Jak kupowałem kobiety w Kenii – relacja

Do klubu Grind w Nairobi przyszedłem umówiony. Mam się tu spotkać z facetem, który może mi sprzedać dziewczyny do burdelu. Z mojej strony to ściema, więc pocą mi się ręce. Jeśli mnie zdemaskują, wyląduję w kanale z kulką w głowie.

Mikołaj Radlicki pracuje jako koordynator międzynarodowych projektów humanitarnych w Afryce Wschodniej. Obecnie mieszka w Kenii, jest szczęśliwym posiadaczem domu z małpami i wielkim psem Lego.

Przy wejściu stoi wysoki Kenijczyk, barczysty o szyi grubości uda. Podnosi ręce poziomo dając do zrozumienia, że będę przeszukiwany. Posłusznie poddaję się procedurze, która jest wyjątkowo szczegółowa i zawsze, mimo wszystko, napawa mnie obawami: “czy na pewno nie mam nic w spodniach..?” Myśląc oddalam wzrok i czekam aż ręce pracownika ochrony osobistej odczepią się od moich nogawek. Szczęście mnie nie opuszcza. Wchodzę do środka i idę w kierunku muzyki.

W klubie Grind jest pełno, ciężko przebić się do baru, który usytuowany jest na samym końcu – długi, świecący blat, za którym z daleka widać większość trunków, jakie prawdziwy klubowicz kenijski uważa za niezbędne: Hunters Whisky, Viceroy, i brandy o nazwie Napoleon, którą czasem używam do gotowania. Zamawiam piwo i czekam na mojego informatora.

Jest około godziny pierwszej w nocy. Na parkiecie mnóstwo tańczących, którzy w rytm lokalnej muzyki RnB ocierają się o siebie we frywolnym stylu. Coś takiego w Europie prawdopodobnie zahaczałoby o gwałt lub co najmniej poważne molestowanie. W zasadzie wszyscy są w parach, samotny mężczyzna uchowa się tańcząc może przez minutę zanim jakaś kobieta (lub dwie) przybędzie mu na ratunek, pochylając się prawie do ziemi i muskając jego krocze swoimi pośladkami.

sex slaves Kenya

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Patrząc na scenę i na tańczących nagle spostrzegam niskiego hindusa z lekkim zarostem ogolonym w trzy paski, co daje mu wygląd zarówno niebezpieczny jak głupi. To mój informator. Hindus gestem ręki daje mi do zrozumienia, ze mam iść za nim. Dopijam piwo, płacę dwa dolary i odchodzę od baru.

Hindus prowadzi mnie do bocznej ściany, po prawej stronie od sceny. W niewidocznym od przodu zaułku jest murek, za którym krótkie schody prowadzą do korytarza. Na korytarzu, przed jednymi z trzech drzwi stoi ochroniarz. Mój informator wymienia kilka zdań z ochroniarzem w języku Swahili, z którego rozumiem jedynie słowa “biały” i “spotkanie”. Drzwi otwierają się i obaj rozmówcy dają mi do zrozumienia, ze mam podążać dalej sam, wzdłuż ciemnego holu.

Po około czterdziestu metrach widzę światło i kolejnego faceta przed drzwiami. “Ilu jest gości z takimi karkami?” myślę i daję się przeszukać po raz drugi. Facet wpuszcza mnie do środka, gdzie za kotarą przyjemny, ciepły kolor światła lampy naftowej wita mnie co najmniej tak miło jak kobieta w zaskakująco starodawnej sukni w kolorze bordo i wysokich czarnych szpilkach.

Kobieta prowadzi mnie do niskiego stolika, na którym leży gustowny materiał indyjski, a na nim mała lampka i zloty pojemnik. Zamawiam piwo i siadam “po turecku”, rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu. Klub Grind jest własnością Amira Singh, biznesmena milionera, znanego z wielkiego przekrętu na rynku drogich kamieni w latach 90tych, który obecnie, po przejściu na chrześcijaństwo, zmienił imię na “Brat Jakub” i został politykiem. Odnowienie, jak mówi, zmieniło go na lepszego człowieka. Społeczność szybko mu wybaczyła, bo postawił szkołę i ufundował klinikę na obrzeżach Nairobi. Ma wiec poparcie, władzę oraz kilka klubów takich jak Grind.

Na sali oprócz mojego stolika zapełnione są jeszcze cztery – sami hindusi. Mniej więcej w połowie mojego piwa wchodzą kobiety ubrane w wytworne “sari”, haftowane złotą nicią. Na głowach mają wyrafinowane ozdoby takie jak “mang-tikka”, zrobione ze srebra i drogich kamieni. Okrągłe kolczyki w nosach zwane “nath” i tradycyjnie upiększone oczy w stylu “kajal” i oczywiście “bindi”.

