Lincz to tchórzliwy sposób :: fragment nowej książki Artura Domosławskiego – Wykluczeni

Święta Wielkiej Nocy. Wspomnienie męki Chrystusa… która w istocie była zbiorowym linczem na człowieku oskarżanym o magię. Wydawałoby się, że te praktyki odeszły do przeszłości, a jednak nie. Na świecie ciągle ludzie są zabijani w ten sposób: przez tłum, maczetami, cegłami, ogniem.

Nowa książka Artura Domosławskiego to wielka panorama globalnego Południa i zbiorowy portret ludzi bez głosu i reprezentacji. Przegranych, poniewieranych i wydziedziczonych. Autor sięga po historie z różnych kontynentów i dekad, odsłaniając głębokie źródła współczesnej wędrówki ludów.

Mamy dla Was fragment. O linczu. Na zdjęciu tytułowym widać scenę z linczu w Guatelama City, 15 grudnia 2009 roku na Alejandra Maria Torres, oskarżonej o udział w rabunku. Zobacz też na stronę wydawcy: Wielka Litera

Artur Domoslawski
Artur Domoslawski

Poza kadrem

Terroryści, męty, pasożyty, czyli „obrona z premedytacją”

Odczłowieczanie kogoś, kogo uważa się za wroga, utożsamianie go z terrorem, w najlepszym razie z zacofaniem i ciemnotą, nie jest socjotechniką wymyśloną przez jedno państwo czy jedną grupę ludzi. Propaganda serbska w czasie wojny bałkańskiej odczłowieczała Bośniaków, propaganda rządów Izraela odczłowiecza Palestyńczyków, rządy Turcji nieustannie stosują ten sam zabieg wobec Kurdów – by nie sięgać do odleglejszych przykładów z historii. Nacjonaliści i faszystoidzi pod wszystkimi szerokościami geograficznymi robią to nieustannie z Innymi.

Stare to jak świat: zanim padną pierwsze strzały, zanim rozpętają się represje i czystki, jest czas słownej nienawiści, nagonki, linczu. Odczłowieczania. Łatwiej zabić lub uwięzić kogoś, kogo nazwie się terrorystą, bandziorem, nierobem, przybłędą niż kogoś, w kim daje się dostrzec zdesperowaną istotę ludzką, jej sprawiedliwy gniew, nawet jeśli ów gniew wyraża w sposób, który niełatwo nam zaakceptować.

Tląca się od kilku dziesięcioleci wojna izraelsko-palestyńska obrosła tyloma emocjami, polemikami, i powtarzanymi automatycznie argumentami, że wolę opowiedzieć o odczłowieczaniu słabych i upośledzonych społecznie na przykładzie częstego niegdyś w Ameryce Północnej i nadal spotykanego w Ameryce Południowej zjawiska, jakim jest lincz. Okoliczności są inne, mechanizmy podobne.

Takie oto zdarzenie: leniwy dzień w lipcu 2015, miasto São Luis na północy Brazylii. Cleidenilson da Silva, lat dwadzieścia dziewięć, wchodzi do sklepu z rewolwerem w ręku, wraz z szesnastoletnim wspólnikiem planują kradzież. Rewolwerowcy z nich marni, raczej nie zamierzają do nikogo strzelać – pistolet ma tylko zastraszyć sprzedawcę i dodać im animuszu. Da Silva wdaje się sprzeczkę z przypadkowym klientem, zostaje powalony na podłogę i obezwładniony. Zbiegają się ludzie, przywiązują niedoszłego złodzieja do latarni i zaczynają samosąd: bicie kijami, kopanie, rzucanie kamieniami i butelkami. Da Silva umiera, zanim przyjadą policjanci. Stróże porządku zdołają ocalić jedynie szesnastolatka, który związany czeka w kolejce do linczu.

artur domoslawski wykluczeni
Wykluczeni, wydawnictwo Wielka Litera, 2016, stron 576

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Rok wcześniej na obrzeżach São Paulo zlinczowano Fabianę Marię, trzydziestotrzyletnią matkę dwójki dzieci, którą sąsiedzi posądzili o porywanie dzieci i praktykowanie czarnej magii. W śledztwie ustalono, że podejrzenie było całkowicie fałszywe. Chwilę przed linczem kobieta odwiedziła przyjaciółkę, od której pożyczyła egzemplarz Biblii. Na ulicy zatrzymała się obok bezdomnego dziecka i dała mu banana – to wystarczyło, żeby wzbudzić podejrzenie ludzi z sąsiedztwa.

