wielkim fantazmatem żyjącym mocą realnych ludzi i społeczności. Jest wyobrażeniem albo w innym języku: idolem, wytwarzanym przez żywych ludzi i ich pragnienia.

W artykule „Co nas wciąga? Co nas pożera? Maszyny społeczne w Polsce dzisiaj” (Medium Publiczne, 14 lutego 2016) wspomniałem o największej i dotąd najskuteczniejszej polskiej maszynie społecznej – czyli Kościele – i o tym, że to właśnie ona w najpoważniejszym stopniu ustanawia i cementuje nieszczęsny stan polskiego życia publicznego, obejmując także tę wielką część społeczeństwa, która nie angażuje się w aktywne życie polityczne.

Myślę, że trzeba jeszcze dopowiedzieć: cementuje, to znaczy, niestety, pracuje na rzecz nadchodzącej katastrofy, której zarysy już widać.

Napisałem też, że poważna analiza społecznej maszyny Kościoła wymaga innego i bardziej złożonego podejścia niż zwięzła diagnoza, którą przedstawiłem w poprzednim artykule. Zachęcony przez redakcję Medium#Publicznego mimo wszystko spróbuję napisać tu o źródłach, cechach i realiach działania wielkiej społecznej maszyny Kościoła, a także o jej obecnej roli w naszym życiu publicznym. Czytelników proszę o wyrozumiałość dla większej dawki teorii w tym artykule, ale bez poważniejszego „wsadu teoretycznego” tym razem się nie obędzie. Inaczej będą nieporozumienia.

Zanim przejdę do teorii i opartej na niej diagnozy, powiem, co uważam za najważniejsze:

Kościół jako fantazmat

W każdym zakresie i na każdym poziomie, na którym można go widzieć i opisywać: jako religijna idea czy zespół wartości i odpowiadająca im społeczna świadomość; jako wspólnota, której członkowie sądzą, że jej źródłem i pierwszym uczestnikiem jest Bóg; jako wielość struktur, instytucji zorganizowanych grup, rodzin czy poszczególnych osób wplecionych od stuleci i wciąż na nowo wplatających się w tkankę społeczną, kulturową i polityczną naszego społeczeństwa; jako element „narodowej tożsamości, kultury i tradycji”; jako siła moralnego i politycznego nacisku; jako ostoja ludzkich tęsknot, droga uspokojenia i wyzwolenia z własnych małości, win i klęsk; wreszcie jako cokolwiek innego, co moglibyśmy dodać do tej litanii, jest wielkim fantazmatem żyjącym mocą realnych ludzi i społeczności.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Jest wyobrażeniem albo w innym języku: idolem, wytwarzanym przez żywych ludzi i ich pragnienia od samego początku, od zawiązania się tej wspólnoty (czyli od czasów tzw. ruchu Jezusa), a zarazem jest czymś, co uczestnicy tego fantazmatu nieustannie dokarmiają i utrzymują. Robią to, bo nie są sobie w stanie wyobrazić życia poza nim czy choćby tylko bez niego, i będą to robili, jak długo nie starczy im wyobraźni, by zobaczyć, co robią z życiem własnym i życiem innych, kiedy go dokarmiają.

Pokarmem tego fantazmatu jest ogrom tragicznych stron ludzkiej egzystencji, a w każdym razie ludzkich egzystencjalnych problemów nierozwiązanych i nierozwiązywalnych. Ludzie w nim uczestniczący płacą oddaniem swojej energii życiowej (czasem aż po samo-zatracenie) za to, że mają nierozwiązane problemy egzystencjalne i co ważniejsze: płacą, by pozostały one nierozwiązane.

Równocześnie tym właśnie wkładem swojej życiowej energii fundują sobie i innym – zwłaszcza tym, którzy Kościół reprezentują i kierują jego działaniami – przestrzeń komfortu, władzy i wpływu, zorganizowaną na owej własnej fantazmatycznej zasadzie i pozostającą w coraz większej sprzeczności z cywilizacyjnym stopniem rozwoju współczesnych społeczeństw.

