Aniński strajk – wspomnienie Marca ’68

Niedawno minęło 48 lat od wiecu na Uniwersytecie Warszawskim. Zainicjował on w Polsce Ludowej falę antysemickiej i antyinteligenckiej propagandy. W obawie przed tym, że każdy kolejny rok może zatrzeć wspomnienia, należy wciąż mówić. Dla nas samych, ale przede wszystkim, dla przyszłych pokoleń.

Warszawa, 7-8 marca 2016

Bunt przeciw represyjnym działaniom władz oraz patriotyzm ówczesnej młodzieży

Wydarzenia marcowe w Polsce opisywane są najczęściej na tle walk frakcyjnych wewnątrz PZPR (próba przejęcia władzy przez tzw. „partyzantów” skupionych wokół gen. Mieczysława Moczara) oraz rozpętanej pod wpływem tej grupy przez Władysława Gomułkę nagonki antyżydowskiej, która ogarnęła całą Polskę. Dla mnie, jako uczennicy ówczesnej klasy maturalnej w XXVI LO w Aninie oraz dla moich koleżanek i kolegów nie były istotne zakulisowe walki wewnątrz rządzącej partii komunistycznej. W okresie samego marca nie zwracaliśmy większej uwagi na antyżydowskie insynuacje. Dla nas, młodych ludzi, zarówno uczniów jak i studentów, istotna była walka w obronie narodowej kultury, czego symbolem były „Dziady”, naszych młodzieńczych ideałów wolności oraz represjonowanych koleżanek i kolegów.

Byliśmy nastawieni rewolucyjnie, wręcz bojowo a wśród wielu z nas, gdzieś tam w środku, tkwiły przekazane przez rodziców i znajomych echa opowieści z historii naszej ojczyzny. To z przyczyny tych ostatnich istniał związek pomiędzy naszym: „Nie!” a tymi poprzednimi zrywami przeciw narzuconej nam władzy. Nie od rzeczy, obrona wystawionego w Teatrze Narodowym spektaklu „Dziady” w reżyserii Kazimierza Dejmka stanowiła preludium do wydarzeń marcowych. Mickiewiczowskie postacie rosyjskich ciemięzców zaczęły nam się kojarzyć z ówczesną rzeczywistością władz „towarzyszy radzieckich”, zaś chóry polskich popleczników i klakierów otoczenia Nowosilcowa z podobnymi ludźmi z kręgów „polskich towarzyszy”.  W. Gomułka potępiając w dniu 19 marca 1968 r. w Sali Kongresowej antyradzieckie aluzje zawarte w spektaklach „Dziadów”, tylko pomógł nam w takim patriotycznym spojrzeniu.

Dziady reż. Kazimierz Dejmek
Dziady reż. Kazimierz Dejmek

Nasze ówczesne zachowanie było również inspirowane wydarzeniami zza południowej granicy. „Marzec” nastąpił w okresie tzw. „praskiej wiosny” – reformatorskich zmian w Czechosłowacji. U naszego południowego sąsiada zaczęły powstawać zręby społeczeństwa obywatelskiego. Do owej „wiosny” doprowadziła szeroka fala krytyki władz po brutalnym stłumieniu praskich demonstracji studenckich 31 października 1967 r. Zaczęło się więc od studentów i istniała nadzieja na podobny przebieg zmian w Polsce.

Jednak zdarzenia na południu odbywały się za granicą, a ruch graniczny był wówczas dla wybranych. Komunistyczne władze dokładnie kontrolowały media. Również wydarzenia studenckie w Polsce pokazywały w krzywym zwierciadle swojej propagandy, a o represjach milczały. Skąd więc młody człowiek czerpał wiadomości o rzeczywistych wydarzeniach? Wieczorami i nocą w dużej części polskich domów usiłowano wysłuchać wiadomości nadawanych z Wolnej Europy lub Głosu Ameryki. Słowo „usiłowano” jest tu istotne, gdyż były one stale zagłuszane. Niemniej, z reguły nadawaną treść można było zrozumieć wśród ciągłej kakofonii pisków.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Wpływ wydarzeń 8 i 9 marca 1968 r.

