Zjawa? Zjawisko

Oto film, którego nie da się zaspoilerować. To trochę tak, jakby pojęcie spoilera próbować przyłożyć do nowego Mad Maxa. Jadą przez pustynię – koniec fabuły. Tu jest podobnie.

Nieważne, że jeszcze tego filmu nie widziałeś, o (szczątkowej) fabule wiesz już wszystko. Niedźwiedź atakuje Leo DiCaprio i nieźle go kiereszuje, Tom Hardy zostawia go na pewną śmierć, a po drodze jeszcze zabija mu syna. Leoś zaś dosłownie wstaje z grobu, a potem trochę idzie, trochę się czołga, żeby zemścić się na Tomie. Przypominam, że jesteśmy w Hollywood, więc dobrze wiesz też, jak się ta historia skończy. Nie ma co spodziewać się zaskoczeń, ani twistów fabularnych – nic z tych rzeczy. Za każdym razem, kiedy nasz bohater wpada w kolejne tarapaty, jakoś mało będziesz przejmował się jego losem, bo wiesz, że i tak się z nich wykaraska.

Ale będziesz miał to gdzieś.

Osobiście mocno cenię sobie odwagę u wszelkiego rodzaju twórców. I tak, jeśli J. J. Abrams tworząc nowe „Star Wars”, poszedł możliwie najbezpieczniejszą ścieżką (ale wybaczam; wszak miał na plecach ciężki bagaż „gwiezdnowojennego” kultu), tak pan Iñárritu po niedawnym „Birdmanie” zabrał się za dzieło zupełnie inne. I znowu wykonał kawał dobrej roboty. Ale „Zjawę” z jego poprzednim filmem coś jednak łączy. Troszkę wyżej, w nawiasie użyłem słowa „kult”. Oba dzieła mają potencjał, żeby kultem obrosnąć. Dlaczego? Cóż, nie wiem, czy potrafię – i czy w ogóle się da – określić, co sprawia, że film zyskuje takie miano. Nie każdy film „kultowy” jest bowiem powszechnie uważany za arcydzieło; żadna to wytyczna. I w „Birdmanie”, i w „Zjawie” sięga jednak reżyser po środki wyrazu wybitnie charakterystyczne, w takim natężeniu nie spotykane nigdzie i nigdy do tej pory. Ileż jaj trzeba mieć, żeby zrobić film, który wygląda jak kręcony jednym ujęciem? Tyle samo, ile należy mieć, by zrobić film, którego największym atutem jest jego oprawa wizualna, a fabuła to jedynie pretekst.

Mówię Ci, będzie Oscar za zdjęcia.

Ale nie za te wszystkie zachwycające krajobrazy, które zresztą widziałeś już w trailerach, i które nie będą zaskoczeniem dla nikogo. Znaczy, za nie też, ale tym, co mnie wgniotło w fotel była praca kamery w momentach, kiedy operator – Emmanuel Lubezki – skupiał się na ludziach. Po pierwsze, dialogi. Nie, nie chodzi o to, jak są napisane – mój ulubieniec, Tom Hardy od samego początku rzuca w filmie takimi frazesami, że… No, żebyś drogi widzu, od samego początku na pewno wiedział, kto tu jest ten zły i jak bardzo. Ale to co robi kamera, kiedy postacie ze sobą rozmawiają, to jest brawura i mistrzostwo świata. Wiruje, jakby za wysięgnik robiła tu głowa węża wijącego się wokół aktorów. Postać zaczyna swoją kwestię, widzimy ją w ujęciu od dołu, potem kamera mija brzuch, krąży wokół głowy, by zatrzymać się na dramatycznym zbliżeniu, kiedy bohater stawia kropkę. Buduje to niesamowite wrażenie chaosu i osaczenia, które musi czuć bohater w lesie, kiedy otoczony jest przez niebezpieczną zwierzynę i wkurzonych Indian, nie mając pojęcia, która z tych opcji byłaby dla niego bardziej niebezpieczna. Po drugie, sceny akcji. Jeśli lubisz seriale, widziałeś pierwszy sezon „True Detective” i do dziś jesteś pod wrażeniem sceny strzelaniny na czarnym osiedlu, poczujesz się jak w domu. Tak, wszystkie sceny tego rodzaju sprawiają wrażenie kręconych bez cięć. Dołóż do tego kamerę, dynamicznie wędrującą po sobie tylko znanych trajektoriach, dodaj do tego zapierające dech w piersiach krajobrazy i już możesz sobie wyobrazić, jak to wygląda.

Tak, trzeba mieć jaja, żeby zrobić taki film. Żeby nie było tak różowo, dodam, że mimo wszystko mógł być nieco krótszy. Nic by się nie stało, gdybyśmy dostali mniej cierpień w wykonaniu DiCaprio, zwłaszcza, że cierpi ciągle w ten sam sposób. Ale przede wszystkim można było wyciąć wszelkie retrospektywne wizje głównego bohatera, w których to widział swoją nieżyjącą żonę. To niepotrzebne sceny, które odbierają surowość filmowi, spychając go niebezpiecznie blisko w stronę klasycznego hollywoodzkiego kiczu. Ja wiem, że miały pokazywać motywację głównego bohatera, ale ta było wyraźna i bez tego, a jego wizje niepotrzebnie łagodzą całość. To trochę, jak z tekstami wypowiadanymi przez Hardy’ego – żeby głupi widz na pewno zrozumiał.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Wyczekiwanego Oscara dla Leo moim zdaniem nie będzie, a film może momentami nudzić. Niemniej polecam, warto znać i wybrać się – zwłaszcza do kina, bo jest na co popatrzeć. Swoją drogą, byłaby to wielka złośliwość Akademii, gdyby Oscara za drugi plan dostał Tom Hardy, co jest w sumie możliwe. Fakt, postać płaska i jednowymiarowa, ale Anglik robi robotę; rola zresztą w sam raz dla niego.

Noty za styl:

Wrażenia wizualne – 10/10

Cierpienia Leo – 12/10

Hollywoodzki banał – jest, w akceptowalnym stężeniu

Dłużyzny – 35%

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 5)
Loading...