Do posłuchania: słynny reportaż „Wciąż ich widzę” Walentyny Łojewskiej o zbrodniach „Burego”

29 stycznia 1946 roku w Zaleszanach na Białostocczyźnie zabito 16 osób. Pacyfikacji wsi dokonali Polacy dziś określani mianem „żołnierzy wyklętych”. Oddział Pogotowia Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem Romualda Rajsa, pseudonim „Bury”. „Bury” to dziś bohater nowej narracji historycznej tworzonej przez obóz rządowy.

  • Co jest w tekście:
  • Reportaż radiowy autorstwa Walentyny Łojewskiej o zbrodniach „Burego” – w języku białoruskim
  • Tłumaczenie reportażu na język polski

Skoro „żołnierze wyklęci” stają się naszymi nowymi bohaterami narodowymi, trzeba zacząć o nich rozmawiać. Także tu, na łamach Medium#Publicznego, chcemy podjąć ten temat – a jako że rządowa propaganda przyjęła pozycję wytwórców nowego mitu, my chcemy przyjąć postawę krytyczną. Nie dlatego, że w jakiś aprioryczny sposób nie lubimy „żołnierzy wyklętych”, ale dlatego, że podchodzimy ostrożnie do wszelkich prawd lansowanych przez władzę, szczególnie w formie dogmatycznej. Swoją drogą, dogmatyczność obecnej władzy, sama w sobie jest warta krytyki, gdyż jawi się groteskowo, lecz to pozostawimy na inne teksty. Zadziwiający po prostu jest fakt, że jakikolwiek rząd w demokratycznym państwie – do którego przecież należy także obowiązek edukacyjny – miałby lansować jakąś „prawdę” jako oficjalną – wydaje się bowiem, że krytycyzm i różnorodność opinii stanowią o sile demokracji.

Dziś chcemy przedstawić do Waszego wglądu reportaż polskiej dziennikarki Walentyny Łojewskiej zrealizowany w zeszłym roku dla białoruskiego radia Racja. Reportaż opiera się na rozmowach z osobami, które pamiętają zdarzenia z przed 70 lat i jest wstrząsającym zapisem okrucieństw dokonanych przez Polaków na Białorusinach. Na bezbronnych wieśniakach, kobietach i dzieciach.

Reportaż jest na tyle udany, że komisja IPN postanowiła nominować tę pracę do nagrody w III edycji ogólnopolskiego konkursu IPN na Audycję Historyczną Roku. Ta decyzja spotkała się z zażartym protestem prawicowych mediów, do czego zresztą prawicowe media mają prawo – o ile „prawica” oznacza obronę narodowych dogmatów – w co ja osobiście wątpię. Oczywiście głównym celem ataku stała się sama Walentyna Łojewska.

 

Zapraszamy do wysłuchania audycji z jednoczesnym zerkaniem na tekst polski, poniżej.

 

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

 

„Wciąż ich widzę”

(odgłos kroków po śniegu)

Zapowiedź: Do tej pory mam w pamięci słowa mojej cioci, która powtarzała, że nawet teraz, gdy rozpala w piecu i niechcący ogień dotknie ręki, to wciąż ich widzi… I wciąż myśli – ile oni musieli wycierpieć, jeżeli taki krótki dotyk, liźnięcie ognia tak boli, a oni żywcem płonęli, nieszczęśni…
(odgłos kroków po śniegu; wystrzał)

Autor: Piotruś, Michaś, Alosza, Kostuś, Sergiusz – dzieci, które zostały spalone we wsi Zaleszany. 29 stycznia 1946 roku w Zaleszanach na Białostocczyźnie zginęło 16 osób. Pacyfikacji wsi dokonał oddział polskiego zbrojnego podziemia – Pogotowie Akcji Specjalnej Narodowego Zjednoczenia Wojskowego pod dowództwem Romualda Rajsa pseudonim „Bury”. Co roku 29 stycznia w Zaleszanach przy krzyżu modlą się za dusze ofiar.
(fragment nabożeństwa – panichidy; modlitwa za zmarłych – Wieczna pamięć)

