Matyszkowicz miał zrobić punkową telewizję. Ale chuliganem to on nie jest

„Dobra zmiana” dokonuje się na naszych oczach również w TVP Kultura. Dzieje się to za sprawą nowego prezesa. A został nim, przypomnijmy wszystkim tym, którzy zamiast oglądać narodowe media wolą chodzić na uliczne demonstracje – uwaga – Mateusz Matyszkowicz. Zapamiętajmy to nazwisko – będziemy je jeszcze krzyczeć.

„Młodzi są nabuzowani bardziej niż kiedyś
Zastanawiam się od czego to zależy.
Więcej przemocy w mediach?
Szybszy dostęp do ekstaz?
Nienawiść w oczach po 10 kwietnia?”

Lavoholics, Nie ma emocji nie ma rapu

Matyszkowicz to ten z „Frondy”, ale nie z tej „Frondy”, tylko z tej drugiej, czyli z „Frondy lux”. Lux, więc niby nieco lepszej, lżejszej, bardziej subtelnej strony młodej zbuntowanej prawicy – tak uspokajał swoich lewicowych znajomych publicysta Krzysztof Wołodźko. Uspokajał lewicowców, którzy na hasło „Fronda” krzyczeli, to co w Dziadach śpiewał Jankowski, czyli „Jezus Maryja, Jezus Maryja!”. Choć prawdę mówiąc, specjalnie wierzący nigdy nie byli. Bohater Mickiewicza też zresztą bluźnił.

Konkluzja jest taka: „Fronda” „Frondzie” nierówna. Zapamiętajmy to, a będzie lux.

Chyba większość z nas jest ciekawa, jak hasło „rewolucji narodowej” rozumie Matyszkowicz. Bo że jednak inaczej niż jego przełożony Jacek Kurski i przełożeni przełożonego, przekonywał nas nie tylko Krzysztof Wołodźko, ale i – w jednym z pierwszych wywiadów po objęciu tej zaszczytnej funkcji – sam prezes Matyszkowicz. Mówił w nim, między innymi, o chęci otwarcia się na środowiska alternatywne, młode i twórcze, którym w czasach III RP nie było dane zaistnieć w wiodących mediach. W ich gronie wymienił – bardzo mi bliskie – środowiska „Nowego Obywatela” i „Nowych Peryferii”. Swoistą idée fixe (po polsku: ‚myślą natrętną’) prezesa jest stworzenie „punkowej telewizji” – przyznajcie sami, brzmi nieźle. A zatem bezsprzecznie idzie nowe, może wcale nie takie straszne, poczekajmy, poznamy po owocach.

Matyszkowicz skradł „Halę Odlotów”

Pierwsze owoce już dojrzały. Z ramówki TVP Kultura zniknął jeden z – jak sądzę – bardziej wartościowych programów kulturalnych ostatnich lat – „Hala Odlotów”. Program, prowadzony przez parę dziennikarzy: Katarzynę Janowską (byłą szefową TVP Kultura) i Maksa Cegielskiego,  miał nie tylko interesującą formułę, ale i treść. Realizował etos dialogu, bowiem do wspólnego stołu zapraszano przedstawicieli różnych form sztuki i nauki o rozmaitym światopoglądzie. Dlatego oprócz wysłuchania ciekawych dyskusji, mogliśmy pośmiać się lub ponarzekać razem z satyrykiem Marcinem Wolskim, utyskującym – dodajmy: już po wyborach, a więc u schyłku III RP, co go zapewne dodatkowo ośmieliło – na to, iż „nigdy nigdzie go nie zapraszają”, a zamiast niego – cenionego niezależnego autora, zapraszane są „glisty ludzkie”. Cóż, pozostaje ufać, iż luminarze „rewolucji narodowej” uwrażliwią się na płacz Wielkiego Wykluczonego kultury polskiej i głos Wolskiego w naszych domach wybrzmi w pełnej krasie. W końcu – jak śpiewał jeden z synów narodu polskiego – „z ziemi polskiej do Wolski”.

Z tej kiepskiej satyry wróćmy na moment do wspomnień o „Hali Odlotów”. Trzeba oddać temu programowi jeszcze jedno: to tam można było nie tylko zobaczyć, ale i posłuchać ż y w y c h pisarzy. Nie bez kozery akcentuję słowo   ż y w y c h – bowiem zgon, szczególnie gdy jest sprawą świeżą, media lubią wykorzystać jako kulturalny news, zmarli  dostają wtedy swoje pośmiertne pięć minut. A żywi na news się niezbyt nadają, bo żywy pisarz, to pisarz nieciekawy. Bo co: wyda kolejną powieść albo zbiór wierszy, ewentualnie zostanie sfotografowany pijany, nagi lub udający nazistę. Ogólnie rzecz biorąc najlepsi polscy pisarze są za mało narodowi dla tej rewolucji, dlatego też istnieje obawa, iż rewolucja sięgnie po złych lub bardzo złych pisarzy, na przykład po Marcina Wolskiego. Tymczasem w „Hali Odlotów” – czy innym programie o literaturze: „Cappuccino z Książką” (program został zawieszony, jego dalsze losy pozostają wielką niewiadomą) – mogliśmy usłyszeć żywych i – przeważnie – dobrych pisarzy. Prawdziwy rarytas!

