Czy Donald Trump mógłby stworzyć własną prawicę na wzór faszystowskich Niemiec?

Śledząc wystąpienia Donalda Trumpa zauważyliście pewną analogię do Hitlera? Podniesione prawe ręce w geście zapewniającym poparcie Trumpa, a przy tym jednoznacznie kojarzące się z nazistowskim „heil Hitle”’ sprowokowały wielu ekspertów i komentatorów życia politycznego do skojarzenia Donalda z dyktatorem III Rzeszy.

  • O czym jest tekst:
  • Autor porównuje Donalda Trumpa do Adolfa Hitlera i innych przywódców-dyktatorów
  • Przedstawia różnice między obecnymi Stanami Zjednoczonymi a Republiką Weimarską lat 20-tych i 30-tych.
  • Prezentuje warunki do rozwoju faszyzmu w Stanach Zjednoczonych

Bob Dreyfuss, jest niezależnym dziennikarzem, pisze głównie o polityce i bezpieczeństwie narodowym. Oryginał artykułu znajdziesz na tomdispatch.com

Pojawiły się także porównania do faszystowskiego przywódcy, Benito Mussoliniego, argentyńskiego caudillo Juana Perona, prawicowego magnata, miliardera i byłego premiera Włoch, Silvio Berlusconiego, przywódcy francuskiego nacjonalistycznego Frontu Narodowego, Marine Le Pen i jej ojca, Jean-Marie Le Pen, który był założycielem tej partii i negował Holocaust. Donalda porównuje się nawet do lewicowego prezydenta Wenezueli, Hugo Chaveza, prezydenta Richarda Nixona, gubernatora Alabamy, zwolennika segregacji rasowej i kandydata na prezydenta George’a Wallace’a, senatora i kandydata na prezydenta z ramienia republikanów Barry’ego Goldwatera, gubernatora Luizjany i populisty Hueya Longa oraz byłego producenta samochodów, znanego antysemity Henry’ego Forda… Można by jeszcze wymieniać…

Od czasów Clintona partia demokratyczna stopniowo traci poparcie, szczególnie głosy związków zawodowych. Mimo wysiłków Bernie’ego Sandersa, który zbiera wiele głosów, elektorat Partii Demokratycznej kurczy się w sposób dramatyczny. To tylko sprzyja Donaldowi Trumpowi. Ostatnio kandydat na prezydenta z 2012 roku, Mitt Roomney, nazwał Trumpa upadłym biznesmenem i oszustem. Sam Roomney uważany jest za kapitalistę typu kasynowego, który miał smykałkę do ograbiania firm i pozbawiania ludzi stanowisk. Ostatnie sondaże pokazują, że te słowne ataki i obraźliwe tweety na Trumpa właściwie pomogły zwiększyć zarówno elektorat Donalda, jak i jego zaangażowanie.

To się nie może wydarzyć w Ameryce…. a może jednak?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Czy Donald Trump może pokazać swoją faszystowską twarz? Czy to się może wydarzyć w Stanach Zjednoczonych?

To jest pytanie, które się pojawia w związku z Donaldem Trumpem, nacjonalistą, ksenofobem, miliarderem. Już od samego pytania wieje grozą, gdy tylko pomyślimy, że taki człowiek miałby zostać prezydentem USA. I nie jest to pytanie zadawane tylko po lewej stronie.

Według artykułu w New York Timesie to właśnie Trump doprowadził partię Republikanów „na skraj faszyzmu”. Konserwatywny dziennikarz Timesa, Ross Douthat, zatytułował swój artykuł dobitnym pytaniem: „Czy Donald Trump jest faszystą?” Dziennikarz nie wysuwa wyraźnego porównania do Hitlera czy Mussoliniego, ale zaznacza:

 „Jasne jest, że bliżej mu do protofaszysty niż przeciętnego amerykańskiego konserwatysty lub jego poprzedników – prawicowych populistów.”

Porównania Trumpa do Hitlera stały się swego rodzaju modą i z powodzeniem stosowane są przez komentatorów od prawicowego komentatora Glenna Becka do komika Luisa C.K. Sam muszę przyznać, że termin „protofaszysta” brzmi według mnie bardzo na miejscu. Z pewnością wzrost popularności Trumpa sprawił, że wielu wyborców zauważyło, iż Trump może doprowadzić do wzmocnienia pozycji nacjonalistów amerykańskich, takich, jak np. Angry White Men (Gniewni Biali Ludzie), niewykształconej klasy robotniczej, zniechęconej religijnej prawicy, islamofobów, przeciwników imigrantów i innych, którzy chętnie wezmą widły w dłoń i pomaszerują do zwycięstwa w listopadzie.