Ktoś włącza spokojną bollywoodzką muzykę i kobiety powoli zaczynają tańczyć – poruszają się z gracją. Ich ruchy są dystyngowane i wypracowane do perfekcji. Patrzę na ich twarze: są młode. Żadna nie ma więcej niż dwadzieścia pięć lat. Makijaż i ubranie mogą dodawać lat – mogą zatem być młodsze.

W pewnym momencie siada koło mnie jakiś człowiek. Stawia na stoliku “chevde”, znana także pod nazwą “Bombay Mix” i zamawia piwo.

– Mam na imię Sanil – mówi mój nowy sąsiad – przyszedłem spotkać się z panem w imieniu pana Singh. Podobno chce się pan czegoś dowiedzieć o naszych kobietach.

Tak, pod przykrywką młodego, białego biznesmena o niezdefiniowanych zamiarach, umówiłem się na spotkanie w sprawie potencjalnych dostaw “żywego towaru”. Moja dobra znajoma pracuje w jednym z klubów pana Singh i pomogła mi w zdobyciu kontaktu. Mam do odegrania rolę – jestem zainteresowany kupnem (lub wynajęciem) dziewcząt do swojego “przedsiębiorstwa”.

– Bardzo mi miło pana poznać – odpowiadam uprzejmie, ukrywając zdenerwowanie – Owszem chciałbym omówić klika spraw z tym związanych. Zacznijmy wiec od historii tych dziewczyn – skąd one są, ile mają lat, gdzie były wcześniej?

Pan Sanil, niczym nie skrępowany zaczyna opowiadać. Mówi, że dziewczyny są z Indii, głównie z regionów północnych oraz z Nepalu, i że większość z nich nie ma rodzin, przez co są “towarem bezpiecznym.” Większość z nich jest w wieku 17-21 lat, “średni wiek skupu” jak podkreśla, zdziwiony, że o tym nie wiem. Aby wydawać się autentyczny, przytakuje mówiąc “of course”.

Kobiety przypłynęły statkiem z Mumbaju i są tutaj na lewych papierach. Żadna z nich nie miała dzieci, za to każda jest, jak mówi pan Sanil, “wyszkolona w sztuce urzekania i rozkoszy”. Na chwilę odwracam wzrok… “Straszne”, myślę i próbuję uspokoić szybkie bicie serca. Zamawiam kolejne piwo, tym razem również dla mojego rozmówcy. Gdy kobieta w sukni bordo przynosi napoje, pytam otwarcie:

– Po ile sprzedajecie te kobiety?

To zależy od wieku i umiejętności. Te najmłodsze są z reguły droższe i ich cena wynosi około $5,000, chociaż te starsze o wyjątkowym profesjonalizmie są po tyle samo. Najtańsze są na sprzedaż po $2,000. Po tej wymianie zdań zapada cisza. Oboje pijemy piwo w skupieniu obserwując “towar” tańczący przed nami. Sanil wyjmuje portfel i wyciąga z niego 2 dolary. Wkłada je do złotego pojemnika, po czym jedna z dziewczyn podchodzi do jego stolika i prezentuje mu prywatny (choć wszyscy to widzą) taniec, którego seksowne ruchy i wypracowane, uwodzicielskie spojrzenie, mają za zadanie wyrwać od niego jeszcze więcej pieniędzy lub namówić na spotkanie sam na sam w osobistym pokoju na zapleczu.

Sanil, ruchem głowy, nakazuje mi także wrzucić pieniądze do pojemnika. Wkładam, tak jak i on 2 dolary i, tak jak i on, otrzymuję taniec od innej dziewczyny.

Patrzę jej w oczy – puste i skruszone, w których za atrapą seksowności, uwodzicielstwa i efektywnej kokieterii widzę strach, niepewność oraz smutek. A może wołanie o pomoc? Oddalam spojrzenie. Dziękuję panu Sanilowi za informacje, kłaniam się pani w starodawnej sukni i wychodzę.

Idąc korytarzem, mimochodem zaglądam do jednego z mijanych pokoi. Siedzi tam kilka osób, jeden hindus i trzy kobiety, na stole biały proszek rozsypany w równe, podłużne kreski. Dym papierosowy unosi się w powietrzu, tworząc klimat niemal filmowy. Idę dalej, słysząc tylko jeszcze wymuszony śmiech kobiet wywołany prawdopodobnie kiepskim żartem hindusa. Otwierają się ostatnie drzwi, jeszcze tylko kilka schodów, przebijam się przez parkiet do wyjścia, mijam faceta z wielkim karkiem, zapalam papierosa, wchodzę do taksówki i odjeżdżam z klubu Grind, jakich w Nairobi jest wiele.

 

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +9, liczba głosów: 11)
Loading...