Maszyna władzy

Dlaczego i jak jest to możliwe? Najprostsza odpowiedź brzmi: bo projekt maszyny społecznej Kościoła bardzo szybko – już w pierwszych latach jej rozwoju – połączył dwie fundamentalne siły: poczucie winy, niesprawiedliwości i krzywdy (i związany z nimi resentyment wobec siebie samych i wobec innych) oraz przekonanie o jej własnym, niepodważalnym i ostatecznym sensie dla oikoumene – całej zamieszkałej ziemi (inaczej mówiąc: religijnie uzasadnione uroszczenie uniwersalnej władzy – imperium i centrum świata). Kościół powszechny jest ogromną, dawno ustabilizowaną i skuteczną, resentymentalną maszyną nieograniczonej władzy. Jego polska odmiana jest tej maszyny wariantem – dostosowanym do specyfiki polskiej historii, naszego dzisiejszego stanu cywilizacyjnego, zarazem tą polską specyfiką ograniczonym i utrwalającym jej ograniczenie aż po wspomnianą możliwość katastrofy.

Nieporozumienie pierwsze pojawia się wtedy, kiedy ktoś sądzi, że „maszyny społeczne” to w swojej istocie projekty polityczne, których celem jest zdobycie władzy publicznej – czego np. Kościołowi, podobnie jak wielu ruchom religijnym, społecznym czy kulturowym, imputować nie można – przynajmniej dzisiaj, bo w przeszłości różnie bywało. Otóż kategoria „maszyn władzy i wpływu”, podobnie zresztą jak kategoria „maszyn resentymentalnych” stosuje się do bardzo różnych formacji i struktur: religijnych, politycznych, ekonomicznych, kulturowych i medialnych, a także plemiennych, subkulturowych, czy nawet rodzinnych. Oczywiście są wśród nich ewidentne przykłady maszyn ściśle politycznych (np. partie), ale większość maszyn społecznych bynajmniej nie deklaruje celów wprost politycznych czy tym bardziej partyjno-politycznych. Nie znaczy to jednak, że nie są one maszynami władzy. Każda maszyna społeczna ma w sobie komponent maszyny władzy, skoro korzysta z energii swoich uczestników dla pozyskiwania jak największej części przestrzeni publicznej lub jak w przypadku grup plemiennych czy rodzin po prostu przestrzeni wspólnej.

Zauważmy: w bardzo wielu rodzinach można dostrzec wewnętrzny projekt przemocowy (w różnych konfiguracjach – czasem drastycznych, ale w większości wypadków nie-drastycznych i powszechnie akceptowanych). Nie ma to zazwyczaj nic wspólnego z władzą czy przemocą polityczną. Jednakże takie rodziny są ewidentnie maszynami władzy. To samo dotyczy innych wspólnot czy „wielkich rodzin”, niedeklarujących celów partyjno-politycznych – takich jak właśnie Kościół, ale jak kto woli, także takich jak FIFA.

Drugie nieporozumienie pojawia się wtedy, kiedy określenia „wciąganie”, „pożeranie energii”, „pożądanie” i „władza” skłaniają do przypisywania maszynom społecznym konotacji wyłącznie negatywnych czy wręcz krwiożerczych. Oczywiście, istnieją społeczne maszyny ewidentnie destrukcyjne i krwiożercze (wystarczy wspomnieć o wielkich maszynach politycznych dwudziestowiecznych totalitaryzmów, ale także o krwawych epokach w historii religii i kościołów, o historii autodestrukcyjnych sekt, czy też o mafiach i bandach przestępczych). Ale maszyny społeczne w swojej większości bynajmniej nie są destrukcyjne i krwawe: są naturalną postacią wspólnego działania i sensownymi środowiskami dla działających jednostek, są też przystaniami bezpieczeństwa i eksplikacji tęsknot – i tę rolę chętnie podejmuje Kościół. Krytyka, rozumiana jako krytyczny ogląd, dotyczy jedynie i aż ujawniających się w takich maszynach projektów. Brak świadomości, czym jest projekt maszyny społecznej – dynamiczny, a więc rozwijający się wraz z nią! – i jak można go rozpoznawać, prowadzi do nieporozumienia trzeciego.