Uczestnik (czyta napis na krzyżu): Demianiuk Piotr, Niczyporuk Jan, Niczyporuk Natalia, jej córka Anna, Niczyporuk Maria i jej dzieci Piotr, Michaś, Aleksy, Adam, Leończuk Nadzieja, Leończuk Grzegorz i syn Kastuś, Sieroża, Sacharczuk Fiodor, Weremczuk Stefan, Zielianko – zabici i spaleni. (ciąg dalszy panichidy)
(fragment piosenki „Zaleszany”)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Palili nas gdzieś koło Trzech Króli, zimą. A ja w maju skończyłabym 11 lat. Pamiętam, że przyjechali rankiem, bo tato jak raz wychodził się obrządzać. Wrócił do domu i mówi: matko gaś ogień, bo jakieś wojsko przyjechało. Mój tata był zastępcą sołtysa. Oni już po wsi chodzili, rozkwaterowywali się. Jednego z nich to dobrze pamiętam – szedł taki niewysoki, w kożuchu, buty takie z cholewami długimi i… miał ostrogi na tych butach. Do jednych zaszli i powiedzieli, żeby im słomy naznosić. Spali, odpoczywali, a kobieta z tego domu im kawę parzyła. Dla mego taty nakazali, żeby powiedział we wsi, by im zboża przynieśli, najwięcej owsa, bo to koniom. No i tata poszedł i każdy coś przygotował – tyle ile miał. Ale u nas we wsi był jeszcze taki pastuch Stefan. On u jakiegoś gospodarza owce pasał, a to drzewo narąbie, taki do wszystkiego… A dzieci w tym czasie, zza chlewa, w tego Stefana zaczęły rzucać kulkami ze śniegu. I trafiły w głowę tego co w kożuszku szedł, co go zapamiętałam. Ale czy trafiły, to nie wiem, tak opowiadano.
(odgłos wystrzału)
(fragment piosenki „Zaleszany”)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: I oni nas wszystkich do tej chałupy, po tej stronie, zapędzili. A tam odczytali, że ludzie tu mieszkają źli i przez to wieś zostanie spalona. Później już mówiono, że to z innych wiosek na nas ich napuścili, a oni postanowili nas wszystkich, bo my niby wszyscy źli. I tak zapędzili do tego domu i tato tam już został, i siostra pobiegła. A mama miała iść – ubierała się, ale wyszła na podwórko i mówi, że z dziećmi zostanie, a ja powinnam biec do ojca, bo pewnie wywozić będą, to ja z tatą, a ona z najmniejszymi dziećmi będzie. Więc biegnę – tato wyszedł i pyta: gdzie mama? Mówię, że w domu. A jeden z tych bandytów ojca kolbą od karabinu – nie pozwolił pójść. A jeszcze jeden wszedł i odczytał, że za winy waszych dzieci wieś zostanie zburzona. O, bardzo dobrze to pamiętam, bo akurat i ja tam już byłam. I w tym momencie zaczęli strzelać. A kiedyś domy słomą były kryte – strzeli i od razu się pali. Jedna z dziewczyn, starsza ode mnie – może osiemnaście lat miała, mówi do matki: palimy się! A matka ją po twarzy i mówi: cicho! – to słońce zachodzi..
(odgłos wystrzału i płomieni)

