Donald Trump czyli frustracja klasy średniej

https://www.flickr.com/photos/viatorci/

Za wielkim poparciem dla Donalda Trumpa nie stoi żadna tajemnica, a jedynie erozja klasy średniej dokonywana przez neoliberalną politykę gospodarczą. Nieproporcjonalnie duże grono jego zwolenników stanowią ludzie, których obecnie opisano by mianem klasy pracującej. Przekaz Trumpa trafia do ich resentymentu, gdyż kiedyś – w przeszłości – stanowili oni amerykańską klasę średnią.

  • O czym jest tekst:
  • Upadek klasy średniej w USA
  • Przekonująca retoryka Donalda Trumpa

Klasa średnia to najważniejsze ogniwo demokracji i gospodarki kapitalistycznej. Opoka, na której można budować nowoczesne społeczeństwo, główny płatnik podatków, gwarant stabilności gospodarczej i politycznej. Liczba peanów, jakie można byłoby ułożyć na temat klasy średniej, jest długa. Jednak myślenie, że istniała ona zawsze i będzie trwać w przyszłości jest błędne. Zaranie klasy średniej sięga początków rewolucji przemysłowej, a jej zmierzch może przyjść szybciej, niż się wszystkim wydaje. Najlepszym przykładem państwa, które osiągnęło potęgę dzięki klasie średniej, a teraz może ją pogrążyć, są Stany Zjednoczone.

Degradacja

Jeszcze na początku lat 70. XX wieku 61% dorosłych Amerykanów mogło się poszczycić przynależnością do klasy średniej. W 2015 roku udział tej grupy stopniał do 50%. Proces degradacji klasy średniej w Ameryce został zapoczątkowany we wczesnych latach 80. wraz z nastaniem reaganomiki, neoliberalnego nurtu ekonomii. Od zarania towarzyszy jej outsourcing miejsc pracy, głównie w przemyśle przetwórczym, zredukowanych z blisko 20 milionów w 1979 roku do 12,5 miliona w 2015, na rzecz mniej kosztownych stanowisk w krajach Trzeciego Świata. Spadek zatrudnienia należy też kłaść na karby postępującej automatyzacji. Początkowo wprowadzaniu maszyn do zakładów pracy, czy komputerów do biur, towarzyszyło zwiększanie zatrudnienia. Jednak od 1980 roku przytrafiło się kilka recesji, w wyniku których zawsze okazywało się, że koszty utrzymania personelu są daleko wyższe niż automatów.

Według klasycznej definicji, za klasę średnią uznaje się gospodarstwo domowe złożone z dwójki dorosłych plus dziecko, z dochodami rocznymi pomiędzy 42 tysiącami a 126 tysiącami dolarów. W zeszłym roku Bank Rezerw Federalnych w St. Louis przeprowadził badania, które wykazały znaczny spadek standardów życia klasy średniej. Analitycy banku wzięli pod uwagę dane demograficzne, takie jak wiek, rasa oraz poziom edukacji. Profil demograficzny klasy średniej został zdefiniowany jako rodzina (dwoje dorosłych i dziecko), na czele której stoi osoba przynajmniej czterdziestoletnia, z wykształceniem średnim (w przypadku białych i Azjatów) lub dwu- lub czteroletnimi studiami (w przypadku Afroamerykanów i Latynosów).Następnie na dane demograficzne zostały nałożone informacje dotyczące dochodów i majątku amerykańskich rodzin, zaczerpnięte z analiz Systemu Rezerw Federalnych. Okazało się, że mediana dochodów gospodarstw, zdefiniowanych jako klasa średnia, obniżyła się o szesnaście procent – z 54 tysięcy dolarów rocznie w 1989 roku do około 45 tysięcy w 2013. W tym samym czasie zarobki mężczyzn z wykształceniem średnim spadły o trzynaście procent.