Nieporozumienie trzecie to przekonanie, że maszyny społeczne i ich projekty są wytwarzane przez jakieś tajemnicze i ukryte podmioty i dopiero kiedy mocą tychże podmiotów zaistnieją (jako gotowe i jawne czy też w części jawne a w części ukryte), wciągają kolejnych ludzi i wykorzystują ich energię dla swoich celów. Jest odwrotnie. Projekty nie przychodzą znikąd i bynajmniej nie są tworzone przez tajemne spiskujące siły. Wszystkie mają swoje źródła w czymś już obecnym w zasobach pragnień, wyobrażeń, pożądań i oczekiwań konkretnych ludzi, którzy w sprzyjających okolicznościach zdają sobie z tego sprawę, ujawniają je, łączą się wokół takich zalążkowych projektów i w ten sposób je uruchamiają.

Co więc zawierają projekty? Najpierw to, czego owi ludzie naprawdę pragną czy pożądają lub też, przeciwnie, to, czego nie chcą i czego nienawidzą, choć zazwyczaj nie do końca są świadomi wszystkich swoich pragnień i pożądań, niechęci i nienawiści. Następnie to, co ci, którzy ujawnili swoje rzeczywiste niechęci i pragnienia, nienawiści i pożądania, zaczynają postrzegać jako możliwe. W końcu to, co okazuje się możliwe i pożądane, kiedy już ruszy energetyczna maszyna społeczna.

Konkretne projekty i rozwijające się wraz z nimi maszyny mogą więc mieć pierwotne źródło w przeżyciach i nastawieniach negatywnych. Mogą też rodzić się z pozytywnych pragnień i pożądań. Maszyny społeczne mogą też łączyć i często łączą jedne i drugie, czegoś bardzo chcą i czegoś bardzo nie chcą, a wtedy ich siła i władza gwałtownie rośnie, bywa, że staje się praktycznie nieograniczona i trwała, chyba że jej przerost doprowadzi do autodestrukcji (jak to się stało z oboma wspomnianymi dwudziestowiecznymi totalitaryzmami). Jednakże autodestrukcja przydarza się głównie maszynom młodym, zbyt dynamicznym i niedoświadczonym. Te, które przeżyją najbardziej ryzykowny czas swojego rozwoju, są w stanie radzić sobie z zagrożeniami długo i skutecznie. Taką właśnie maszyną jest Kościół.

To sprawia, że maszyny można oglądać i diagnozować również pod kątem rozwijanych przez nie typów społecznej osobowości. O cechach „osobowościowych” maszyn społecznych mówię oczywiście metaforycznie – metafora ta ma jednak ufundowanie w realiach aktywności społecznej takich maszyn. Specyficzna dla każdego projektu maszyny społecznej pamięć i świadomość jej własnego usytuowania, której treścią są m.in. relacje do innych (osób, społeczności czy też maszyn) konstruuje w maszynie społecznej odpowiadającą takim właśnie relacjom osobowość. Sprawia to, że reakcje i zachowania publiczne maszyn są w wielu punktach analogiczne do reakcji i zachowań żywych osób. Dlatego można też mówić o afektywnych zaburzeniach osobowości maszyn społecznych w analogii do opisywanych przez psychologię i psychiatrię afektywnych zaburzeń osobowości indywidualnych.

W teorii, na którą się tu powołuję, przyjęliśmy jako punkt wyjścia rozróżnienie dwu typów osobowości zaburzonej afektywnie (związane źródłowo z pracami Ernsta Kretschmera): osobowości schizotymicznej i cyklotymicznej. Pozwalają one scharakteryzować trzy „typy osobowościowe” maszyn społecznych. Są to najpierw schizotymiczne maszyny „pamięci sfantazmatyzowanej”, zorganizowane wokół doświadczenia winy, niesprawiedliwości, krzywdy i wrogości; następnie cyklotymiczne maszyny „centrum świata”, budowane jako struktury wysokiego sensu i przemocy pierwotnie bez odniesienia do wrogów; wreszcie maszyny hybrydalne, łączące tożsamość opartą na „pamięci sfantazmatyzowanej” ze świadomością własnego usytuowania podobną do maszyn „centrum świata”.