Jeśli faktycznie Trump jest „protofaszystą”, to jakich jeszcze czynników potrzeba, by wywołać autentyczne, amerykańskie, faszystowskie poruszenie w XXI wieku? By znaleźć odpowiedź na to pytanie przeczytałem ostatnio książkę Richarda J. Evansa pt. „Nadejście Trzeciej Rzeszy”, która traktuje o okresie od 1871 do 1933 roku i opisuje w niezwykłych szczegółach dojrzewanie i rozwój partii nazistowskiej. Jeśli sięgniecie po tę książkę, zróbcie to, co ja zrobiłem: w dwóch kolumnach, które narysowałem w głowie, wypisałem listę podobieństw i różnic między USA a Republiką Weimarską z lat dwudziestych i początku trzydziestych ubiegłego wieku.

W tym obecnie drażliwym momencie w Ameryce podobieństwa będą się nasuwać same. Trump niezmiennie przyrzeka przywrócić wielkość Ameryce, Hitler obiecywał pomścić Niemcy za upokorzenia, jakich doznały w pierwszej wojnie światowej. Trump nakłania swoich zwolenników, szczególnie przedstawicieli białej klasy robotniczej, aby obarczyli meksykańskich imigrantów i muzułmanów winą za swoje problemy. Co robił Hitler? Wzniecał antysemickie nastroje. Jak Trump – w sposób ironiczny, jak na miliardera – atakuje Wall Street i korporacyjnych lobbystów za fałszerstwa ekonomiczne i manipulowanie politykami, tak Hitler pomstował na Wall Street i Londyn oraz ich partnerów w Niemczech za wspieranie nieudolnych centroprawicowych partii w Republice Weimarskiej a także za ustalenia traktatu wersalskiego, którego skutkiem było m.in. obciążenie jego kraju wypłatą odszkodowania za zniszczenia dokonane w trakcie pierwszej wojny światowej (Czy nie nasuwa się Wam skojarzenie z dzisiejszą Partią Republikańską?). Do tego wszystkiego te wrogie komentarze Trumpa wymierzone w Chiny i jego groźby, że zamorduje krewnych islamskich terrorystów podczas przejmowania rezerw ropy naftowej w Iraku; Hitler także nawoływał do atawistycznego, bezmyślnego ultranacjonalizmu.

 Druga poprawka do konstytucji USA o prawie do posiadania broni

Musimy wszak pamiętać o różnicach, które wcale nie są takie oczywiste. USA mają długą tradycję demokratycznego republikanizmu, której Niemcy lat dwudziestych nie mieli. Gospodarka Stanów, mimo kryzysu w 2008 roku, jest wciąż zbyt silna, by porównać ją do plagi hiperinflacji, która ogarnęła Niemcy w tamtym czasie.

Przede wszystkim jednak Hitler od samego początku posługiwał się wsparciem brutalnego, bandyckiego i paramilitarnego skrzydła, znanego jako Sturmabteilung (SA) lub oddziałów szturmowych NSDAP. SA często stosowały przemoc wobec swoich przeciwników na ulicach niemieckich miast, a ich wyraźna obecność budziła grozę wśród Niemców, niezależnie od ich sympatii politycznych.

Zacząłem się bardziej nad tym zastanawiać. Czy możliwe jest to, żeby Donald Trump lub jakaś podobna do niego postać w przyszłości sama zbudowała zbrojne zaplecze? Odpowiedź jest przerażająca i wysoce prawdopodobna – otóż tak, i to nawet nie byłoby takie trudne.

Przypomnijmy sobie rok 2010, Aleksandria w stanie Virginia. Radykalni zwolennicy drugiej poprawki do konstytucji USA, gwarantującej obywatelom „prawo do posiadania i noszenia broni palnej”, zorganizowali wiec pod hasłem „Przywrócić konstytucję” nad rzeką Potomac w parku Fort Hunt. Na wiec przybyli uzbrojeni. Swoją drogą wydarzenie było zaplanowane na 19 kwietnia, w rocznicę zbombardowania budynku federalnego w mieście Oklahoma przez Timothy’ego McVeigha w 1995 roku. Wtedy mieszkałem milę od tego parku i dało się wyczuć strach, gniew i obrzydzenie z tego powodu, że taka polityczna demonstracja broni miała miejsce praktycznie obok amerykańskiego parlamentu.