O tym, jaki rzeczywisty przebieg miał wiec na dziedzińcu Uniwersytetu Warszawskiego w dniu 8 marca uświadomiła nas nie oficjalna propagandówka w dzienniku telewizyjnym, lecz wiadomości zdobyte od uczestników – osób studiujących na UW oraz, dla większości, wiadomości usłyszane z polskojęzycznych zachodnich stacji radiowych. 9 marca (w sobotę), już nie tylko studenci, lecz także uczniowie wyższych klas szkół średnich uczestniczyli w zdarzeniach na ulicach Warszawy.

Osobiście pamiętam rozpędzanie z użyciem gazów łzawiących pochodu studentów Politechniki Warszawskiej na ul. Polnej oraz atak milicji na gmach Wydziału Elektroniki PW. Chyba po sobotnich, czy niedzielnych dyskusjach rodzinnych lub w gronie znajomych lub/i po wysłuchaniu powtarzających się przez cały dzień relacji z Wolnej Europy, większość z nas – warszawskich licealistów – doskonale była obeznana z przebiegiem dotychczasowych wydarzeń. Zasłyszane wiadomości, a u niektórych osobiste doznania brutalnego rozpędzania demonstracji (bicie przez ORMO i tzw. „aktyw robotniczy”, użycie gazów łzawiących), aresztowania, co więcej atmosfera obecna w wielu domach po 8 i 9 marca ponownej walki z „czerwoną władzą”, zrobiły swoje. Zwłaszcza u osób na granicy dorosłości – uczniów klas maturalnych.

Duża część z nas była tak podekscytowana przebiegiem wydarzeń, a jednocześnie oburzona na władze rozprawiające się nie tylko z naszymi kolegami, lecz również z narodową kulturą i historią (czego symbolem były mickiewiczowskie „Dziady”), że w poniedziałek rano (11 marca) byliśmy gotowi do wyrażenia sprzeciwu. Do  jego zamiany w bunt trzeba było tylko pomysłu, jak tego dokonać i przywódców.

Zdarzenia 11 marca w Liceum nr XXVI

W rozmowach na pierwszych przerwach, po rannym przyjściu do szkoły większość z nas zorientowała się, że napięta atmosfera i chęć wyrażenia sprzeciwu są powszechne. Grupa uczniów, głównie z klas maturalnych, zaczęła się zbierać na korytarzu w środkowej jego części (tam on się znacznie rozszerza), niedaleko tablicy patrona szkoły lub wprost przy niej. Zaczęliśmy śpiewać. Grupa osób uczestniczących w tym zdarzeniu powiększała się. W sumie było nas kilkanaścioro, może ze dwadzieścia osób. Na klatce schodowej prowadzącej na inne piętra oraz w drugiej stronie korytarza ustawiły się, jak pamiętam – samorzutnie, „czujki”. Miały one nas ostrzec przed zbliżającymi się nauczycielami, a przede wszystkim przed dyrektorem Wacławem Krauze i najbliższymi jego współpracownikami.

Śpiewaliśmy: „Międzynarodówkę”, „Pierwszą brygadę” i „Warszawiankę” (nie pamiętam obecnie o innych). To, co śpiewaliśmy wówczas nie miało narzucanych konotacji politycznych. W nas, młodych osobach gotowały się tendencje rewolucyjne za sprawiedliwością społeczną (Wyklęty, powstań ludu ziemi ..) i patriotyczne (Powstań, Polsko, skrusz kajdany .. oraz My pierwsza brygada …). O ile pamiętam, większość nie znała nawet tekstu „Pierwszej brygady”, gdyż była ona na indeksie władz. Znaliśmy za to jej refren. Nie przeszkadzało nam również, że patron szkoły, pod tablicą którego śpiewaliśmy – gen. Henryk Jankowski to były partyzant GL i AL. Wznosiliśmy również okrzyki, których haseł, niestety, już sobie nie przypominam. Pamiętam, jak na którejś przerwie, jedna z nauczycielek zaczęła przekonywać nas, że dla własnego dobra, nie powinniśmy tego robić. Jednak śpiewających była wciąż tylko grupa, zaś reszta uczniów wprawdzie stała niedaleko i przyglądała się nam, lecz nie podejmowała wspólnych działań.

