Przełamując stereotypy- o chińskich imigrantach w Kenii

Wielu Chińczyków jest przekonanych, że afrykańskie media zawsze starają się pokazywać ich w jak najgorszym świetle, ale historia ich obecności w Kenii jest fascynująca.

Nowe pokolenia kenijskich Chińczyków będą potrzebowały miejsca, które będzie ich punktem odniesienia i z którym będą w stanie się utożsamić. (Photo/Yuebai Liu)
Nowe pokolenia kenijskich Chińczyków będą potrzebowały miejsca, które będzie ich punktem odniesienia i z którym będą w stanie się utożsamić. (Photo/Yuebai Liu)

Stosunki chińsko-afrykańskie to dziś bardzo modny temat. Dziennikarze i badacze piszą o rosnącej politycznej i ekonomicznej zażyłości miedzy Chinami i Afryką, w wyniku której wielu Chińczyków mieszka obecnie w Afryce, a wielu Afrykanów – w Chinach.

Jednakże, według niektórych, ta przyjaźń jest nie do końca prawdziwa, zwłaszcza, że według międzynarodowych mediów chińskie inwestycje w Afryce to nic innego jak nowa fala kolonializmu. Obydwie strony są w stanie znaleźć powody do obrazy; chiński restaurator w kenijskim Nairobi został aresztowany, bo podobno odmawiał obsługiwania Afrykanów, a w Republice Południowej Afryki zdarzają się ataki na chińskich sklepikarzy.

Podobne przypadki zdarzają się nie od dziś, i nie tylko Chińczykom w Afryce.

Historia pokazuje, że dochodzi do nich często, gdyż stanowią one element socjoekonomicznego rozwoju kraju – nieuniknionego, gdy kraj staje się coraz bardziej atrakcyjny dla imigrantów. Ich przybycie podważa bowiem ustalone normy i dla przybyszów, i dla tubylców.

Na początku XX wieku, około czterech milionów włoskich imigrantów – czyli cztery razy więcej niż obecna liczba Chińczyków w Afryce – przybyło do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu lepszego życia. Często mieszkali oni blisko siebie, tworząc w ten sposób całe włoskie dzielnice. Częściowo dlatego, że w ten sposób łatwiej było im się ze sobą komunikować i, w razie potrzeby, udzielać wzajemnej pomocy, ale także dlatego, że razem czuli się bezpieczniej, zwłaszcza, że byli najnowszymi imigrantami z Europy, a do tego – najmniej pożądanymi. Podobnie było z japońskimi imigrantami w Brazylii, imigrantami z północnej Afryki we Francji, czy niedawnymi wietnamskimi imigrantami w Polsce.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Chińczycy w Nairobi

Jestem etnografką chińskiego pochodzenia, więc te procesy są dla mnie szczególnie ciekawe. Gdy w zeszłym miesiącu byłam w Nairobi, udałam się zatem do China House, organizacji pozarządowej zajmującej się chińską odpowiedzialnością i integracją społeczną.

Chciałam dowiedzieć się, jak to jest – być Chińczykiem i mieszkać i pracować w Kenii.

Przywitał mnie Honxiang, były student Columbia University, który założył China House, mając na celu poprawę lokalnych stosunków kenijsko-chińskich.

Wskazał mi wiszący na ścianie duży plakat pokryty chińskimi znakami, na którym napisane było „Chińczycy w Afryce protestują przeciw nielegalnemu handlowi dzikimi zwierzętami”. „Te podpisy złożyli Chińczycy mieszkający w Kenii i w RPA, którym zależy, żeby świat dowiedział się o tym proteście” – powiedział mi Hongxiang. Plakat stanowił symbol wizerunku jaki mają w Kenii Chińczycy, często kojarzeni z kłusownictwem. Społeczności chińskiej nie udaje się zwalczyć tego stereotypu, wiec Hongxiang i jego zespół wolontariuszy próbuje go zmienić, organizując kampanie przeciw kłusownictwu i projekty mające na celu ochronę przyrody.

W China House poznałam też dwoje młodych studentów z Uniwersytetu Mediów i Komunikacji w Pekinie, którzy po raz pierwszy w życiu znaleźli się poza Chinami. Przedstawili mi się jako Sophie i Jun. Przyjechali do Nairobi na miesiąc, żeby zbierać materiały do pracy dyplomowej. Chcieli przeprowadzić wywiady z mieszkającymi tu Chińczykami i zrobić krótki film dokumentalny o ich życiu w Nairobi. Zapytałam, czy mogę się do nich dołączyć i obserwować ich podczas pracy, częściowo dlatego, że byłam ciekawa jak wygląda życie tutaj oglądane oczami chińskich studentów mediów, ale także dlatego, że jeśli chciałam się dowiedzieć więcej, to potrzebowałam poznać więcej miejscowych Chińczyków.