Sfrustrowani millennialsi

Za wielkim poparciem dla Donalda Trumpa, outsidera politycznego, którego nominacja prezydencka może spowodować rozłam w partii republikańskiej, nie stoi żadna tajemnica, a jedynie erozja klasy średniej dokonywana przez neoliberalną politykę gospodarczą. Nieproporcjonalnie duże grono jego zwolenników stanowią ludzie, których obecnie opisano by mianem klasy pracującej, bez dyplomów wyższych uczelni, z zarobkami poniżej 42 tysięcy dolarów rocznie. Przekaz Donalda Trumpa trafia do ich resentymentu, gdyż kiedyś – w przeszłości – stanowili oni amerykańską klasę średnią.

Powojenny złoty wiek prosperity, dał szybki awans społeczny osobom ze średnim wykształceniem, umożliwiając im zakup domu na szybko rozrastających się przedmieściach. Nierówność gospodarcza była wówczas najniższa w historii Stanów Zjednoczonych. Dziś osoby z wyższym wykształceniem będą prawdopodobnie mniej zamożne niż rodzice, którzy zakończyli edukację maturą. Raport Goldman Sachsa pokazuje dobitnie, gdzie leży problem młodego pokolenia, zwanego millennialsami. Jeszcze w 2000 roku, kończący studia absolwenci zarabiali średnio 48 tysięcy (w dzisiejszych dolarach). Obecnie mogą oni liczyć na niewiele ponad 41 tysięcy. Co więcej, kombinacja niższych zarobków po skończeniu uczelni i wyższego czesnego (czyli wyższego kredytu studenckiego) powoduje, że uprawnione staje się pytanie: po co w ogóle studiować? Rodzice millennialsów wiedzieli, że wyższe wykształcenie otwiera lepsze perspektywy kariery zawodowej i zarobków. Dziś, gdy pracy jest mniej, a absolwentów uczelni coraz więcej, wyższe wykształcenie nie musi być już przepustką do dostatniego życia. Jedyne, co daje ukończenie uczelni, to uniknięcie ubóstwa i bezrobocia (tylko 2% osób z wyższym wykształceniem nie ma pracy).

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Ekstremistyczne zmartwienie

Od początku lat 80. nierówność w dochodach zaczęła przyspieszać. Dochody klasy wyższej wystrzeliły w górę, podczas gdy pensje 90% amerykańskich robotników realnie spadły. W 2013 roku były one z powrotem na poziomie z 1972 roku. Oczywiście, można to tłumaczyć automatyzacją i wyższą specjalizacją, które spowodowały, że proste, powtarzalne zajęcia nie są opłacalne. Podobne procesy gospodarcze zaszły w całym świecie zachodnim. Globalizacja i outsourcing zdemolowały dochody klasy średniej państw rozwiniętych i jednocześnie podniosły standardy życia w krajach rozwijających się. Nowa równowaga dla globalnej klasy średniej ustali się daleko poniżej zarobków, do których są przyzwyczajone amerykańskie gospodarstwa domowe.

Retoryka Trumpa, który odwołuje się do haseł anty-globalizacyjnych, anty-chińskich i anty-imigracyjnych trafia do bardzo podatnego na resentyment elektoratu. Oczywiście, Trump ma na myśli działania polityczne, ale styl jego wypowiedzi – surowy, autorytarny i mściwy – łatwo znajduje posłuch wśród zubożałej klasy średniej. Trwa silne przekonanie, że słowom będą towarzyszyć kroki zmierzające do „naprawy” amerykańskiej gospodarki. W planach jest powrót miejsc pracy, które „wywędrowały” do Azji oraz usunięcie imigrantów, którzy „zaniżają” zarobki.

Istnieje dużo przykładów empirycznych i naukowych łączących szeroką, zdrową klasę średnią ze stabilnością gospodarczą, polityczną i rządami umiaru. Tymczasem coraz więcej Amerykanów skręca ku ekstremizmowi. Wzrost poparcia dla Donalda Trumpa, czy w wymiarze Demokratów – Berniego Sandersa, jest po prostu kolejnym znakiem upadku klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. I to jest coś, czym naprawdę warto się martwić.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 7)
Loading...
Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: David Torcivia
The following two tabs change content below.
mm
Z wykształcenia ekonomista. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii, jak również problemami największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej, interesują go kwestie dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci. Prowadzi bloga: http://antykruchosc.blox.pl/html