Większość realnie istniejących maszyn społecznych trzeba przypisać tej trzeciej możliwości: to hybrydy maszyn resentymentalnych i maszyn władzy lub odwrotnie. Maszyny resentymentalne zazwyczaj są również maszynami władzy (tyle, że przeżywanej jako konflikt i wrogość), a maszyny władzy nie są wolne od elementów przeżyciowych czy wręcz resentymentalnych, zwłaszcza wtedy, kiedy stają wobec krytyki i prawdziwych lub urojonych wrogów zewnętrznych czy wewnętrznych. Istotne jest, co stanowi pierwotne źródło projektu konkretnej maszyny – czy jest nim resentyment, czy przekonanie o własnym niepodważalnym sensie. Bywają jednak hybrydy prawie idealne, sprawnie czerpiące z obu źródeł – i taką właśnie jest społeczna maszyna Kościoła, łączącą tożsamość opartą na pamięci sfantazmatyzowanej z usytuowaniem maszyny „centrum świata”, i to zarówno jako uniwersalna struktura religijna, jak też w swoim specyficznie polskim wydaniu.

Skutkiem hybrydyzacji jest specyficzne dla takich maszyn połączenie „wrogów” i „peryferii”. „Wrogowie” to peryferia bez istotnego znaczenia z punktu widzenia własnych niepodważalnych uniwersalnych wartości. Równocześnie jednak peryferiom tym przypisywana jest dużo wyższa negatywna wartość emocjonalna – peryferia są wrogie i groźne – dlatego muszą zostać wyeliminowane. Jeśli nie można ich wyeliminować, powinny zostać wciągnięte w strukturę maszyny jako źródło jej napędu. Jest to napęd czysto ideologiczny: ogromna część energii, którą dysponuje taka maszyna, zużywana jest na rytualne odniesienia do „wrogów” (czy też wrogich peryferii).

Chrześcijaństwo instytucjonalne w tej postaci, w jakiej wyłoniło się z pierwszych stuleci swojej historii, dopełnionej w późnym średniowieczu, a następnie zakwestionowanej przez emancypację i sekularyzację społeczeństw zachodnich w ostatnich dwu stuleciach, jest ewidentnym przykładem prawie idealnej maszyny hybrydalnej – co szczególnie dobrze widoczne jest w charakterystycznym dla Kościoła katolickiego połączeniu triumfalnego uniwersalizmu (centrum świata) i kompleksu wrogich peryferii, którym przypisywana jest jednak nadmierna negatywna moc sprawcza.

Nieporozumienie czwarte dotyczy powodów rozwarstwiania się projektów maszyn społecznych na ich część jawną, deklarowaną i eksponowaną publicznie oraz część niejawną lub przynajmniej nieeksponowaną. Istotą nieporozumienia jest przekonanie, że owe elementy niejawne to owoc wewnętrznego spisku – i w konsekwencji deprecjonowanie takiej diagnozy jako „nieweryfikowalnej teorii spiskowej”. Nic bardziej mylnego. Rozwarstwienie, o którym mowa, ma banalne przyczyny. Pojawia się wtedy, kiedy deklarowana idea maszyny społecznej, jej cele i sposób działania są „przestrzelone”, ustawione zbyt wysoko i zbyt idealnie w stosunku do realnych standardów etycznych oraz interesów osobistych i społecznych jej uczestników, a zwłaszcza jej publicznych eksponentów i reprezentantów.

Modelowym przykładem jest tu właśnie Kościół, który nigdy nie był w stanie gromadzić i stawiać na świeczniku wyłącznie ludzi spełniających jego wysokie moralne wymagania, wobec czego musiał w swój projekt wmontować coś, co można nazwać „intuicyjną perwersją”. Perwersja ta polega na niewypowiadanej, ale skutecznej zgodzie na to, że głoszone w ramach systemu wymagania moralne nie będą spełniane – że zatem pozostaną „ideałem, do którego należy dążyć”, tylko wyjątkowo osiąganym w praktyce. Kiedy ideał ten jest lub choćby tylko wydaje się osiągalny, osoby czy społeczności, które go spełniają, są eksponowane jako „święte” i jako dowód świętości Kościoła. Kiedy osiągany nie jest, przyczynę wskazuje się nie tylko w samych tych nie dość moralnych osobach, ale także albo zwłaszcza w tym, że uległy one wpływom czynników zewnętrznych, atakujących Kościół – czyli właśnie owych „wrogich peryferii”.

