Bohaterowie wymieszani z mordercami, czyli w poszukiwaniu prawdziwego heroizmu

Atomizacja współczesnego społeczeństwa stawia młodych przed koniecznością zdefiniowania na nowo swojej narodowej tożsamości. Nie ułatwia im tego atmosfera patosu, w której trudno o rzetelną odpowiedź na trudne pytania.

Żołnierze wyklęci już piąty rok są fetowani oficjalnym, państwowym świętem. Na naszych oczach przemieniają się w niezłomnych. I trudno negować fakt, że wielu z nich rzeczywiście nie dało się złamać. Do śmierci dochowali wierności swoim przekonaniom. Niewątpliwie jest to godne podziwu. Wśród niezłomności pojawia się jednak również pytanie o zasadność.

Nie mogę potępić wszystkich tych, którzy po 1944 roku schowali sie w lesie i kontynuowali walkę. Nie mam pojęcia, jak czułbym się po pięciu latach upokorzeń ze strony nazistowskiego okupanta, oglądając śmierć, widząc jak życie przestaje mieć jakąkolwiek wartość, obserwując jak spod jednej okupacji przechodzimy płynnie pod inną.

Czuję natomiast prawo, żeby pytać i zastanawiać się, jak odróżnić bohaterów państwa podziemnego zamordowanych w ubeckich katowniach od rzezimieszków i morderców? Prawo, żeby postawić znak zapytania przy walce po 1947 roku. Co udało się osiągnąć poprzez niezłomną postawę?

Wydawałoby się, że po ćwierćwieczu demokracji takie pytania są jak najbardziej na miejscu. Demokracja to w końcu ustrój pragmatyczny, w którym dokonujemy wyborów opierając się na tym, co dla nas korzystne. Okazuje się jednak, że dominuje obawa, że niezłomność na takich pytaniach może ucierpieć. Dlaczego obrońcy żołnierzy wyklętych reagują agresją?

Każde wytknięcie rysy w heroicznym obrazie ostatnich obrońców prawdziwej polskości powoduje reakcję obronną ze strony tych, którzy tę opowieść przejęli jako część swojej tożsamości. Reakcja ta często przekracza granice, poza którymi kontynuowanie dyskusji przestaje mieć sens. Nowocześni patrioci po raz kolejny zatracają się w narracji o heroicznych bohaterach, którzy zostali zdradzeni i przegrali, choć byli szlachetni i moralnie czyści. A przecież wśród honorowanych pierwszego marca żołnierzy byli zarówno prawdziwi bohaterowie, jak i pospolite rzezimieszki.

Czy polskość jest możliwa tylko wtedy, gdy jesteśmy prześladowani, przegrani? Taka polskość nie wydaje mi się atrakcyjna. Trudno byłoby na niej zbudować wspólną, stabilną przyszłość.

My, młodzi, nie przeżyliśmy wspólnie niczego, co pozwoliłoby nam poczuć się wspólnotą. Nasi rodzice mieli “Solidarność”. Dziadkowie traumatyczne przeżycia wojenne. Pradziadowie strzegli polskości przed zaborcami. My mamy iPhona, Starbucksa i wakacje w Hurghadzie. Współczesny system ekonomiczny, wspólny dla całego świata, każe nam iść pojedynczo, patrzeć w ekran smartfona i nie sięgać wzrokiem dalej niż czubek własnego nosa. Próbujemy się z tego wyrwać a opowieść o żołnierzach wyklętych przypomina wielu z nas, dlaczego kiedyś warto było iść wspólnie. Opowieść ta akcentuje wspólne wartości i spaja je wszystkie razem, dając im na imię: Polska. To Polska była najważniejsza i to za nią warto było oddać życie.

Wesprzyj #Medium

Co jest w takim razie źródłem naszej polskości? Czy są to heroiczne czyny naszych przodków? Jaki heroizm jest wart naśladowania? Jak bardzo nie uwierałaby mnie ta polskość – a wierzę, że to nie tylko mój przypadek – to pozbycie się jej jest właściwie niemożliwe. Moje myśli zawsze będą wybrzmiewały po polsku.

Dziadkowie i rodzice zdecydowanej większości z nas byli i są Polakami. Z jakiegoś powodu przekazali nam swoją polskość w języku, w myśleniu. Zdecydowana większość z nich nigdy nie walczyła z bronią w ręku za ojczyznę. Za to większość z nich przeżyła głód, gdy kraj pogrążony był w wojnie. Większości z nich żyło się ciężko wtedy, gdy problemy miała polska gospodarka. I większość z nich poświęcała się, aby wychować nas. A my staliśmy się Polakami.

W historii mojej rodziny nie ma zbyt wiele heroizmu. Przynajmniej w tym najbardziej powszechnym pojmowaniu tego słowa. Bo właściwie czym, jeśli nie heroizmem jest wychowanie w latach powojennych dwójki dzieci przez samotną matkę? Czym, jeśli nie wielką odwagą i determinacją musiał wykazać się dziesięciolatek, czekając latami na powrót ojca, nie mając od niego prawie żadnych wiadomości, nie wiedząc, czy wróci? Czy wreszcie powrót z dalekiej Austrii w 1945 roku, kiedy trudno było rozstrzygnąć, kto jest przyjacielem a kto wrogiem, nie jest aktem heroicznym? Wielu wrócić nie chciało, wieści o tym, kto rządzi rozchodziły się szybko po całej Europie.

A jednak takie opowieści nie są nagłaśniane, nie są komentowane i dyskutowane przez publicystów, przez historyków. Nie nagradza się ich dumną, narodową narracją. To nazbyt pospolite. I chociaż niemal w każdej polskiej rodzinie znajdziemy żywe do dziś wspomnienia rozłąki, powrotu, desperacji i samotności, to prawdziwa chwała należy się przecież walczącym: żołnierzom czy partyzantom. Także tym, których przez lata nazywano wyklętymi.

Pomnik niezłomnych stanął, zanim zdążyliśmy się wypowiedzieć na temat jego kształtu. I został otoczony kultem, który zagłuszył heroizm zwykłych ludzi, zmagających się z niełatwą, powojenną rzeczywistością. A przecież o tym, że jesteśmy Polakami decyduje wspólnota losów.

Niezależnie od tego, co każdy z nas sądzi o “Burym”, “Łupaszce” czy “Ince”, a nawet o Lechu Wałęsie czy Annie Walentynowicz, to tym, co zdecydowanie bardziej nas zbliża niż dzieli jest wspólnota naszych losów. I to nie tylko tych uważanych za najbardziej heroiczne.

The following two tabs change content below.