Wanat współczuje: „Biedny, biedny Słowacki”

Kiedyś bym po prostu wstała i wyszła. Teraz już tego nie robię, z wiekiem stałam się bardziej empatyczna. Ludzie się napracowali, nauczyli na pamięć kilogramów trudnego tekstu. Panie się naszyły kostiumów, pan reżyser się nareżyserował. Tyle energii, czasu i pracy zainwestowane – tylko nie wiadomo jednego. Nie wiadomo – PO CO?

Po premierze: „Bieniowski, król Madagaskaru” wg. „Beniowskiego” Juliusza Słowackiego                                                          

Obsada: Piotr Stramowski, Anna Paruszyńska, Tomasz Schuchardt, Łukasz Stawarczyk, Marcin Kalisz 
Reżyseria: Paweł Świątek
Adaptacja i dramaturgia: Mateusz Pakuła
Scenografia i światło: Marcin Chlanda
Kostiumy: Karolina Mazur

Muzyka: Dominik Strycharski                                                                                                                                                                                                      

Zdjęcie: Szymon Starnawski

Piątka aktorów w gaciach, kontuszach, z przyczepionymi ogonami lemurów, na głowie skórzane pilotki ze sterczącymi uszami, a na oczach motocyklowe gogle – PO CO? Scena w formie ringu skrzyżowanego z salą w szpitalu psychiatrycznym obłożoną miękkimi materacami, żeby pacjenci sobie nie zrobili krzywdy. Po scenie turlają się gigantyczne przezroczyste, wypełlnione powietrzem plastikowe bańki.  Wszystko bardzo ładnie tylko – PO CO?

Aktorzy miotają się po scenie, robią fikołki, iskają się nawzajem, dłubią w nosach, zębach i uszach, wykonują ruchy frykcyjne i wydobywają z siebie zwierzęce piski. W przerwach recytują Beniowskiego – PO CO? Po co to wszystko?

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Czy ten spektakl miał oburzyć? Irytować? Rozbawić? Wstrząsnąć? Skłonić do refleksji? Ani nie oburza, ani nie wstrząsa, ani nie bawi, do refleksji skłania co najwyżej na temat tego, jak pożytecznie, mądrze i zabawnie można by spędzić ten stracony czas.

Co reżyser chciał osiągnąć? Nie sądzę, by sam był w stanie odpowiedzieć na to pytanie.

Żenujące, amatorskie przedstawienie, teatralny bełkot w czystej postaci. Niechlujny i irytująco nieudolny kabaret z licealnej studniówki, przy którym Paranienormalni czy Klub Komediowy to szczyty wyrafinowanego intelektualnego, subtelnego humoru. Brzmi nieprawdopodobnie prawda? A jednak tak jest.

Świetny, dowcipny, autoironiczny poemat Słowackiego bezlitośnie przepuszczony przez maszynkę do mięsa przaśnej wyobraźni reżysera. Aktorzy nie wiedzą, co robią i po co. Zachowują się jak dzieci specjalnej troski grzebiące w piaskownicy w poszukiwaniu zgubionych łopatek. Wiersz gna do przodu wypluwany w bezrozumnym galopie. Może jedna, może dwie zabawne mini etiudy. Tyle, przez półtorej godziny.

Mam wrażenie, że najwięcej pracy twórcy przedstawienia włożyli w poinstruowanie obecnych na widowni klakierów, z jaką częstotliwością muszą wybuchać śmiechem. Efekt jest doprawdy groteskowy, być może zresztą zamierzony, sitcom na żywo, śmiech z offu, który ma stworzyć wrażenie, że oto oglądamy coś co śmiechowi służy, śmiech ma w nas wzbudzić, śmiechem zapewne oczyścić widza. Bo być może reżyser gdzieś czytał, że ten heroikomiczny poemat dygresyjny ma śmiechem dusze nasze polskie zbolałe i romantyzmem zaczadzone oczyścić i uzdrowić. .

Na bankiecie po premierze dobre ciasteczka były. Mam nadzieję, że przynajmniej bankiet będzie udany, bo dodatek do tego bankietu – z okazji sześciu lat istnienia Teatru Imka – w postaci dziesiejszej premiery słabiutki był niestety.

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +10, liczba głosów: 14)
Loading...