Być może jest to proces naturalny i nieunikniony dla tworzenia każdego systemu etycznego (a także prawnego): system taki musi uwzględniać sytuacje wyjątku od tworzonych reguł i zazwyczaj uwzględnia je tym bardziej, im bardziej wyidealizowane są jego zamiary. Nawet jeśli tak jest i nie można uniknąć wspomnianej „odruchowej perwersji” i „pragmatyzacji ideału”, trzeba analizować i nazywać te cechy systemów moralnych, które na to pozwalają – czyli dostrzegać powody rozwarstwiania się projektów maszyn społecznych. Jest to możliwe, ponieważ w działaniu maszyn społecznych nie ma nic tak ukrytego, żeby, tak czy inaczej, nie dochodziło do głosu, jeśli nie wprost, to w postaci symptomów: zazwyczaj niespójności i trudnych do objaśnienia przerysowań.

Teraz dokładniej: w co nas wciąga i co nam pożera polski Kościół dzisiaj?

Zacznijmy od tego, co stanowi jawne sedno sfantazmatyzowanej pamięci Kościoła w Polsce. Otóż w jego przypadku uniwersalne roszczenie niepodważalnej i absolutnej wartości Kościoła powszechnego, pochodzącej z nadania boskiego i absolutnego, zostało powiązane z „katolicką tożsamością narodu polskiego” (w przekazie kościelnym, podobnie jak w nacjonalistycznej warstwie przekazu polskiej prawicy często w pisowni „Narodu”, traktowanego jako wartość absolutna). Krzywdy i cierpienia doznane przez ów katolicki naród urastają w związku z tym do krzywd kluczowych dla świata, podobnie zresztą jak jego zwycięstwa – stąd ich interpretacja mesjanistyczna, przy czym pamiętać trzeba, że w naszej historii tkwią i do dzisiaj na nią oddziałują nie tylko mesjanizmy z kręgu Mickiewicza, Towiańskiego czy później Hoene-Wrońskiego, ale także prawie nieobecne w powszechnej świadomości (bo zupełnie nieobecne w polskiej szkole) prawicowe mesjanizmy Augusta Cieszkowskiego i zwłaszcza Zmartwychwstańców, na pierwszym miejscu Hieronima Kajsiewicza.

Wyjście z nieszczęść Polski i świata według tych ostatnich polegać będzie na tym, że naród polski pojmowany jako ucieleśnienie historycznej, kulturowej, cywilizacyjnej i politycznej misji chrześcijaństwa, poradzi sobie z cywilizacyjnymi zagrożeniami lepiej niż inne narody i zdecyduje o zwycięstwie idei i społeczności katolickiej – stąd idea „przedmurza chrześcijaństwa” w epoce kardynała Wyszyńskiego, a w nowej sytuacji politycznej i kulturowej po roku 1989, idea misji katolickiego narodu polskiego wobec zlaicyzowanej i upadającej moralnie Europy. Spoiwem wszystkich tych elementów jest odniesienie do zagrożenia i do stojącego za nim, mniej lub bardziej wyraźnie zdefiniowanego, wroga. Można pokazać, że taki przekaz stanowi sedno jawnego programu społecznej maszyny polskiego Kościoła od końca dziewiętnastego wieku do dzisiaj. Możemy go w prawie identycznych postaciach znaleźć w wypowiedziach polskich biskupów od kardynałów Sapiehy, Dalbora, Hlonda i Wyszyńskiego, po kardynała Glempa, arcybiskupa Michalika i obecnych kościelnych przywódców. Przekaz ten był także rdzeniem polskiego programu Jana Pawła II, mimo jego bardziej uniwersalnego wymiaru. Teraz wraca nadto w projektach podpierających się Kościołem polityków.