W Rio de Janeiro sąsiedzi dopadli młodego nauczyciela, który uprawiał jogging. Pomylili go z uciekającym złodziejem. Policja uratowała mężczyznę w ostatniej chwili: związany czekał na egzekucję, bo jeden z uczestników linczu poszedł po maczetę.

To nie są odosobnione przypadki wymierzania sprawiedliwości na własną rękę. José de Souza Martins, sędziwy socjolog, który opublikował książkę Linchamentos: a justiça popular no Brasil [Lincze: ludowa sprawiedliwość w Brazylii] – efekt trzydziestoletnich badań nad zjawiskiem linczu – twierdzi, że każdego dnia dochodzi w Brazylii do jakiegoś brutalnego samosądu. Po linczu dokonanym na Cleidenilsonie da Silvie jedna gazet opublikowała na pierwszej stronie jego fotografię – przywiązanego do latarni, umierającego – razem z ryciną sprzed dwustu lat, przedstawiającą uwieszonego do słupa nieszczęśnika podczas chłosty. Tytuł: „Od słupa do latarni”. Komentarz gazety: „Czy przez tych dwieście lat poszliśmy naprzód czy się cofnęliśmy?”

Lincz – zdaniem de Souzy Martinsa – to tchórzliwy sposób wymierzania sprawiedliwości. Uczestnicy linczu, twierdzi socjolog, zazwyczaj mają poczucie, że popełniają przestępstwo. Gdy do linczu dochodzi za dnia, uczestników jest mniej; nocą ich liczba jest zwykle dużo większa. Nocą wzrasta także stopień okrucieństwa i poczucie bezkarności. Samozwańczy sędziowie i kaci, uważa Souza Martins, są oczywiście przekonani o winie ich ofiary, niemniej mają także świadomość, że to nie oni powinni wymierzać sprawiedliwość. I że kara jest zazwyczaj niewspółmierna do wyrządzonego zła, na przykład trwałe okaleczenie, utrata zdrowia bądź nawet śmierć za kradzież torebki.

Inne ustalenia badacza:

Ofiarą linczu może być zarówno biały, jak i czarnoskóry, aczkolwiek badania dowodzą, że gdy ofiara ma skórę ciemnego koloru, wzrasta stopień brutalności i okrucieństwa linczujących. Częściej dochodzi wtedy do barbarzyńskich aktów w rodzaju wyłupywania oczu, obcinania uszu i penisa.

Spośród dwóch i pół tysiąca przypadków poddanych analizie nieco mniej niż połowa ofiar została uratowana przed linczem, zwykle przez policję. Spośród zlinczowanych sześćdziesiąt cztery procent poniosło śmierć, a trzydzieści sześć procent zostało ciężko okaleczonych.

Około ośmiu procent ofiar linczów to osoby, które nie popełniły żadnego przestępstwa – zostały mylnie uznane za sprawców kradzieży, napadów, gwałtów.

Niestety, jak stwierdza socjolog, lincze nie są anomalią, lecz trwałym elementem zachowań brazylijskiego społeczeństwa od wielu dekad. Dochodzi do nich najczęściej w wielkich miastach – takich jak São Paulo, Rio de Janeiro, Salvador – niemniej dokonuje się ich zazwyczaj w imieniu jakiejś małej wspólnoty: mieszkańców konkretnego bloku, ulicy, osiedla.

Sprawcami linczów bywają i biedni, i zamożni. Jednak ich ofiarami są nieporównanie częściej ludzie biedni. Stare kroniki odnotowują, że pierwszego linczu w Brazylii dokonano w 1585 roku, w pierwszej stolicy kraju Salvadorze da Bahia, gdzie zakatowano ubogiego autochtona – już po jego konwersji na katolicyzm – za obrazę wiernych Kościoła. Wrogość rasowa, klasowa, religijna?

 

Podobnie jak wtedy, również dziś biedni i kolorowi są bardziej upośledzeni społecznie i bezbronni – a przez to bardziej narażeni na nadużycia ze strony uprzywilejowanych. Słabość ofiar rozzuchwala samozwańczych sędziów, którzy czują się bardziej bezkarni – to prawidło uniwersalne. Niedawne przypadki linczów w Brazylii sugerują, że praktyka ta ma wiele wspólnego przede wszystkim z przepastnymi nierównościami majątkowymi. Można rzec: podziałami klasowymi.