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: Pamiętam, jak zapędzili wszystkich do tego domu koło krzyża i podpalili. Dużo tam ludzi było – jeden przy drugim stał, ciasno. A ja wspiąłem i ponad głowami przez okno chciałem wyskoczyć. A ten jak z erkaemu serię puści… Tutaj po szyi mnie drasnęło, tylko skórę pozdzierało. Potem mężczyźni wyważyli drzwi od podwórka i wszyscy między płomieniami zaczęli uciekać w olszynę. Mama mnie też tam zaniosła i pobiegła płonący dom ratować.
(szum płomieni)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Do każdego domu poznosili słomę, a do naszego nie. Bo moja ciocia była krawcową i dla nich guziki przyszywała, mundury naprawiała. A oni zaraz zaczęli krzyczeć: Demianiuk Piotr – proszę wyjść! Syna sołtysa szukali. I zastrzelili jego od razu przed domami. Jeszcze zabili Fiodora Sacharczuka. I z Suchowolec przyjechał człowiek, i też go zastrzelili, bo ponoć jakiś paszport jeszcze niemiecki miał… Kto wchodził do wsi, to wpuszczali, ale wyjść to już nie można było. Z Kozłów przyjechał człowiek walonki kupić – i on też zginął.

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: Drzwi od podwórka zabili dziesięciocalowymi gwoździami, a od ulicy strzelali. Mężczyźni wyważyli jakoś te drzwi – może z ościeżnicami nawet. Jeszcze parę chwil i wszyscy by spłonęli.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: I już się palimy. Bazyluk Gieńka mówi: „Ludzie, na Boga, uciekajmy! Kogoś zabiją, ale może nie wszystkich!”. Mój brat Leon przecisnął się i pobiegł. Macha ręką, nawołując nas… Oj! Leona nie zabili, biegnijmy!

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: A oni przysłali do nas do domu jednego ze swoich, żeby nas pozabijał. Ale on przyszedł i krzyczy: „Kłaść się!”. My kto gdzie – za piec, za łóżko, gdzie tylko się dało. A on postrzelał w sufit i poszedł. Zameldował, że nas zabił. Oni już pojechali – stali za wsią i obserwowali. A wszystko coraz mocniej się paliło… Zaczęliśmy drzwi od strony stodoły wyważać. Ale były na taką zaszczepkę zamknięte. Wybiliśmy okno i jeden chłopak – w moim wieku – wyskoczył, rozejrzał się i tą zaszczepkę wyjął. A my wszyscy biegiem za stodoły, tam w stronę Toporek.
(odgłos serii wystrzałów)