Pretekst do szerszego wystąpienia dały same władze liceum. Jeszcze przed południem ogłoszono we wszystkich klasach, że decyzją dyrekcji szkoły, wszyscy jej uczniowie zostaną w niej zatrzymani. Opuszczenie jej i rozejście się do domów mogło nastąpić tylko po ogłoszeniu. Na taki przymus dla młodzieży na całym świecie odruchem jest sprzeciw. W klasach zawrzało – także w mojej. Dla tych, którzy przedtem demonstrowali pod tablicą to była szansa do zorganizowana większości uczniów.

Pomysł był mój, lecz nie był chyba wykonalny bez pomocy mojego kolegi z ławki – Marka Jaczyńskiego (po 1989 r. burmistrz Józefowa). Należało po wyjściu z klas na przerwę w dużej grupie usiąść w rozszerzonej części korytarza, po czym śpiewać i wznosić okrzyki. Okrzyki na rzecz uwolnienia nas ze szkoły powinny mieszać się razem z tymi popierającymi warszawskich studentów. Następni, odruchem tego samego sprzeciwu, prawdopodobnie do nas dołączą. Miało to jeszcze jedną zaletę – siedzący tłum nie wskazywał na przywódców. Byliśmy przecież przed maturą i raczej każdy młody człowiek wyczuwał niebezpieczeństwo represji. Najpierw zgodziliśmy się, co do planu z kolegą – M. Jaczyńskim. Potem zawiadomiliśmy resztę klasy (lekcja się nie odbywała i nie było w niej nauczyciela). Nie wszyscy uczniowie zgodzili się od razu. Część obawiała się represji. Kilka osób miało rodziców w PZPR i bało się również o nich. Pamiętam koleżankę, która się sprzeciwiła, gdyż jej ojciec zajmował wysokie stanowisko. Wprost mi nawyzywała, ostrzegła, że z maturami możemy się pożegnać, a na końcu powiedziała, że ona nie weźmie w tym udziału. Dyskusja była więc zażarta.

Wyszliśmy grupą z klasy i usiedliśmy na korytarzu. Zawiadomienie innych nie sprawiało trudności, gdyż w wielu klasach brakowało opiekunów, a lekcje się nie odbywały. Szybko następne grupy dołączały do nas. Zaczęliśmy śpiewać i wznosić okrzyki: „Wolność”, „Uwolnić aresztowanych”, „Jesteśmy ze studentami”, „Precz z cenzurą” – to strzępki tych, które mi się jeszcze przypominają. W krótkim czasie usiedli na korytarzu chyba wszyscy uczniowie, którzy byli obecni w szkole. W każdym razie pamiętam, że sprawdziłam wówczas, czy jest z nami koleżanka, która odgrażała się wcześniej. Siedziała z nami! Nauczyciele nie mogli zapanować nad tłumem. Głosy niektórych, żądające rozejścia się do klas, zostały szybko zagłuszone przez okrzyki i śpiewy. Myślę, że duża część z nich właściwie sprzyjała nam, ale przede wszystkim obawiała się represji w stosunku do swoich wychowanków.

Wreszcie zaczął przekrzykiwać nas dyrektor W. Krauze. Żądał kategorycznie rozejścia się do klas i to wielokrotnie. Gdy nie poskutkowało, nazwał nasze zbiorowisko buntem i groził wyciągnięciem surowych konsekwencji. Ten ówczesny obraz zdenerwowanego, wręcz czerwonego na twarzy dyrektora, który raz po raz żąda i grozi, a w rezultacie miota się nie będąc w stanie poradzić sobie z demonstracją własnych uczniów, zapamiętałam na długie lata.