W 2014 roku, którego połowę przemieszkałem w Argentynie, przez kraj przeszła fala samosądów: dwanaście przypadków w ciągu dziesięciu tygodni. Niemal w każdym z najważniejszych miast doszło do takiego aktu – w Buenos Aires, Rosario, Córdobie, Mendozie. Największym echem odbił się dokonany w Rosario lincz na osiemnastoletnim Davidzie Moreyrze, którego podejrzewano o kradzież portfela. Został tak zmasakrowany, że ojciec rozpoznał go tylko dzięki tatuażowi na łydce – inicjałach imion trójki rodzeństwa. Wszyscy zlinczowani mieli na sumieniu drobne kradzieże: portfela, torebki, dziecięcego plecaka. Jeden włamał się do czyjegoś domu.

David Moreyera i jego matka. Żródło: http://pueblosencamino.org/?p=729
David Moreyra i jego matka. Żródło: http://pueblosencamino.org/?p=729

Postawą odmienną od „przeciętnej obywatelskiej” wykazał się pewien dozorca kamienicy w Palermo – dzielnicy klasy średniej i wyższej w Buenos Aires. Drobnego złodzieja, który ukradł kobiecie portfel i był katowany przez „prawych obywateli” z sąsiedztwa, człowiek ten zakrył swoim ciałem i chronił w ten sposób przez piętnaście minut aż do przyjazdu policji. Gdyby nie jego wrażliwość i odwaga, rabusia spotkałaby prawdopodobnie śmierć.

Samosądy sprowokowały zażartą dyskusję w całym kraju. Pewien adwokat otwarcie bronił praktyki linczowania drobnych przestępców. Twierdził, że „ludność powinna nadal egzekwować sprawiedliwość własnymi rękami i zabijać przestępców pojmanych in flagranti”, gdyż jest to „obrona konieczna”. Do swoich argumentów włączył również te polityczne: to politycy obecnego rządu i „komuniści” stworzyli warunki sprzyjające przestępczości i „działają w interesie przestępców”.

Komentator dziennika „Pagina 12” polemizował: „Dlaczego ludzi z pewnej klasy społecznej oburza kradzież, a na zabójstwo pozostają obojętni?” Chodzi tu – wyjaśniał – o strach przed „nimi”, to znaczy młodzieżą z ubogich dzielnic. „W zbiorowej wyobraźni ONI reprezentują zło i zagrożenie. W dzisiejszym społeczeństwie pełnią rolę kozła ofiarnego. To na nich wyładowujemy nasze lęki i niepokoje”.

Niewypowiedziana, choć jasna sugestia: za linczem stoi nienawiść klasowa uprzywilejowanych wobec biedoty. W języku zamożnych i części klasy średniej młodzież ze slumsów to „męty”, „nieroby”, „bandyci”. Najpierw trzeba ich odczłowieczyć, potem można nawet zabić. Bo wściekły tłum – w swoim zbiorowym mniemaniu – linczuje przecież „pasożyta”, nie człowieka.

Gazeta przypomina, że do osiemdziesięciu pięciu procent zabójstw dochodzi w trakcie rozmaitych sprzeczek i bójek, a jedynie piętnaście procent to skutek złodziejskich napadów – argument obrony koniecznej można więc włożyć między bajki. „Zabito Davida [Moreyrę]. Człowieka, który miał prawo dorosnąć, żyć i być szczęśliwym. Także popełnić błąd i go naprawić. Tego [co z nim zrobiono] powinniśmy bać się naprawdę” – konkludował komentator „Pagina 12”.

Politycznie głosy rozłożyły się mniej więcej według podziału lewica–prawica, względnie rząd–opozycja. Rząd i lewica uważały lincze za zabójstwo, mające w tle nienawiść klasową, przywileje, poczucie bezkarności. Opozycja i prawica ciążyły ku usprawiedliwianiu samosądów jako skutku wzrastającego poczucia zagrożenia i nieudolności państwa (policji). Sędzia Sądu Najwyższego musiał publicznie dokonać rozróżnienia między zabójstwem w obronie koniecznej a linczem, którego skutkiem jest czyjaś śmierć. Ten ostatni nazwał jednoznacznie: zabójstwem z premedytacją. Paradoksem dyskusji było to, że Argentyna należy do krajów o najniższej liczbie zabójstw w regionie (choć zarazem o najwyższej liczbie drobnych kradzieży).

