Żiżek: Co strach przed uchodźcami mówi o Europie?

Prawdziwym pytaniem jest nie „czy imigranci są realnym zagrożeniem dla Europy?”, lecz „co ten obsesyjny strach przed imigrantami mówi o słabości Europy?”.

Slavoj Zizek w swoim artykule pisze o obsesyjnym strachu przed uchodźcami.Tłumaczyła Natalia Wilk. Zredagowała Aleksandra Korczak

Jacques Lacan, francuski psychoanalityk, twierdził, że nawet jeśli zazdrosny mąż słusznie oskarża swoją żonę o to, że sypia z  innymi mężczyznami, to jego zazdrość jest wciąż patologiczna. Dlaczego? Prawdziwym pytaniem jest nie „czy jego zazdrość jest dobrze uzasadniona?”, ale „dlaczego potrzebuje być zazdrosnym, aby utwierdzać się w swojej własnej tożsamości?”.

Podążając tym tokiem rozumowania moglibyśmy powiedzieć, że nawet gdyby większość pretensji nazistów skierowanych pod adresem Żydów była prawdziwa, jak ta, że wykorzystują oni Niemców czy uwodzą niemieckie dziewczyny – co oczywiście nie jest prawdą, ale gdyby tak było – to ich anty-semityzm wciąż byłby (i był w istocie) patologiczny. Zagłuszał bowiem prawdziwy powód, dla którego naziści potrzebowali antysemityzmu, a potrzebowali go do tego, by podtrzymać swoją ideologiczną pozycję.

Czy jest to analogia do rosnących obaw przed uchodźcami i imigrantami? Wysnujmy ekstremalny wniosek:

Nawet gdyby większość naszych uprzedzeń o nich była udowodniona – np. to, że są kryptofundamentalistami i terrorystami czy gwałcą i kradną – to i tak paranoidalna dyskusja o strachu przed imigrantami jest wciąż ideologiczną patologią.

Więcej mówi o nas samych, Europejczykach, niż o samych imigrantach. Prawdziwym pytaniem jest nie pytanie „czy imigranci są realnym zagrożeniem dla Europy?”, lecz to „co ten obsesyjny strach przed imigrantami mówi o słabości Europy?”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Powinniśmy oddzielnie rozważyć dwa wymiary tego problemu. Pierwszy to atmosfera strachu i agresji przeciwko islamizacji Europy, która wypełniona jest swoistymi absurdami. Uchodźcy, którzy uciekają przed terrorem, są traktowani na równi z terrorystami, przed którymi ci uchodźcy uciekają. Oczywiście są wśród nich terroryści, gwałciciele, przestępcy itp., ale większą część stanowią ludzie desperacko poszukujący lepszego życia. Można to porównać do uchodźców z NRD i ukrywających się wśród nich agentów STASI.

Lecz ta oczywistość zostaje odwrócona z powodu paranoidalnego strachu, iż imigranci udają, że są zdesperowanymi uchodźcami, podczas gdy tak naprawdę są bronią nowej, islamskiej inwazji Europy. Przede wszystkim, jak to zwykle bywa, przyczyna problemów, które są immanentną częścią współczesnego, globalnego kapitalizmu, jest projektowana na zewnętrznego najeźdźcę. Podejrzliwe spojrzenie zawsze znajdzie to, czego szuka: „dowód” jest wszędzie, nawet jeśli jego połowa szybko okazuje się fałszywa.

Drugim wymiarem jest humanitarne idealizowanie uchodźców. To z góry wyklucza każdą próbę otwartej konfrontacji z trudnymi kwestiami, które pojawiają się wówczas, gdy ci, którzy żyją inaczej, ustępują na rzecz neofaszystowskiej prawicy.

Tragikomiczny spektakl niekończącego się samokarania, w którym Europa rzekomo zdradziła swoją ludzkość – spektakl Europy o morderczej twarzy, gotowej pozostawić tysiące ciał wyrzuconych na brzeg kontynentu – jest wyrachowany i bynajmniej nie kryje w sobie żadnego emancypacyjnego potencjału.

Wszystko, co „złe” w Innym, jest oddalone albo jako nasza (zachodniorasistowska) projekcja na Innego, albo jako rezultat naszego (zachodnioimperialistycznego) złego traktowania w formie kolonialnej przemocy popełnianej na Innym.