Mamy tu do czynienia z trwałym i wzmacniającym się wzajemnie sprzężeniem uniwersalnego konserwatyzmu kościelnego i naznaczonego przekonaniem o własnej, polskiej i katolickiej misji wobec nieprzyjaznego świata, konserwatyzmu kulturowego wielu, jeśli nie przytłaczającej większości, polskich katolików, zwłaszcza duchownych. Można powiedzieć obrazowo, że owo zwrotne sprzężenie, które odgrywa rolę tłumika czy hamulca społecznego rozwoju, zostało zwrócone do wewnątrz struktury świadomościowej polskiego katolicyzmu (a także jego struktury instytucjonalnej – na przykład w dziedzinie kościelnej polityki personalnej i medialnej), rozproszone w tej strukturze i wykorzystane do nadania jej owego charakterystycznego wspólnego tonu: pomieszania poczucia wybraństwa (i związanego z nim poczucia wyższości) z poczuciem zagrożenia i krzywdy (i z tym związanych kompleksów). Nawet (skądinąd skromne w polskim Kościele) zjawiska otwarcia i pluralizacji, które mogłyby owo sprzężenie zdestabilizować, w istocie je umacniają, dostarczając argumentów za potrzebą demonstracyjnej ideowej jedności.

To jest klucz do długotrwałych procesów formowania istotnych nurtów polskiego katolicyzmu (nadal czynnych i bynajmniej nie bliskich wygaśnięcia). Metafora techniczna, której tu używam – tłumienia i rozpraszania energii dla modelowania wewnętrznej struktury, w której rzecz się odbywa – okazuje się wysoce wydajna. Można to ująć tak: mamy do czynienia z układem, który pobieraną przez siebie energię w ogromnej części zwraca do swojego wnętrza i wprzęga właśnie w swoje wewnętrzne modelowanie, co – idąc dalej za tym obrazem – tłumaczy trwałość pokazanego tu sedna świadomości polskiego katolicyzmu i płynącego z niej przekazu. Ale to przecież nie jest jakaś „wolna energia” – to jest wcale nie mała część naszej wspólnej społecznej energii, której musi nam w związku z tym braknąć gdzie indziej.

Kiedy o tym wiemy, rozumiemy też, dlaczego polityczne wybory polskich biskupów i kościelne narzędzia wpływu – szkoły, media itp. z niewielkimi (i zazwyczaj traktowanymi bardzo krytycznie) wyjątkami sterowane są takim właśnie projektem. Problem w tym, że jest to projekt nie tylko fantazmatyczny, uwikłany w samopotwierdzenia, autopanegiryki i niepotrzebne wojny kulturowe, ale przede wszystkim anachroniczny, życzeniowy i oderwany od rzeczywistości. Co nie oznacza, że nie ma on w dzisiejszej Polsce wyczekujących go adresatów, wychowanków i klientów. Jest ich wielu i są wśród nich także ci, którzy dawno wyszli z kręgu wiary i praktyk religijnych, a jednak wciąż pozostają pod wpływem maszyny kościelnej i oddają jej trybut. Wystarczy przypomnieć np. taktyczne zastrzeżenia Platformy Obywatelskiej, a także – ku zaskoczeniu wielu – partii Razem do podnoszenia spornych kwestii światopoglądowych i emancypacyjnych w perspektywie wyborów. Tym bardziej trudno się dziwić, że ową kościelną maszynę napędzają jej ideowi i bezideowi klienci z PiS. Ich dojście do władzy przez większość polskich biskupów przyjmowane jest w związku z tym z bezkrytyczną satysfakcją.

Co pożera i niszczy ta kościelna akceptacja i satysfakcja? Nie tylko dobre imię cywilizowanej i demokratycznej Polski – choć to oczywiście bardzo wiele i szkoda coraz bardziej niepowetowana. Niestety jednak także coś o wiele bardziej zasadniczego: odniesienie do wartości rzeczywiście wspólnych nie tylko dla nas samych jako Polaków, ale także dla cywilizowanego i demokratycznego świata, który wyłonił się z wielkich historycznych nieszczęść, do którego aspirowaliśmy i który możemy współtworzyć.