Słowo lincz oznaczające samosąd pochodzi od nazwiska pułkownika Charlesa Lyncha. W 1780 roku w czasie amerykańskiej wojny o niepodległość pułkownik Lynch samowolnie i bezprawnie wydał rozkaz egzekucji probrytyjskich osadników, którzy sprzeciwiali się utracie przez koronę brytyjską władzy nad zamorską kolonią.

Pocztówka przedstawiająca scenę linczu na 16letnim Lige Danielsie, w Texasie, 3 sierpnia 1920. Z tyłu pocztówki czytamy odręczne pismo: To był czarny chłopak, który zabił babcię Earla. Przekaż Budowi. Twoja ciocia, Martle.
Pocztówka przedstawiająca scenę linczu na 16letnim Lige Danielsie, w Texasie, 3 sierpnia 1920. Z tyłu pocztówki czytamy odręczne pismo: To był czarny chłopak, który zabił babcię Earla. Przekaż Budowi. Twoja ciocia, Martle.

 

Stany Zjednoczone przez niemal dwieście lat należały do czempionów tej haniebnej praktyki. Na początku 2015 roku organizacja Equal Justice Initiative ogłosiła raport Lynching in America: Confronting the Legacy of Racial Terror [Lincz w Ameryce: stawiając czoła dziedzictwu rasowego terroru], z którego wynika, że skala samosądów była znacznie większa, niż do tej pory sądzono. Za lincz autorzy raportu uznali nielegalne egzekucje, w których uczestniczyło co najmniej trzech sprawców, a fakt ten został odnotowany w prasie. Zbadali prawie cztery tysiące takich zdarzeń w latach 1877–1950 w dwunastu południowych stanach: Alabamie, Arkansas, Florydzie, Georgii, Kentucky, Luizjanie, Missisipi, obu Karolinach, Tennessee, Teksasie i Wirginii. Inne badania ukazują jednak, że do linczów dochodziło niemal we wszystkich stanach, także tych, które rzekomo wykorzeniły rasizm. Były tolerowane przez rząd federalny. Badacze zjawiska są zazwyczaj zgodni co do tego, że lincze były narzędziem sprawowania kontroli nad populacją niewolników, a po wojnie secesyjnej – byłych niewolników, ludzi wciąż prześladowanych, wyzyskiwanych, o sporym potencjale buntu.

„Lincze, które udokumentowaliśmy, były aktami terroryzmu” – napisali autorzy raportu.

Morderstw tych dokonywano w poczuciu bezkarności, czasem w biały dzień, często «na sądowym trawniku». Lincze nie były formą «sprawiedliwości rubieży» – zazwyczaj miały miejsce we wspólnotach, gdzie funkcjonował wymiar sprawiedliwości, który jednak uważano za zbyt dobry dla Afroamerykanów. Lincze były potwornymi aktami przemocy, których sprawcy nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. W istocie, niektóre publiczne lincze były oglądane masowo i spełniały rolę odświętnych aktów kontroli i dominacji o podłożu rasowym.

 

Autorzy raportu przypominają, że prócz tysięcy gapiów w linczach brały udział prominentni członkowie wspólnot, tak zwani szanowani obywatele. Sam akt zabójstwa poprzedzały zazwyczaj wielogodzinne publiczne tortury, polegające między innymi na obcinaniu części ciała i podpalaniu ofiary. Rasistowska prasa – wówczas absolutna norma – promowała lincze jako wydarzenia o charakterze karnawałowym. Uliczni sprzedawcy serwowali gapiom posiłki i napoje, sprzedawano pocztówki z tego „widowiska”, a części ciała ofiar kolekcjonowano jako pamiątki. Za szczególny skandal autorzy raportu uważają fakt, że w południowych stanach wciąż nie ma miejsc upamiętniających ofiary samosądów. Jest za to mnóstwo pomników, tablic i napisów upamiętniających pokonanych w wojnie secesyjnej Konfederatów – armii rasistów i zwolenników niewolnictwa. Publiczne lincze miały miejsce relatywnie niedawno – jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku, epoce ruchu praw obywatelskich.