To, co leży poza naszym hermetycznym kręgiem lub raczej poza „stłumionym” złem, które projektujemy na Innego – ci obcy, których uważamy za autentycznych, dobrych i niewinnych, kiedy naprawdę otwieramy się na nich – to wszystko także jest naszą ideologiczną fantazją.

Nie ma tu miejsca na kompromis, żadnego punktu, co do którego obie strony mogą się zgodzić („OK, antyimigranccy paranoicy przesadzają, ale faktem jest, że są jacyś fundamentaliści wśród uchodźców…”). Nawet minimalna trafność oskarżeń ze strony antyimigranckich rasistów nie służy uzasadnieniu tych paranoi. Z drugiej strony humanitarne samokaranie jest całkowicie narcystyczne, zamknięte na prawdziwe spotkanie z imigrantem jako sąsiadem. Wyzwaniem jest rozmawiać otwarcie o wszystkich tych niewygodnych kwestiach bez zawierania kompromisu z rasizmem.

Bez tego nie doprowadzimy do prawdziwego spotkania z realnym sąsiadem i jego konkretnym stylem życia. Kartezjusz, ojciec filozofii nowożytnej, zauważył, że kiedy był młody, maniery i przekonania obcokrajowców wydawały mu się żenujące i ekscentryczne, ale było tak do momentu, w którym zapytał siebie samego, czy jego własne maniery i przekonania mogą im się wydawać równie dziwne. Efektem tego odwrócenia nie jest uogólniony kulturowy relatywizm, lecz coś bardziej radykalnego i interesującego.

Powinniśmy nauczyć się doświadczać samych siebie jako ekscentrycznych, by zobaczyć swoje nawyki w całej ich dziwaczności i arbitralności.

W „Wiekuistym człowieku” G.K. Chesterton wyobraża sobie potwora, który przypomina człowieka:

Najprostsza prawda o człowieku jest taka, że stanowi on bardzo dziwny byt; jest niemal obcym na ziemi. Trzeźwo patrząc, więcej w nim nawyków jakiegoś obcego z innej planety. Ma niedobrą zaletę i niedobrą wadę. Nie potrafi spać w swojej własnej skórze; nie może ufać własnym instynktom. Jest twórcą ruszającym swoimi cudownymi dłońmi  i palcami z pewnego rodzaju ułomnością. Zawinięty w sztuczne bandaże, zwane ubraniami; podpiera się sztucznymi kulami, zwanymi meblami. Jego umysł ma te same wątpliwe przywileje i te same dzikie ograniczenia. Sam pośród zwierząt, odczuwa potrzebę oddalenia swoich myśli od źródłowych realiów swojego fizycznego jestestwa; ukrycia ich, jak w przypadku jakiejś wyższej konieczności, która wytwarza tajemnicę wstydu. Bez względu na to, czy chwalimy te rzeczy jako naturalne dla człowieka, czy wykorzystujemy jako sztuczne w naturze, wciąż pozostają one jedyne w swoim rodzaju.

Czy „styl życia” nie jest właśnie takim stylem bycia obcego na ziemi? Konkretny „styl życia” nie składa się po prostu z zestawu abstrakcyjnych – chrześcijańskich czy muzułmańskich – „wartości”. Tak naprawdę jest to coś silnie zakorzenionego w gęstej sieci codziennych praktyk: sposobie, w jaki jemy, pijemy, śpimy, kochamy się, jak odnosimy się do władz. To my jesteśmy stylem naszego życia: to jest nasza druga natura, dlatego edukacja nie jest w stanie tego zmienić. Potrzeba czegoś bardziej radykalnego, czegoś w rodzaju brechtowskiego głębokiego, egzystencjalnego doświadczenia, dzięki któremu uderza nas nagle to, jak głupie, bezsensowne i arbitralne są nasze zwyczaje i rytuały – nie ma nic naturalnego w sposobie, w jaki się przytulamy lub całujemy, w sposobie, w jaki się myjemy, w sposobie, w jaki się zachowujemy, jedząc posiłek…

Nie chodzi więc o to, by rozpoznać samego siebie w Obcym, ale by rozpoznać Obcego w sobie samym.

W nim bowiem zagnieździł się najgłębszy wymiar europejskiej nowoczesności. Przyznajemy, że wszyscy jesteśmy, każdy na swój sposób, dziwakami. I to daje nam jedyną nadzieję na tolerowanie rożnych stylów życia.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +24, liczba głosów: 38)
Loading...