Co prawda jedynie 50 osób wzięło wówczas udział w tym wiecu, a kolejne 2000 równolegle zorganizowało wiec w Waszyngtonie – niezbrojny, gdyż posiadanie broni w tym mieście jest zakazane. Daje to do myślenia. Jeśli do tej pory odbyło się parę takich zbrojnych wieców i demonstracji, to ile jeszcze odbędzie się ich w najbliższej przyszłości? W 2016 roku dzięki efektywnemu lobbowaniu przez NRA (National Rifle Association) większość stanów ustanowiło zupełne lub częściowe prawa do posiadania i noszenia odkrytej broni w miejscach publicznych. Tymczasem wszystkich 50 stanów ustanowiło prawo do noszenia broni zakrytej w większości miejsc publicznych, oprócz Waszyngtonu.

Wyobraźcie sobie teraz taki scenariusz: Donald Trump (lub jakiś przyszły podobny mu demagog) ogłasza, że organizuje wiec w jakimś stanie, w którym noszenie odkrytej broni jest legalne, np. w takim Dallas na stadionie Kowbojów AT&T, i dodaje, iż chce, aby jego zwolennicy przyszli ze swoją bronią (warto zaznaczyć, że Trump na początku usilnie bronił interpretacji NRA co do drugiej poprawki, a na swojej stronie umieścił napis „Ochronienie naszej drugiej poprawki do konstytucji sprawi, że Ameryka będzie znowu wielka.”). Według teksańskiego prawa byłoby zupełnie legalnym przyjść na taki wiec, każdy ze swoją pół-automatyczną bronią. A na górze, na podium, stałby Donald, patrzyłby na ten tłum uzbrojonych wojowników i szeroko się uśmiechał.

Łatwo sobie wyobrazić natychmiastowy ostry sprzeciw ze strony gadających głów w telewizji, doprowadzonych niemalże do udaru mózgu, zjadliwe artykuły w New York Timesie i innych gazetach, lub rozgniewanych tym pomysłem liberalnych bądź umiarkowanych polityków, szczególnie tych z okolic miejskich. Łatwo jest sobie także wyobrazić zjadliwość i pogardę Trumpa wobec tych krytykantów oraz potulnych republikanów z NRA, którzy będą wprawdzie zaniepokojeni pomysłami Trumpa, ale – mimo to – będą bronić jego prawa do organizowania takich wieców.

Wyobraźmy sobie, że ponownie zorganizował takie wydarzenie na innych stadionach, np. w Denver, Phoenix, Indianapolis i Miami – a potem ogłosił, że ustanawia drugą poprawkę do konstytucji Donalda Trumpa… Mógłby nawet rozdawać zaprojektowane specjalnie na tę okazję czapeczki bejsbolowe ozdobione nazwą ustawy. Za chwilę ulice amerykańskich miast zostaną zalane zbrojnymi marszami uruchomionymi przez nową organizację, której nazwę można by skrócić do Trump SA (Second Amendment) Society…

Dla niektórych może to brzmieć jak jakiś dziwaczny scenariusz dnia sądu ostatecznego („to przecież nie może wydarzyć się tutaj”, powiedzą niektórzy). Jednak rozwój wydarzeń w  tym kraju na przestrzeni ostatnich lat sugeruje, że zagraża nam taka możliwość, i powinniśmy raczej pytać „kiedy” niż „jeśli”. Fundamenty są już właściwie wylane.

Według ostatniego raportu z Południowego Centrum Prawnego ds. Biedy (SPLC – Southern Poverty Law Center) w 2015 roku byliśmy świadkami znaczącego wzrostu grup hejterskich w Stanach, łącznie z grupami bojowników i antyrządowych „patriotów”. Liczba tych grup w ostatnim roku wzrosła z 874 do 998 (w poprzednich dwóch latach ich liczba gwałtownie spadła). Przynajmniej 276 z nich miało charakter antyrządowo-bojówkarski. W raporcie czytamy, że „ogólnie tego typu grupy definiują siebie w opozycji wobec nowego porządku świata, angażują się w bezpodstawne teorie spiskowe albo popierają skrajne antyrządowe doktryny.”

Na początku stycznia naród oglądał w szoku, jak banda kilkunastu białych, uzbrojonych amerykańskich bojówkarzy szturmem wdarła się do w federalnego rezerwatu zwierząt w Oregonie chcąc pokazać swoje twarde stanowisko przeciwko federalnej rządowej „tyranii”. Akcja zelektryzowała grupy bojówkarzy i „patriotów” w całym kraju, podczas gdy – co dziwne – media głównego nurtu niechętnie używały słowa „terroryzm” na określenie tego zbrojnego buntu,  zorganizowanego przez synów ranczera z Nevady, Clivena Bundy’ego. (Juliette Kayyem, harvardzka ekspertka od terroryzmu i była asystentka w biurze bezpieczeństwa wewnętrznego, była jedną z niewielu, która napisała dla CNN, że „uzbrojeni po uszy mężczyźni namawiają innych do poparcia ich sprawy i spokojnie mówią, że będą bronić siebie za wszelką cenę – to są przecież z definicji terroryści”).