Nie znaczy to, że świat ten ma być poza krytyką. Przeciwnie, wymaga krytyki – także w imię wartości, które deklaruje, a których nie spełnia. Ale muszą to być wartości wspólne, a nie zawłaszczone przez jedną, choćby największą i najskuteczniejszą, jak to jest w Polsce, z działających w nim maszyn społecznych i przez jej anachroniczny projekt.

A co z kościelnym „projektem ukrytym”?

Również on ma kilka – bardziej lub mniej widocznych – warstw. Najłatwiej identyfikowalna jest ta, która wiąże się z kościelną polityką personalną, wizerunkową i medialną. Co się w niej dzieje, zobaczyć można, przyglądając się wewnątrzkościelnym konfliktom. Czym w istocie były upomnienia kardynała Glempa kierowane do Radia Maryja, czym była (i jest) krytyka bardziej otwartej i uniwersalnej linii katolicyzmu środowisk Tygodnika Powszechnego, Więzi i Znaku – z jej apogeum po krytycznym liście Jana Pawła II do Jerzego Turowicza w roku 1995, czym była sprawa Betanek czy sprawa ks. Bonieckiego i ks. Lemańskiego – żeby wymienić tylko najbardziej znane. Otóż to nie były spory o katolickie pryncypia, ale o podporządkowanie albo raczej o jego brak. To symptomy wewnętrznego projektu maszyny władzy, która doskonale działa wtedy, kiedy kwestionują ją tylko jej zdeklarowani zewnętrzni wrogowie, a w żadnym razie nie może pozwolić, by jej działania recenzowali wewnętrzni krytycy.

Maszyna ta jest jak dotąd skuteczna. Realnych odstępców, odrzucających prawo Kościoła do takiej władzy jest serdecznie mało. Także media i politycy nie odważają się prawie niczego w tym obszarze kwestionować, chyba że dochodzi do nadużyć drastycznych i niemożliwych już do ukrycia. To właśnie tego uwikłania wielu dotyczy sformułowana przeze mnie na wstępie uwaga o ludziach, którzy dokarmiają kościelną maszynę społeczną (wraz z jej wewnętrznymi projektami) i będą to robili, jak długo nie starczy im wyobraźni, by zobaczyć, co w ten sposób robią z życiem własnym i życiem innych – i czym to grozi naszej przyszłości.

Jest jednak jeszcze inna, głębsza warstwa kościelnego projektu ukrytego. To warstwa ochrony lub samoochrony ludzi, którzy są jego eksponentami, choć nie spełniają jego moralnych standardów. Również ją można jednak dostrzec i odczytać. Trzeba się w tym celu uważnie przyglądać symptomom. Chodzi o symptomy we freudowskim rozumieniu tego słowa, czyli o te momenty, w których do głosu dochodzi sfera wypartego lub zepchniętego w podświadome. Dzieje się to zwłaszcza w motywach obsesyjnie powracających w kościelnym przekazie i w ich zaskakującym zewnętrznych obserwatorów, argumentacyjnym podparciu. Powroty takie są zauważalne, bo są wybujałe – ich sygnałem są charakterystyczne, nadmiernie eksplikowane linie i tematy, dzięki którym można rozpoznawać miejsca wyparcia, a za nimi również wypierane treści. (To z teorii fantazmatu Marii Janion).

Otóż ochronie tego rodzaju, w przypadku ludzi Kościoła, podlegają przekroczenia z dwu przede wszystkim obszarów: pożądania seksualnego (często także w postaci pożądania materialnego bogactwa) i manipulacji dokonywanych dla zdobycia lub zachowania władzy. Wszędzie tam, gdzie w dyskursie ludzi Kościoła spotykamy się z nadmiarową, czasem prawie neurotyczną eksplikacją zagrożeń płynących z któregoś z tych obszarów, powinniśmy patrzeć uważnie i pytać, co stoi za takim wybujałym czy wręcz irracjonalnym wyrazem.