Linczowanie czarnoskórych to niejedyny tego rodzaju „trup w szafie” w amerykańskiej historii. Burzliwa debata o polityce migracyjnej ostatniego czasu zbiegła się z publikacjami na temat praktyk linczowania migrantów z Meksyku, jak i Meksykanów mieszkających w stanach zagarniętych przez USA w wyniku wojny 1846 roku (Teksasie, Arizonie, Nowym Meksyku i Kalifornii). Jak ustalili historycy William Carrigan i Clive Webb, począwszy od zakończenia wojny amerykańsko-meksykańskiej, przez następne sto lat doszło do tysięcy linczów na Meksykanach o podłożu stricte rasistowskim (mimo że w archiwach udokumentowano jedynie pięćset czterdzieści siedem przypadków).

Podczas gdy o linczach na Afroamerykanach słyszał chyba każdy, choćby w szkole, wiedza o linczowaniu Meksykanów nie jest w Ameryce powszechna. Amerykanie, jak wiele innych społeczeństw, wciąż mają do przetrawienia swoje zbrodnie i inne przewiny wobec wspólnot i grup dyskryminowanych z powodu ciemniejszego koloru skóry i pozycji ekonomicznej. Przemocowe przejawy rasizmu i dawne samosądy na nowo budzą dziś zainteresowanie prawdopodobnie z powodu niedawnych zabójstw o podłożu rasistowskim – w Ferguson, Nowym Jorku i Pasco – które wywołały zamieszki.

Czytaj: When Americans Lynched Mexicans, NYT

Jakkolwiek istotą linczu jest jego publiczny charakter, niektóre linczopodobne praktyki bywają dokonywane pod osłoną ciemności. Należy do nich „czyszczenie” ulic z bezdomnych dzieci i dorosłych, to jest bezprawne egzekucje dokonywane przez paramilitarnych i policjantów po godzinach pracy (piszę o tym w rozdziale „Fawela”).

„Czystki socjalne” i lincze nie są bronią ubogich i niewykształconych. Częściej to silni i uprzywilejowani wymierzają okrutną karę słabym, bezbronnym, upośledzonym społecznie. „Czystka socjalna”, podobnie jak lincz – napisał jeden z uczestników argentyńskiej debaty – to selektywna reakcja na przestępstwa mająca podłoże klasowe.

Ktoś inny zauważył, że w zjawisku linczu można zaobserwować elementy „społecznej psychologii faszyzmu”. Lincz „rodzi się z frustracji, uprzedzeń, stygmatyzowania innego. Poszukuje kozłów ofiarnych, wyraża się nienawiścią i znajduje zwieńczenie w przemocy”. Publicysta dodaje, że Hitler i Mussolini mobilizowali masy, rozgrywając zbiorowe traumy społeczeństw, którymi rządzili – rzeczywiste bądź wyimaginowane.

„Najbardziej boli świadomość, ku jakiemu społeczeństwu prowadzi nas praktykowanie linczów oraz jak krucha jest granica, która oddziela nas od ciemności zamieszkującej w istocie ludzkiej” – napisał publicysta Javier Nuñez. Jego artykuł zainspirował w Argentynie oddolny ruch potępienia samosądów, który przyjął nazwę „Nie liczcie na mnie” (#nocuentenconmigo). „Nie liczcie na mnie, kiedy brutalność i tchórzostwo osiemdziesięciu typów bijących bezbronnego dzieciaka będziecie ubierać w eufemizmy. To nie ma nic wspólnego ze sprawiedliwością, nawet tą w najbardziej archaicznym sensie”.

Przeświadczenie o klasowym charakterze współczesnych linczów najdobitniej wsparł pewien sędzia: „Nie dostrzegam podobnego niepokoju i oburzenia przestępstwami znacznie poważniejszymi niż kradzież portfela – popełnianymi przez ludzi w białych kołnierzykach, o charakterze korupcyjnym, mającymi niekiedy poważne skutki ekonomiczne [dla całego społeczeństwa]”. Przestępcom w białych kołnierzykach łatwiej schować się za przywilejami; względnie w tłumie porządnie ubranych, który linczuje drobnego złodzieja; oczywiście „w obronie koniecznej”.

Gdy na temat linczu pisałem artykuł dla „Polityki”, redaktor wydania zatytułował go w trafnie przewrotny sposób: „Obrona z premedytacją”. Pasuje doskonale jako ironiczny komentarz do rozmaitych aktów agresji i praktyk skierowanych przeciwko słabszym, które stroją się w szlachetne szaty obrony.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +25, liczba głosów: 25)
Loading...
The following two tabs change content below.