Zgromadzenie w rezerwacie zostało w końcu spacyfikowane, ale obecnie podgrzana atmosfera wywołuje inne prowokacyjne akcje, na których – jak notuje SPLC – pojawia się ponad 200 bojówkarzy. Trump wyraża jedynie łagodną dezaprobatę wobec bojówkarzy z Oregonu, nawołując do „prawa i porządku”, natomiast niejaki Gerard De Lemus, współprzewodniczący stowarzyszenia Weteranów Popierających Trumpa w New Hampshire, określił akcję jako „wielki sukces”, „pacyfistyczną” i „zgodną z konstytucją”. Został później aresztowany jako „przywódca średniego szczebla i organizator konspiracji, mającej na celu rekrutowanie, trenowanie i zapewnianie wsparcia uzbrojonym mężczyznom i zwolennikom ranczera Clivena Bundy’ego.”

Trump już wielokrotnie igrał z ogniem, kiedy dochodziło do przemocy, zastraszania czy zmniejszania roli zwolenników supremacji białej rasy czy radykalnych prawicowców. Oficjalnie odcina się od Davida Duke’a i Ku Klux Klanu, lecz jego zwolennicy umiejętnie potrafią odczytać jego przekaz. Z neonazistami sprawa nie jest już taka oczywista. Aktualny przywódca partii Traditional Workers, neonazista Mattew Heimbach, użył siły przeciwko uczestnikom protestu na zjeździe Trumpa w Louisville. Czyżby chciał wyraźnie dać do zrozumienia opinii publicznej, że nie łączy go nic z ekscentrycznym miliarderem i jego towarzystwem?

Faszyzm w unikalnym amerykańskim stylu

Flirtowi Trumpa ze skrajną prawicą, chociaż naganny i zakłócający akcje takich osób, jak Heimbach, jeszcze trochę brakuje, by zrodzić prawdziwy narodowy ruch faszystowski. Roger Cohen w Timesie prowadzi kolumnę zatytułowaną „Ameryka Weimarska Trumpa” („Witamy w Ameryce Weimarskiej: robi się niespokojnie w puczach piwiarnianych. Ludzie jak zwykle mają dość polityki. Chcą dosadnej wymiany zdań. Chcą jasnych odpowiedzi.”) A jednak Trump nawet nie próbował zjednoczyć swoich sojuszników ze skrajnej prawicy w jeden autentyczny ruch lub partię. Nie podjął też żadnego realnego wysiłku, aby zebrać posiadających broń prawicowych bojówkarzy i stworzyć swoją wersję SA. I pewnie nigdy tego nie zrobi.

Faszystowski ruch w amerykańskim stylu byłby raczej słabą kopią zarówno niemieckiego, jak i włoskiego modelu, czy nawet takich partii skrajnie prawicowych, jak te we Francji, Grecji czy na Węgrzech. Nie byłby też kopią protofaszystowskiej koalicji ultranacjonalistów i religijnych fanatyków sądzonych przez Putina. Bez wątpienia ruch faszystowski w Ameryce byłby unikalnym, nie mającym swojego odpowiednika na świecie, tworem.

Chociaż Trump zdołał zebrać rozproszone elementy tego, co może wyglądać na amerykański ruch faszystowski, okazuje się nie być on odpowiednim przedstawicielem tego ruchu. Aby uzbrojeni bojówkarze chcieli się sprzymierzyć, potrzeba kolejnego kryzysu ekonomicznego, jak ten z lat 2007-2008, kryzysu długotrwałego i wystarczająco głębokiego, aby zjednoczony ruch wykorzystał odpowiedni moment. W tym wypadku być może Bernie Sanders, lewicowiec i socjalista, objawiłby się jako ten, który w zupełnie inny sposób uchwyciłby zaistniałe ekonomiczne i polityczne niepokoje. Ale w Ameryce Donalda Trumpa nie wykluczajcie możliwości pojawienia się na horyzoncie kogoś bardziej groźnego i potężnego, niż miliarder-clown.

Czy Donald Trump zostanie prezydentem czy nie, on już pokazał, na co go stać i co nowego (groźnego?) może wydarzyć się w Ameryce.

Tłumaczyła Natalia Wilk-Sobczak

Zredagowała Aleksandra Korczak

 

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: 0, liczba głosów: 8)
Loading...