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: Właśnie w tym domu mieszkaliśmy. Taki dom na dwie części podzielony. I wszystkich tu zapędzili, podpalili i koniec. Tu stał… tak to tu… o zapędzili, o podpalili… młodsi zaczęli uciekać… ale wtedy nie strzelali… Tak to.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: To był mój dom. Mieszkaliśmy w nim, i ojciec razem, i drugi brat też. Jak przyjechali, to wszystkich do jednego domu zapędzili. Do innych domów słomę znosili. Odpoczywali, spali.. Moja mama coś do jedzenia im przygotowała, a tato litr samogonu przyniósł, poczęstował. I oni wtedy mówią do taty: „Ukryj się, konia zabierz i się ukryj – żeby cię tu nie było”. I ojciec tak zrobił. A już pod wieczór wszystkich zapędzili do domu. A ja z mamą, siostrą w drzwiach stoimy i jeszcze syn sąsiadki do nas podszedł. A oni nas zamknęli, zaryglowali, że nie mogliśmy wyjść. Ale stukaliśmy, stukaliśmy i ta zatyczka odskoczyła. I zaczęliśmy uciekać po za ogrodami, tam pod Toporki, w stronę Sak – gdzie oczy poniosły. Mama mówi do ojca: „kobyła w chlewie została” – a już wszystko się paliło, i nasza stodoła się dopala. A ojca i matki nie ma, a my z siostrą stoimy – nie mogę, jak wspominam to płaczę – i myślimy co nam robić? A tu mama z kobyłą przybiegła. A oni stoją tam na wzgórzu i patrzą jak się pali. Mama mówi: „Ty córeczko biegnij do Sak. Tam mężczyźni stoją, może tam jest ojciec”. Siostra pobiegła i wraca z ojcem. I tak się ucieszyliśmy, że cała rodzina w komplecie. Tato poprowadził kobyłę i razem poszliśmy do znajomych do Sak. I tam już zanocowaliśmy.
(odgłos burzy; wiatr)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Wszystko się spaliło. Tylko jeden dom sąsiada ocalał. I mama z dziećmi się spalili. I taty brat. On miał reumatyzm. Razem z nim była żona i mała dziewczynka. Jak się zaczęło palić, to oni chcieli wyjść, ale akurat szedł jeden i zaczął do nich strzelać. Taty bratową postrzelił w nogę, aż do sieni się wtoczyła. Brat taty – mój wujek – wyszedł, a tamten serię w niego. Postrzelił go. Upadł wujek i się spalił. Obok swego domu.
(odgłos wystrzału)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Byliśmy w tym domu po sąsiedzku. Nas nie zaprosili na zebranie. Płonęłam ja, mama i jeszcze czwórka dzieci. Już później przyszła tu kobieta z matką staruszką i z synem. Poparzeni. A nasza mama to na węgielek była opalona. Jak już dogasało wszystko, to po nas przyszli tato i mężczyźni i zabrali! Jakbyśmy się na nowo narodzili. Moje panieńskie nazwisko Leończuk. Tam na krzyżu jest dużo osób z takim nazwiskiem. A my przeżyliśmy, ale później było nam bardzo ciężko. Bardzo! I bardzo długo pisałam w życiorysach, że wieś nasza była spalona przez leśną bandę „Burego”. Potem przestałam – ludzie powiedzieli, że to niebezpieczne. Źli ludzie nas męczyli i zabijali! A my tu żyliśmy nikomu nie szkodząc, w czasie wojny nikogo nie wydaliśmy, krzywdy nie robiliśmy.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Wiemy, że nasza mama, mimo że mocno poparzona, to nas ratowała. A mama była w ciąży. Byliśmy jedyną rodziną, która cały pożar przesiedziała od początku do końca. Innym udało się uciec, a my siedzieliśmy póki ogień nie zgasł. A dlaczego? Dlaczego? Mama robiła pranie poświąteczne. Sienniki, kapy… Takie większe rzeczy prała! W sieniach balia z wodą stała. I mama nas ratowała. Moczyła te sienniki i nimi nas przykrywała. I w ten sposób nas uratowała! Inaczej to tylko popiół by po nas został. Na mnie bluzka się paliła, a ja krzyczałam: „To moje! To moje!”.
(odgłosy wystrzałów)

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: Tu gdzie krzyż stoi, tam i studnia jeszcze jest. I ten co do mnie strzelał siedział z erkaemem za studnią.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: A „Bury” z częścią oddziału pojechał do lasu i ze wzgórza obserwował. Wydał rozkaz, by nas wystrzelali. A oni udawali – do nas nie strzelali. Siostra wzięła mnie za rękę i pomagała przez płoty przeskakiwać. Biegłyśmy, szłyśmy, do Sak. A tam kobieta poparzona, taka Niczyporuk, zaczęła rodzić. I umiera. Dwójka dzieci leży przy niej. Oni na zebranie nie poszli. Schowali się w sieniach, okryli się płachtami i te dzieci się udusiły!
(muzyka)