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dlaczego więc, mimo żałoby po stracie ulubionych programów, z nadzieją powitałem „dobrą zmianę” w TVP Kultura?

Otóż pewnego razu, gdy przeglądając nowości w programie natknąłem się na „Chuligana Literackiego” – serce mocniej poczęło mi bić. Stałem się przez moment jakby szczęśliwszy, a przynajmniej pełen nadziei. Z tyłu głowy miałem wszak słowa Matyszkowicza o „punkowej telewizji”. No, no – pomyślałem sobie – wreszcie jakaś chuliganka w telewizji, a nie tylko lewicowo-liberalne pitu pitu przy kawie z feministyczną śmietanką, wreszcie powrót prawicy do korzeni, czyli do czasów, gdy żadnymi prawicowcami nie byli, a najnormalniejszymi w świecie anarchistami. A zatem – myślałem – będziemy mieć wreszcie prawdziwą chuligankę literacką, takich ultrasów literatury jakimi kiedyś byli Tekieli – nim się nie ochrzcił, Sajnóg – póki nie odszedł do sekty Kacmajora, Tymański – zanim się nie sprzedał czy nawet Świetlicki – do momentu aż spuchł i posiwiał. Wreszcie – myślałem – wezmą się za literaturę od nowa, na opak, a „nowe” może oznaczać dziś tylko powtórkę z rozrywki, ba! ale jakiej! Powrót poetyki BruLionu i Tot-artu w wielkim stylu odtrąbiłem, nawet kolegom powiedziałem, żeby oglądali, bo szykuje się niezła jatka, m a s a k r a – jak zwykliśmy mówić – w każdym razie nie lada rozróba.

Ha! Mówiłem kolegom z lewa i z prawa: – Czwartek, 8:25, wstajemy wszyscy i oglądamy „Chuligana Literackiego”. Koledzy, odwykli od takich programów, więc patrzyli na mnie jak na wariata.

Chuligan literacki?

A ja postanowiłem być tym wariatem i wstać w ten czwartek wcześniej, zjeść śniadanie i wypić kawę – na razie jeszcze po bożemu – po czym zasiadłem przed odbiornikiem telewizyjnym w oczekiwaniu na chuligankę jakiej jeszcze telewidz nie widział – albo widział bardzo dawno, tak dawno, że już zapomniał.

Myślałem nawet – w przypływie ekstazy – czy by barw jakichś na tę okazję nie przywdziać, biało-czerwonego szalika jeszcze z czasów kibicowskich nie wygrzebać skądś, ale opamiętałem się w końcu, bo jednak nie, jednak chuligan literacki to nie taki zwykły rzezimieszek stadionowy. Tu „chodzi o coś groźniejszego”, a zatem musi on się czymś od tych zwykłych stadionowych odróżniać. Położyłem więc na tapczanie obok siebie najbardziej „niepokorną” rzecz jaką miałem z dziedziny literatury, czyli 51. numer „Ha!artu”, o najntisach zresztą, nic odważniejszego niestety nie miałem… Bo i skąd? Co? „Krytyka Polityczna?”. Bitch, please (po polsku: ’litości, suko!’). Te czasy już się skończyły, tutaj pasowałby tylko stary „BruLion” (sprzed zwrotu konserwatywnego), ewentualnie „Lampa”, ale żadnej z tych gazet w domu nie miałem, bo skąd, za młody jestem. Trzeba będzie poszukać jakichś starych numerów na Allegro – pomyślałem.

I w takim entourageu zasiadłem do oglądania „Chuligana Literackiego”.

I zobaczyłem, i własnym oczom uwierzyć nie mogłem. A co dopiero „dobrej zmianie”.