Sophie i Jun byli idealnymi osobami, które mogły wprowadzić mnie w kręgi Chińczyków, ale obawiali się, jak moja obecność wpłynęłaby na znajomości, które dopiero co zawarli. Dzięki temu, że byli Chińczykami z chińskiego uniwersytetu, udawało im się zdobyć zaufanie ludzi, z którymi chcieli przeprowadzać wywiady, podczas kiedy ja byłabym w ich oczach badaczką z zagranicy, która tylko wygląda jak Chinka. Nie uwierzyliby, że byłabym w stanie zrozumieć i opisać ich zgodnie z prawdą.

 Podejrzliwi wobec afrykańskich mediów

Nie byli oni odosobnieni w takim sposobie myślenia – inni Chińczycy, których poznałam, podzielali ten pogląd.

Uważają oni, że afrykańskie media zawsze starają się pokazywać ich w jak najgorszym świetle. Zgadzają się wprawdzie, że chińska społeczność, niezbyt otwarta w kontaktach z dziennikarzami, ponosi częściową odpowiedzialność za taki stan rzeczy, ale twierdzą też, że afrykańskie media często rozmijają się z prawdą, jeśli może to przynieść im korzyść.

Jun wreszcie zgodził się, żebym mu towarzyszyła. Postanowił pokazać mi różne miejsca, w których spotykają się Chinczycy. Najpierw poszliśmy do czteropiętrowego centrum handlowego Yaya, dokąd Chińczycy często wybierają się na zakupy. W wielkiej kawiarni na parterze zobaczyłam dwóch młodych, elegancko ubranych Chińczyków, którzy wyglądali, jakby rozmawiali o pracy czy interesach. Usłyszałam ich płynną angielszczyznę, kiedy zwracali się do siedzących przy ich stole Kenijczyków, a także krótkie uwagi, które rzucali do siebie po chińsku. Gdy wchodziliśmy po schodach na górę, różne chińskie języki dobiegały nas raz po raz – od północnego Erhua, po południowy Wu i dialekty Amoy.

Pokazuje to, jak różnorodna jest chińska społeczność mieszkająca w tym mieście i jak różnorodne są powody, dla których jej przedstawiciele się tu znaleźli.

 Jakość powietrza

Podeszliśmy do młodej kobiety, która samotnie robiła zakupy. Nieśmiało zgodziła się z nami porozmawiać, ale, jak się okazało, tylko dlatego, że już od dawna nie rozmawiała z nikim oprócz swoich męża i dzieci. Miała 32 lata i 3 miesiące temu przyjechała z dziećmi do Nairobi, by dołączyć do męża, który pracuje w firmie technologicznej.

Pochodziła z małej miejscowości niedaleko Zhengzhou – zanieczyszczonego miasta na północy Chin. „Z niezbyt dobrego miejsca” – jak sama powiedziała. Zapytana o życie w Kenii, mówiła głównie o tym, jak dobrze jest wychowywać tu dzieci. „Powietrze i jedzenie są tu o wiele lepsze, widzę, że moje dzieci są o wiele zdrowsze, odkąd się przeprowadziliśmy.” Potwierdzili to wszyscy Chińczycy, z którymi później rozmawiałam. Według badania przeprowadzonego przez niezależną grupę  badawczą Berkerley Earth, średnio 4000 osób dziennie umiera w Chinach z powodu zanieczyszczenia powietrza, a żywność jest potwornie skażona z powodu przemysłowych zanieczyszczeń gleby.

chinese in kenya

Zapytaliśmy ją też o jej życie towarzyskie w Nairobi, ale w ogóle nie była zainteresowana utrzymywaniem kontaktów ani z Kenijczykami, ani z innymi Chińczykami. Wcześniej prawie nigdy nie opuszczała swojego małego miasteczka pod Zhengzhou i trudno jej było porozumieć się z nawet Chińczykami z innych miast. Kenijska kultura jawiła jej się jak inna planeta.

 Autostopowicz

Z centrum handlowego Yaya udaliśmy się do chińskiego centrum na ulicy Ngong. To wielki, przypominający centrum handlowe budynek, w którym mieści się wiele chińskich przedsiębiorstw i sklepów. Zjedliśmy na obiad chińskie pierożki i zaczepiliśmy młodego podróżnika. Wysoki i dobrze zbudowany, z długimi włosami i brodą, zdecydowanie wyróżniał się spośród otaczających go Chińczyków. Od kilku miesięcy podróżował – autobusami, pociągami i autostopem – po wschodniej Afryce. Śmiał się i mówił bardzo głośno, a na imię miał Li. Powiedział nam, że jest zapalonym podróżnikiem i uwielbia odkrywać nowe miejsca. Z dumą oswiaczyl, że próbował nawet miejscowego piwa Chang’aa, które, jak dodał, jest bardzo podobne do chińskiego Baijiu.