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: Z tego domu wszystkim się udało uciec. Z Suchowolec przyprowadzili krawca i tu jednego łapali. On się schował, ale złapali. I z wioski takiego młodego chłopca wzięli i do stodoły. Rozstrzelali ich, a ciała się spaliły.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Na drugi dzień zebraliśmy się przy tych zgliszczach i płaczemy. Jedni z radości, że żyją, a drudzy ze smutku! Nasz sąsiad, Makar Nesteruk, schował się w stodole i biedaczyna nie dał rady wyjść, bo oni bardzo długo stali dookoła. Opaliło mu wszystko, miał poparzoną twarz i ręce. Kaleką został na całe życie! Jeszcze jeden, co był chory i na to zebranie nie poszedł, został z małym dzieckiem co w kołysce leżało. Widzi – wieś się pali. Wziął to dziecko i biegnie. Z dzieckiem zastrzelili! I tego człowieka, i dziecko.
(muzyka)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Moja mama tak była spalona, że aż płuca się przysmaliły, cały bok jej wypaliło. Jeden braciszek tylko trochę był poparzony, bo za taki młyn do zboża się ukrył – ale od dymu zaczadział. A jeden to praktycznie cały spalony był. Tylko kawałek nogi, stopa nie była, a tak – na węgiel spalony! Tato, jak wybiegł z tej chaty co zebranie było, to od razu za bosak i bosakiem drzwi wyrwał, i ratować zaczął. Akurat mama pranie zrobiła – płachty wisiały na płocie. Myśleli, że ten co był za młynem żyje i szybciej go w płachty i do Sak zanieśli. Mamę też wyprowadzili i ja z nią szłam do Sak. A najmniejszy braciszek, to jeszcze żył, ale w nocy zmarł. Wszystkich przywieźli do babci do Jelonki i tam pochowali. U tej babci zostaliśmy i żyliśmy u niej do wiosny.
(muzyka)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Mamę uratował tato. Wychodząc dużą chustkę wzięli, mama się obwiązała i szliśmy. Zaszliśmy do takiego człowieka, bo mama zaczynała rodzić. Ona przecież w ciąży była. Później ta babcia co poród przyjmowała mówiła, że u dziecka nosek był osmalony. Mówię… u mamy cały bok był wypalony, aż do płuc. Palili nas we wtorek – o teraz przypomniałam. Mamę wujkowie z Jelonki – w tej wsi wszyscy nam pomagali – zawieźli do szpitala w Bielsku. Pożyła od wtorku do niedzieli. W niedzielę zmarła. Tato, wujkowie, ciocia ta mamy siostra pojechali w odwiedziny i przy nich mama umarła. I tak zostaliśmy półsierotami.
(muzyczna pauza)

Wnuczka jednej z ofiar: Spłonęła pierwsza żona mego dziadka – miała 36 lat. Została pochowana na miejscowym cmentarzu w Zaleszanach. Była w ósmym miesiącu ciąży. Ciało jej się tak wypaliło, że aż to dzieciątko wypadło. Zdążyli jeszcze je ochrzcić. Dziadek stracił też trzech synów, mieli: 8, 6 i 4 lata. Żyje jeszcze moja ciocia, która to wszystko bardzo dobrze pamięta. To jest starsza siostra tych chłopców i opowiadała, jak oni po pożarze wyglądali. Dziadek na własnych rękach ich wynosił. Nie przeżyli tego dnia również dziadka brat z żoną i ich córeczka. To było ich pierwsze dziecko. Oni wszyscy nie byli w tym domu, gdzie było zebranie. Tam poszedł tylko dziadek, bo Maria była w ciąży i została z najmłodszymi dziećmi. Gdy już wieś płonęła, dziadek wybiegł i zobaczył, że płonie dom, w którym są jego najbliżsi. Od razu rzucił się na ratunek! Kilka minut za późno! Bo już palił się sufit, spadały belki i ich po prostu przygniotło! I dziadek wynosił ich pojedynczo. Z opowiadań cioci wiem, że najstarszy jej brat był spalony na węgielek – tylko stopa została nienadpalona. Ona to widziała na własne oczy, oczyma dziecka, i to jej zostało na całe życie! Drugi jej braciszek od dymu się udusił – z uszu, z ust, z nosa ciekła krew i już nie żył. A najmniejszy zmarł w nocy. Też zatruł się dymem i na łóżku, przy cioci zmarł. Ich mamę zawieźli do szpitala w Bielsku, ale bodajże po trzech dniach zmarła – miała bardzo duże zewnętrzne i wewnętrzne poparzenia, wypalenia. A dziadka brat to chciał z córeczką na rękach z domu wyjść, ale akurat stał tam żołnierz i na oczach żony zastrzelił ich. I ta kobieta wróciła z powrotem do płonącego domu i żywcem chciała się spalić – nie chciała sama żyć. Ludzie ją uratowali, przewieźli do Sak, ale zmarła od odniesionych poparzeń. Młodzi byli – mieli po dwadzieścia parę lat.

