Beztlenowce – na szczycie władzy jest mało tlenu

Dzisiaj nie rządzą nami „obcy”, „niemcy”, „żydzi” czy „ruskie”, mimo to drobny nawet spór w debacie skończyć się może doklejeniem łatki etnicznej, seksualnej lub kulturowej obcości.

Człowiek rządzący, człowiek władzy – co o nim właściwie wiemy? W naszym społeczeństwie niechęć do onych ma szczególnie ugruntowaną pozycję. Uwarunkowane społeczeństwem stanowym, utratą niepodległości, dogorywającym modelem ziemiańskim, okresem socjalizmu z ludzką twarzą oraz bez maski wreszcie – rozbicie na rządzących i rządzonych utrwalała nieufność, opór i podskórna anarchia. Cechy może i dobre na okres zmiany systemu ale niefunkcjonalne w okresie kształtowania społeczeństwa demokratycznego, otwartego – uniemożliwiające bowiem skuteczne poznanie, akceptację i właściwe relacje z ludźmi władzy.

Mieliśmy już królów, hetmanów, naczelników, wodzów, prezydentów, gubernatorów, namiestników, pułkowników, pierwszych sekretarzy, dyrektorów w teczkach, generałów, papieża, trybunów ludowych – Piłsudskiego, Wojtyłę, Wałęsę i Kościuszkę. Żadnych właściwie doświadczeń z nowoczesnym przywództwem demokratycznym za wyjątkiem krótkiego okresu, za którego symbol można by uznać zabitego w zamachu prezydenta Narutowicza.

Dzisiaj po ponad 25 latach przemian demokratycznych znowu, wydaje się, pozostała spalona ziemia.

O elicie władzy mówi się źle, elita władzy mówi o sobie również źle, z tym że tylko o swoich politycznych przeciwnikach. Mówi się, że elita polityczna jest skorumpowana na różne sposoby, nieudolna, obrażona, nieskuteczna w budowaniu, skuteczna w rozwalaniu, zbyt niezależna, zbyt zależna. Opinie o tej grupie buduje się głównie w odniesieniu na zewnątrz czyli w stosunku do jej deklarowanych celów – zapewnienia podstawowych potrzeb oraz rozwiązywania problemów społecznych. Jeżeli chodzi o nią samą funkcjonują określenia: postkomuniści, styropian, TW, nomenklatura, technokraci, solidaruchy, niezlustrowani i zlustrowani itp.

Dzisiaj nie rządzą nami „obcy”, „niemcy”, „żydzi” czy „ruskie”, mimo to drobny nawet spór w debacie skończyć się może doklejeniem łatki etnicznej, seksualnej lub kulturowej obcości. Łatwość z jaką społeczeństwo ekstrapoluje na swoich przeciwników takie stygmaty ukrywa jednak inną dychotomię istniejącą ale nieumiejętnie, błędnie identyfikowaną przez podsuwane przez samych polityków klisze przebrzmiałych, pozornych lub sztucznych podziałów.

Nie uciekniemy od tej konstatacji. Rządzimy się sami. Skąd więc poczucie obcości w stosunku do tej grupy z jakiej partii by nie była? Czy chodzi tylko o polityczne sympatie, które wydają się jakby teatralne/sztuczne ?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Polityczni liderzy i trendsetterzy bez względu na ich deklarowane przekonania to beztlenowce.

Poza minimum bezpieczeństwa materialnego, człowiek rządzony, aby pozwalać sobą rządzić, potrzebuje zaspokojenia poczucia godności własnej. Zaspokojeniu poczucia godności służy „tlen emocjonalny i kulturowy”. Tlen to w dużym uproszczeniu życie w związku/związkach miłości, przyjaźni, koleżeństwa, wrogości, konkurencji, ciekawości oraz życie w prawdzie o sobie, o świecie, o lokalnej przestrzeni, najbliższych, autorytetach.

Tu chciałbym się skupić na „życiu w jakiejś prawdzie” w kontekście relacji pomiędzy rządzonymi a rządzącymi oraz podstawowym jak to widzę nieporozumieniu co do celów tych dwóch grup przy budowie społeczeństwa demokratycznego, które dla przypomnienia jest stanem ciągłego organicznego tworzenia czy w Polsce czy w Wielkiej Brytanii.

Beztlenowce

Beztlenowce mogą obywać się bez tlenu natomiast bezwzględnie potrzebują władzy – to ich główne a może jedyne paliwo, i choć być może trudno w to uwierzyć cała reszta to tylko narzędzia, droga, inscenizacja dla władzy. Z takiej oto definicji rządzą nami beztlenowce – tak czy siak – my natomiast poszukujemy tlenu prawdy.

Beztlenowce obiecują nam prawdę wywołując klisze – uświadamianych i nie – oczekiwań w okresie wyborczym. W okresie powyborczym zajmują się już tylko walką z innymi beztlenowcami – opiekę nad produkcją tlenu w niezbędnych do życia ilościach pozostawiając swojej i państwowej, czyli też swojej, administracji. Walka z innymi beztlenowcami zajmuje beztlenowcom u władzy minimum 99% czasu, pozostałe 1% poświęcają na utrzymywanie społeczeństwa w intensywnym ruchu w miejscu – mając władzę myślą o jej utrzymaniu – a więc usilnie pracują tak aby nie zmieniło się nic w sposób, który mógłby ich narazić na utratę tej władzy.