Li był całkowitym przeciwieństwem naszej poprzedniej rozmówczyni. Miał niecałe 20 lat i należał do pokolenia, które dorastało w nowoczesnych Chinach i bardzo różni się od pokolenia swoich rodziców: podczas gdy celem życia ich rodziców było po prostu przeżyć, oni chcą podróżować po świecie i poszukują środków samowyrazu.

Li powiedział, że pokolenie jego rodziców i ci, którzy opuścili Chiny po boomie gospodarczym w latach 90-tych, są zbyt skupieni na pracy i na wykorzystywaniu możliwości, których nie mieliby tam, skąd pochodzą. W związku z tym nie utrzymują żadnych kontaktów z ludźmi spoza ich miast. „Ich życiową filozofią jest zajmowanie się własnymi sprawami” – powiedział Li.

W rezultacie często znajdują się w próżni, niezdolni zintegrować się z tubylcami i bez szansy na powrót do kraju, który w międzyczasie diametralnie się zmienił i nie odnaleźliby już w nim swojego miejsca. „Ten mężczyzna to skrajny przypadek – nie mówi po angielsku, ale nie zna też nawet standardowego chińskiego – mówi tylko w swoim dialekcie” – powiedział Li wskazując na, około 60-letniego mężczyznę, który od ponad godziny siedział pod sklepem, odpalając papierosa od papierosa.

 Trudno ich zrozumieć

W pewnym momencie dosiadła się do nas kenijska kobieta, która znała Li. Była właścicielką sklepu z bielizną, po którą sama jeździ do Guanzhou – miasta w południowo-wschodnich Chinach, do którego Kenijscy handlarze jeżdżą coraz liczniej, by zaopatrzyć się w towary i produkty. Jej kontakty z Chińczykami ograniczają się głownie do kontaktów handlowych. „W handlu są bezproblemowi. Sprawdzam materiały, negocjujemy cenę i jest po wszystkim. Ale w innych sprawach Chińczycy są skomplikowani, trudno ich zrozumieć” – powiedziała, a Li i Jun pokiwali na to głową ze zrozumieniem, jakby myśląc o swoich rodzicach.

chinese in kenya 3

Ostatnim miejscem, które odwiedziliśmy był niedaleki sklep spożywczy, którego właścicielami była rodzina Chińczyków. Zastaliśmy tam jedną z właścicielek, 40-letnią kobietę, która mówiła standardowym chińskim z mocnym południowym akcentem. Jednak bardziej niż my interesowała ją cena brokułów w centrum chińskim. „Te świnie zawsze sprzedają warzywa taniej!” – wrzasnęła i odwróciła się do mnie plecami.

 Chickens

Spróbowałam zatem porozmawiać z kenijskimi pracownikami sklepu, którzy po latach pracy z chińskimi właścicielami byli w stanie zrozumieć ich łamany angielski. „Łatwiej rozmawia się z ich dwoma synami, którzy wychowali się tutaj i mówią płynnie w suahili” — powiedział jeden z nich. Słyszałam wcześniej, ze urodzeni lub wychowani w Kenii Chińczycy często nazywani są „chickens” (po angielsku – kurczaki). Zazwyczaj lepiej znają suahili niż dialekty swoich rodziców i często ogrywają rolę kulturowego pomostu pomiędzy swoimi rodzicami i Kenijczykami.

To oni są przyszłością chińskiej integracji w Kenii i w Afryce, pomyślałam. Jednak tempo, w jakim ta integracja nastąpi będzie zależeć zarówno od Chińczyków, jak i od tego, czy kenijskie i afrykańskie media będą umiały oddzielić politykę i ekonomię od ludzi.

Nowe pokolenia kenijskich Chińczyków będą potrzebowały miejsca, które będzie ich punktem odniesienia i z którym będą w stanie się utożsamić. Tym miejscem może być tylko Kenia, która zaakceptuje ich jako kenijskich obywateli i uzna różnorodność chińskich imigrantów i turystów— zarówno niegrzeczną właścicielkę sklepu, która mówi łamanym angielskim, jak i młodych Chińczyków, którzy lepiej znają suahili niż chiński.

 

Autorka: Yuebai Liu, etnografka

Tłumaczenie: Justyna Zamoyska, tłumaczka, filolożka

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Natalia Wilk-Sobczak

Absolwentka studiów pedagogicznych i filozoficznych na Uniwersytecie Warszawskim, studiowała też dziennikarstwo i pedagogikę teatru na UW oraz filozofię edukacji na Uniwersytecie w Glasgow. Właścicielka szkoły językowej. Nauczyciel angielskiego z powołania i z przypadku. Globtroterka backpackerka. Czuła mama dwojga małych bliźniąt i jeszcze mniejszej córeczki. Przyjaciółka mistycznie odratowanej ze śpiączki cudownej suki o imieniu Maja.