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Chodziliśmy po proszonym, żebraliśmy, bo jeść nie było czego – wszystko się spaliło! A zrobiła to banda „Burego”! I jeszcze pomniki chcą dla niego stawiać! Za co temu „Buremu” pomniki?! To kat, a nie człowiek! Wracali z Zaleszan – zajechali do Wólki – i tam nieszczęść narobili! Pojechali do Szpak, do Zań i wszędzie, gdzie byli, same tragedie!

Uczestnik – mieszkaniec Zaleszan: „Burego” pamiętam dokładnie. Golił się u nas w domu. Kawałek słoniny mi rzucił na piec. Tak, ja siedziałem na piecu. Pamiętam, jakby to było dzisiaj. Poznałbym go (śmieje się). Gdzie się pojawiał, to siał spustoszenie – w Wólce ludzi zabrał i nie wrócili, wozaków zabrał i też nie wrócili! Na pewno nie lubił Białorusinów! Czy dlatego, że Białorusini? Może i dlatego… podpalił, bo chciał zniszczyć. O! A wieś duża była – nawet więcej jak sto domów. Jeden dom… jeden dom tylko został! I ten zrąb, co ojciec uratował. (fragment piosenki „Zaleszany”)

Wnuk jednej z ofiar: Prawda o tej zbrodni, tak w czasach komunistycznej Polski, jak i teraz, jest dla władzy niewygodna. Cały czas widzimy usprawiedliwianie, wybielanie winy. Zbrodniarze winni tych czynów powinni być odpowiednio napiętnowani. (fragment piosenki „Zaleszany”)

Autor: 1 października 1949 roku, Romuald Rajs pseudonim „Bury” za zbrodnie przeciwko ludności cywilnej został skazany na karę śmierci. W latach dziewięćdziesiątych wyrok został unieważniony na podstawie „Ustawy o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego”, a potomkowie „Burego” otrzymali odszkodowania od państwa. W czerwcu 2005 roku Instytut Pamięci Narodowej w Białymstoku zakwalifikował wydarzenia w Zaleszanach, jako przestępstwo noszące znamiona ludobójstwa. (fragment piosenki „Zaleszany”)

Uczestnik – mieszkanka Zaleszan: Jak przypomnę co się wtedy odbywało, to widzę ten pożar, płonące domy, wszystko…jak to było. Była rodzina – mama, tato, trzech synów: Piotr, Michał, Aleksy i my dwie córki. Najmłodszy chłopczyk miał cztery latka.

Wnuczka jednej z ofiar: Myślę, że przez całe życie najbardziej cierpiał, pamiętał o tym i żył z tym, mój dziadek. Jednego dnia stracił najbliższe sobie osoby… dzieci, żonę, brata, bratową i jeszcze ich dziecko. Tego z pamięci wymazać się nie da. Nigdy… (fragment piosenki „Zaleszany”)

—————–

Dziękujemy za możliwość przedruku transkrypcji reportażu białoruskiemu miesięcznikowi społeczno-kulturalnemu Czasopis. Tekst zaczerpnęliśmy stąd: http://czasopis.pl/wciaz-ich-widze-pl/

Audycja ukazała się na antenie radia Racja.

Wesprzyj autora red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +45, liczba głosów: 53)
Loading...