Dyrektor odszedł zostawiając nas samych z niektórymi tylko, stojącymi w końcach korytarza nauczycielami. Śpiewaliśmy i skandowaliśmy jeszcze bardziej, gdyż to było nasze małe zwycięstwo nad kimś, kto był szkolnym symbolem komunistycznej partii i władz. Ile czasu okupowaliśmy szkolny korytarz? Dokładnie nie pamiętam – może z dwie godziny. Siedzieć na ziemi, ciągle śpiewać, krzyczeć nie można bez końca. Trzeba było odpocząć w klasach. W pewnej chwili, ktoś wyglądając przez okno zawiadomił nas, że pod szkołę podjechał charakterystyczny dla tych czasów samochód – niebieska „nyska”. To był pojazd milicji. Rozeszliśmy się do klas i czekaliśmy w ciszy, gotowi ponowić okupację szkolnego korytarza po ich odjeździe. Zapadła cisza. Po pewnym czasie ogłoszono nam, że rozporządzenie władz szkoły zostało odwołane i możemy się udać do domów. To nie był koniec. Poszczególne grupy zaczęły się umawiać na spotkanie na pobliskich stacjach kolejowych kolejki podmiejskiej – Aninie i Wawrze. Mieliśmy w planach wesprzeć demonstrujących studentów.

Wieczór 11 marca na ulicach Warszawy

Wraz z grupą kilku kolegów ze szkoły wysiedliśmy na stacji Powiśle. Al. Jerozolimskimi można było przejść, lecz Dom Partii na rogu ul. Nowy Świat i Al. Jerozolimskich był otoczony kordonem milicji. Tłum, w większości młodych ludzi, od strony obu ulic napierał na milicję wznosząc hasła. Milicja ruszała do ataku i tłum się cofał. Pałki, armatki wodne, gaz łzawiący broniły gmachu – rzeczywistego ośrodka władzy w Polsce. Cały Nowy Świat był pełen ludzi. Gdzieniegdzie stały duże grupy milicji uzbrojone w pałki. Doszłam do Krakowskiego Przedmieścia gubiąc po drodze większość kolegów. Tu między pomnikiem Mikołaja Kopernika a bramą Uniwersytetu tłum był tak gęsty, że trudno był przejść.

Nagle wzmogły się krzyki. Wystrzelone zostały granaty z gazem łzawiącym. Milicja zaczęła nacierać na tłum od strony pomnika M. Kopernika. Niektórzy z demonstrantów zaczęli rzucać w stronę milicji brukiem a z okolicznych domów (prawdopodobnie z dachów) rzucano na nią jakieś przedmioty. Z wysokości bramy uniwersytetu widziałam bitych pałkami ludzi na stopniach i podeście kościoła św. Krzyża. Tłum demonstrantów skandując cofał się. Przed samym zmrokiem zostaliśmy zepchnięci wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia za ul. Karową. Znalazłam się w rozszerzeniu ulicy, przy kościele pokarmelickim, obok obecnego pałacu prezydenckiego. Nagle z drugiej strony ulicy, pomimo hałasu, słychać było dźwięk tłuczonego szkła, wystrzały gazów łzawiących i wzmożone krzyki. Dopiero po powrocie do domu dowiedziałam się, że to był atak milicji na chroniących się demonstrantów w budynku kina „Kultura”. W czasie walk wewnątrz budynek został zdemolowany, a ci co się tam schronili, w większości zostali aresztowani. Milicja była brutalna lecz i demonstracja przestała być również pokojowa. Na Krakowskim Przedmieściu i bocznych ulicach zaczęły powstawać prowizoryczne barykady, a na atakujących milicjantów sypały się kamienie wyrwane z bruku.

Był już półmrok, gdy milicja uderzyła na nas z boku, z głównej jezdni Krakowskiego Przedmieścia, a równocześnie z drzew okalających pomnik A. Mickiewicza zaczęły się sypać granaty z gazem łzawiącym. Sypały się gęsto, prawie pod nasze nogi. Wraz z dużą liczbą osób zostałam odcięta od głównej grupy demonstrantów w narożniku za obecnym skwerem, pomiędzy budynkiem seminarium duchownego a akademikiem Szkoły Muzycznej – „Dziekanka”. Studenci z akademika krzyczeli do nas z okien, wyrzucali przez nie jakieś sznury, czy może zrolowane prześcieradła, chcieli pomóc wciągając do środka, lecz gaz łzawiący rzucany był m.in. pod ich okna.