Program można obejrzeć tu

A zobaczyłem dwóch panów siedzących w dziwnym miejscu, bo w sali wypełnionej ludzkimi rzeźbami (czy innymi fantomami – trudno orzec). Gościem Matyszkowicza okazał się pisarz – Hubert Klimko-Dobrzaniecki. Rozmowa, choć wcale interesująca, niewiele różniła się od pięciuset innych rozmów z pisarzami. Dotyczyła głównie nowej powieści Preparator tego autora, a także ciekawostek z jego życia osobistego, między innymi doświadczenia emigracji oraz przebywania w seminarium, z którego przyszły pisarz ostatecznie wystąpił. Rozmowa ta trwała krótko, bowiem Matyszkowicz – co było błędem – zdecydował się do jednego programu zaprosić dwóch pisarzy. Błędem tym okazał się bardziej mainstreamowy (po polsku: ’modny, popularny’) Krzysztof Varga, który czytał fragmenty swojej ostatniej powieści Masakra. Jego odczyt stał się pretekstem do rozmowy na temat związku literata z literatką[1]. To z kolei implikowało inny odwieczny temat: pracę pisarza, skazującą go na samotność. Dowiedzieliśmy się też od Vargi, na jakie dwa typy dzielą się Polacy. Otóż, my Polacy dzielimy się na ponuraków i ironistów. (Patrząc na ten mój tekst, jeśli jeszcze jestem Polakiem, to zdaje się, iż mam w sobie coś i z ponuraka i z ironisty zarazem, ergo: jestem turbopolakiem!). Cóż, już bardziej hipsterski (po polsku: ’oryginalny, niezależny’) jest w swojej powieści Andrzej Muszyński, który dzieli rodzaj ludzki na osoby ciepłe oraz zimne (według tej klasyfikacji wolałbym być ciepły, a nawet gorący – ale nie jestem pewien czy tak jest w istocie).

O co można jeszcze zapytać Vargę? Oczywiście o Budapeszt, o Węgrów. A że „Polak Węgier dwa bratanki i do szabli i do szklanki” – to wracamy do początkowego tematu rozmowy, czyli do wódy. Tak, Stefan – bohater Masakry jest alkoholikiem. Nie wierzycie – sprawdźcie to!

I takich trzech „chuliganów literackich” miałem okazję przez raptem trzydzieści minut oglądać. Bilans: zero zbitych szyb, zero przekleństw i bezeceństw, nikt nawet nie chodził nago – co zresztą w III RP już się zdarzało i, prawdę mówiąc, robiło się już nudne – dalej, nikt nikogo nie obraził, prezydenta jednego czy drugiego, nawet Kingi Dunin, co ostatnio zdarzyło się staremu i spuchniętemu poecie z Krakowa.

Wszystko odbyło się zgodnie z literą prawa. Nie złamano Konstytucji – a przecież wreszcie mamy w tym względzie wolność, wreszcie można. Może właśnie dlatego tego nie uczyniono? Miała być telewizja punkowa, miał być chuligan co się zowie, a tu proszę, panowie dystyngowani, potulni, cukrowi jak baranki wielkanocne, a do tego światowi: jeden z Wiednia, drugi z „Gazety Wyborczej”, trzeci z TVP Kultura.

Cóż. Pozostaje mi nadal tęskno wyczekiwać, aż któregoś dnia w okienko telewizora – niczym ułan – zapuka prawdziwy chuligan i zabierze mnie w podróż marzeń, przeniesie na moment w inną rzeczywistość. Nadzieja ta tliła się też z powodu informacji o kolejnym nowym programie kulturalnym, prowadzonym przez Łukasza Orbitowskiego. Mowa tu o „Dezerterach”. Nazwa ta jest znów tyleż zachęcająca, co myląca. Orbitowski – poza tym, iż ubiera się jak heavy metalowiec, i po za tym, że do programu rzeczywiście zaprasza ludzi spoza głównego nurtu – samą formułą programu nie odbiega od programów już znanych i lubianych. Wszystko zrobione jest grzecznie, za grzecznie jak na „punkową telewizję”.

Oto „dobra zmiana”. Atmosfera szczęścia i pojednania udziela się również mi, czego przykładem jest ten krytyczny – lecz jakże w gruncie rzeczy subtelny i uładzony – tekst. Jeśli nie potrafię krzyknąć, pozostaje mi westchnąć: Ech, no i gdzie ten cały chuligan, uliczny opryszek, cwaniara – ktokolwiek? Gdzie ta siła, która – na pozór zła – tak dobrze może nam zrobić? No, gdzie, panie Prezesie?

 

Mundek Koterba – to pseudonim. Nazwisko autora znane redakcji. (Rocznik 1992) – student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek kooperatywy twórczej transfuturystów. Rozmaitości publikował m.in. w „Ha!arcie”, „Przeglądzie Socjalistycznym”, „Magnifierze”, „Stronie Tytułowej” oraz „PROwincji”. Udziela się także w artzinie „Gazeta Musi się Ukazać”. 

 

[1] Tu: [środ.] niewielka szklanka, w której podaje się alkohol.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 5)
Loading...
The following two tabs change content below.

Mundek Koterba

Urodzony w 1992, student polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, członek kooperatywy twórczej transfuturystów. Rozmaitości publikował m.in. w „Ha!arcie”, „Przeglądzie Socjalistycznym”, „Magnifierze”, „Stronie Tytułowej” oraz „PROwincji”. Udziela się także w artzinie „Gazeta Musi się Ukazać”.