Klasycznym przykładem była niedawna fala obsesyjnej kościelnej krytyki „ideologii gender” i „promocji homoseksualizmu”, dzisiaj już jako zjawisko ogólnokościelne chyba przebrzmiała, ale wciąż obecna w symptomatycznie przerysowanych wypowiedziach niektórych duchownych. Jest nim także ogólnokościelne moralne wzmożenie uwagi w stosunku do antykoncepcji, aborcji, zapłodnienia in vitro czy eksperymentów genetycznych – jako najgroźniejszych przejawów „cywilizacji śmierci”, przy zaniedbaniu równie poważnej moralnej krytyki nadużyć w wielu innych istotnych obszarach: reguł gospodarczych, sprawiedliwości społecznej i praw pracowników, dostępu do służby zdrowia, języka nienawiści i podsycania podziałów społecznych w mediach – także i zwłaszcza w mediach kościelnych, lekceważenia prawa i reguł demokracji itd.

Te braki w kościelnym przekazie moralnym to najczęściej skutki przebłyskującej świadomości, że w sprawach tych Kościół maszeruje po polu minowym – skrzętne omija więc miejsca niebezpieczne, w których moralne zarzuty łatwo można byłoby postawić także instytucjom kościelnym. Ale i na tym polu można znaleźć wybujałe symptomy wypartego: złośliwe ironizowanie na temat nieakceptowanych projektów kulturowych i politycznych – jak w odniesieniu do projektów integracyjnych, wielokulturowości czy problemów migracji lub wręcz prymitywne ataki na politycznych przeciwników. Kiedy przyjrzeć się takim symptomatycznym wybujałościom uważnie, z uwzględnieniem historii publicznych zachowań ich autorów, można się stosunkowo łatwo domyślić, jakie to wstydliwe i wypierane sprawy i winy są ich źródłem. Można by na ten temat powiedzieć jeszcze wiele, ale to nie miejsce na szczegółowe krytyki i polemiki. Z pewnością jednak do wszystkich tych symptomów odnosi się formuła Petera Sloterdijka: Bardzo dobrze wiedzą, co robią, a mimo to nadal to robią.

Konkluzje pozostawiam Czytelnikom.

Zapytam tylko, nawiązując do początku tego artykułu: czy naprawdę grozi nam katastrofa? Czy będzie to katastrofa za sprawą Kościoła, jego roli w Polsce i naszego doń stosunku? Niestety tak. Jeśli nie rozbroimy fantazmatu, którym ta wielka społeczna maszyna oplotła nasze życie publiczne, grozi nam katastrofa i jak powiedziałem, jej zarysy są już widoczne. Pierwszym z nich jest wielki PiSowski karnawał nienawiści połączonej z rechotem, o którym wspomniałem poprzednio – i milczenie wobec niego kościelnych „strażników moralności”; kolejne rysują się na naszych oczach, np. w autodestrukcji przyzwoitości i instynktu samozachowawczego tych wszystkich, którzy nie widzą, czym jest rozwijająca się w tych dniach dyfamacja Lecha Wałęsy i znajdują dla niej usprawiedliwienia.

Bezpośrednią przyczyną katastrofy będzie, jak już powiedziałem, zniszczenie rzeczywiście wspólnego odniesienia do rzeczywiście wspólnych wartości, istotnych nie tylko dla nas samych jako Polaków, ale także dla cywilizowanego i demokratycznego świata, który wyłonił się z historycznych nieszczęść, do którego aspirowaliśmy i który dzisiaj możemy współtworzyć. Jeśli ludzie Kościoła i ci wszyscy, którzy pozostają pod jego przemożnym wpływem, nie otrząsną się i nie zobaczą, w czym właśnie uczestniczą i jakie będą tego skutki, znajdziemy się prędzej czy później w stanie anomii – takiego rozpadu norm, reguł i więzi społecznych, z którego będzie bardzo trudno wstać, i za który trzeba się będzie jeszcze bardziej wstydzić. Gdyby Kościół tego nie zrozumiał, zaprzeczyłby wszystkiemu, co o sobie twierdzi. A gdyby zrozumiał, co robi, a mimo to robił to dalej – nie wstałby z tego wstydu już nigdy.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +59, liczba głosów: 81)
Loading...
The following two tabs change content below.