Chciałbym jasno powiedzieć, że uważam ten stan za jeden z najważniejszych atutów demokracji – walka beztlenowców między sobą jest jednym z największych osiągnięć cywilizacji. Między innymi stąd również powiedzenie, że „demokracja jest najgorszym z możliwych systemów ale lepszego nie wymyślono” – ciekawe ale to chyba powiedział beztlenowiec. Zawsze gdy ostatecznie zwycięskie jakieś beztlenowce nie miały beztlenowych przeciwników – rządzonym wychodziło to bokiem.

 

Beztlenowość wydaje się u ludzi władzy pierwotna wobec poglądów.

Nieporozumienie polega na tym, że rządzeni przyjmują walkę beztlenowców między sobą za swoją własną. Podsuwane przez nich konflikty, podziały i „prawdy” traktują jak swoje, utożsamiają się z nimi oczekując zbawienia od absurdu. Poszukiwanie własnej prawdy deponują w zmaganiach beztlenowców o władzę, „uciekają od wolności”, stając się zakładnikami obcej walki. Bardzo często nie ma wyjścia, zmiana beztlenowców u władzy jest konieczna, a treść zmiany jest tylko pretekstem do wyrażenia buntu.

Tak zwane stare demokracje nie tyle są silne swoją demokracją, ile ich demokracja jest silna tradycyjną siłą otwartych społeczności, które bezwzględnie identyfikują swoją prawdę i wymagają jej realizacji od beztlenowców, będących ich reprezentacją. Co się dzieje z naszym rozumieniem naszej prawdy? Jak ją komunikujemy? Jak ją egzekwujemy?

Być może przeskalowujemy nasze oczekiwania w poszukiwaniu prawdy? Zamiast skoncentrować się na dobrostanie i skomunikowaniu naszej lokalnej przestrzeni szukamy ideologicznych kotwic w prawdzie powszechnej jakiejś konstytutywnej prawdzie wyższego rzędu. Najpewniej wynika to z braku połączenia naszych prywatnych, osobistych czy lokalnych prawd z jakąś transcendencją. O ile łatwiej uczynić tlen godnościowy z patriotyzmu narodowego, socjalizmu, kapitalizmu, powszechnej religii niż z jakiegoś pachnącej kumoterstwem i geszeftem akcji małej lokalnej społeczności zorganizowanej dla dobra własnego lub własnej przestrzeni. Jakoś wygodniej jest cierpieć w imię wyższych racji niż wziąć odpowiedzialność za swoje najbliższe otoczenie.

Beztlenowce również wolą – izmy: socjalizm, kapitalizm, liberalizm, komunizm, konserwatyzm, nacjonalizm – z doktryn trudno rozliczyć, z doktryn rozlicza historia. Na ołtarzu potrzeb rozpoznawanych jako podstawowe : bezpieczeństwa, edukacji, ochrony zdrowia i pracy – składa się wolność i odpowiedzialność własną. Co w zamian? W zamian być może przyjdzie rozpocząć wojnę w imię pokoju. Może trzeba będzie pracować, by mieć rodzinę, z którą nie ma się kontaktu, bo praca zabiera cały czas. Może trzeba będzie zarabiać, by wydawać więcej niż się zarobiło lub wierzyć w Boga, bo go inaczej zacznie ubywać?

Demokracja świadoma swojego paradoksu.

Trzeba chyba jednak zaakceptować fakt, że zawsze znajdą się jakieś beztlenowce również u władzy z wyboru. Wygląda na to, że w tej relacji skazani jesteśmy na porażkę – porażkę w tym sensie, że opisany powyżej mechanizm nie ma alternatyw i że nawet wolność jest tak naprawdę dobrem o luksusowym, bo musi mieć człowieka na wyłączność.

Dalej, po akceptacji, trzeba nam tych ludzi władzy wychowywać jakoś…. Powiedzmy, że poprzez społeczeństwo czyli nas samych, którzy będziemy umieli trzeźwo oddzielać problemy ważne od sztucznych, pozornych lub nieaktualnych. Koncentrować się na konkretnych zjawiskach, które mogą być kształtowane dla dobrostanu ich uczestników. Koncentrować się na sobie. Unikać transcendencji w debacie publicznej. Pożądać transcendencji w sztuce i religii.

Beztlenowce, które ciągu ostatnich lat skutecznie zawróciły debatę publiczną do rozliczeń odległej przeszłości i „szklanych domów” odległej przyszłości, powinny częściej odnosić się do konieczności tu i teraz. Jedność miejsca i czasu. Tutaj czyli na moim chłopskim, prywatnym, robotniczym, prekarjackim czy korporacyjnym zagonie, teraz czyli w możliwej do przyjęcia dla danego procesu perspektywie.

Pierwsze kroki pewnie będą małe, niewielki wyłom w murze wielkich idei. Nie czekajmy na zbawcę – tacy przywódcy pojawiają się wtedy, kiedy się pojawiają i są tylko swoją legendą. Nie liczmy na to, że beztlenowce nas zbawią – prawdy wiekuistej i tak nie mają, a to, że nie produkują tlenu przynajmniej można im udowodnić – zarządzają w końcu tylko nami i naszymi wytworami. Zarządzają naszym tlenem.

Chyba, że wszyscy staniemy się beztlenowcami…

Póki co nabierzmy dużo powietrza do płuc i zanurkujmy raz jeszcze w niespokojne, pełne prądów i wirów nurty demokracji.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +9, liczba głosów: 9)
Loading...

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: Babak Fakhamzadeh