Wiedziałam, że nas tu zaraz dostaną. Jednocześnie zaczęliśmy się dusić mieć trudności z widzeniem i opanowaniem pieczenia. Naraz sobie przypomniałam: „Niedaleko jest ul. Bednarska!”. To był ratunek. Tylko trzeba był przebiec koło drzew, z których rzucane są granaty łzawiące. Koło mnie stała młoda dziewczyna. Chwyciłam ją za rękę i krzyknęłam: „Biegnij!”. Opierała się. Bała się skoczyć w gaz, a do tego była już półprzytomna. Pociągnęłam ją siłą. Zaczęłyśmy biec. Za mną ruszyło też kilka innych osób. Pamiętam „dym” granatów gazowych rzucanych pod nasze nogi. Zatrzymaliśmy się aż na ul. Bednarskiej. Było nas 6 lub 7 osób. Tyle się uratowało z tego kotła. Resztę zatrzymała milicja.

Po ochłonięciu, na pełnej ludzi, lecz stosunkowo spokojnej ul. Bednarskiej, ujrzeliśmy inny widok. Z dołu, od strony Wisły szła kilkuosobowa, ubrana po cywilnemu grupa młodych osób z drewnianymi pałkami. Rozbijali szyby witryn sklepów i część przedmiotów leżących tuż za szybą. Nie widziałam, żeby rabowali. To już zostawiali innym. Była to prawdopodobnie bojówka milicyjnych służb mająca swoim zachowaniem wzmacniać pewien cel propagandowy – demonstranci mieli zostać opisani jako: „w większości grupy chuliganów”.

Moje pokłosie wydarzeń marcowych

„Marzec” w moim domu rodzinnym trwał do zakończenia strajku okupacyjnego studentów Politechniki Warszawskiej. Studentką i uczestniczką strajku była wówczas moja siostra. Strajk okupacyjny trwał dwie doby (21-23 marca). Pamiętam, jak mieszkańcy Warszawy dostarczali zamkniętym wewnątrz studentom potrzebne im rzeczy i żywność. Pamiętam tysiące ludzi tłoczących się wzdłuż ul. Stanisława Noakowskiego i podających przez płot paczki. Cukiernie i sklepiki przy tej ulicy, naprzeciw Politechniki, osiągnęły chyba wówczas rekordowe obroty. Pamiętam, jak sama kupiłam za swoje pieniądze paczkę pączków (dostawałam wówczas w liceum stypendium), napisałam na kartce krótkie pozdrowienia dla mojej siostry i podałam przez płot dyżurującemu z drugiej strony studentowi ze służby strajkowej. Z drugiej strony ulicy gmachy PW z wywieszonymi w oknach transparentami. Ten strajk był zresztą jednym z ostatnich akordów zorganizowanego oporu studentów.

Najważniejszym dla mnie, osobistym doświadczeniem na przyszłość, było to, że pomimo poszukiwań przywódców wydarzeń w anińskim liceum, takich nie znaleziono. Przecież byli świadkowie – koleżanki oraz koledzy z mojej klasy. Choćby ta sprzeciwiająca się koleżanka. To prawda – znajomość pomiędzy mną a nią już na całe życie pozostawała chłodna; nawet podczas przypadkowych spotkań na ulicy wiele lat później. Wówczas jednak nie doniosła. Te wydarzenia zaważyły znacznie na całym moim późniejszym, opozycyjnym życiu. Wierzyłam i wierzę, że chociaż duża część społeczeństwa przyjmowała zachowanie ugodowe w stosunku do przedstawicieli rządzącej partii komunistycznej, to nie skutkowało to równie powszechnym donosicielstwem.

Dwa miesiące po strajku zdawałam w Aninie maturę, a już na początku lipca tegoż roku zostałam, po zdaniu egzaminów, studentką Wydziału Fizyki UW. Studiowałam na wydziale, który był znany ze swego sceptycznego do władz komunistycznych nastawienia. Niektórzy z jego profesorów nie kryli nawet na wykładach swoich patriotycznych poglądów. Wychował on wielu spośród późniejszych opozycjonistów. Jednak również kadra takiego wydziału nie mogła zapobiec skutkom rozpętanej przez władze po „marcu” antysemickiej nagonki. Po powrocie z wakacji na II rok studiów stwierdziliśmy, że brak jest wśród nas wielu, których znaliśmy na I roku. Ze względu na swoje pochodzenie ich rodziny i oni zostali zmuszeni do opuszczenia kraju.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +1, liczba głosów: 5)
Loading...
The following two tabs change content below.