Uchodźcy na Fali – „Podopieczni” Elfriede Jelinek w reżyserii Miśkiewicza w Starym Teatrze

Podopieczny” to nikt inny jak „czarnuch”, „ciapaty”, „brudas”, „Arabus”, czy po prostu „terrorysta”. Przez absolutną większość niewidziany, niespotkany i nieznany – uchodźca. Realny, myślący, czujący i cierpiący człowiek. Pozbawiony perspektyw i bezradnie pytający: Co dalej?

W przerwie spektaklu Pawła Miśkiewicza „Podopieczni” według Elfriede Jelinek w Starym Teatrze w Krakowie wyszedłem przewietrzyć się na ulicę Starowiślną. Jakież było moje zdziwienie, gdy wracając do środka zobaczyłem w foyer, na schodach prowadzących na scenę, kilku „podopiecznych”, ubranych w sceniczne kostiumy, leżących na leżakach i mówiących do nas swój zbiorowy, rozpisany na głosy monolog. Mówili go kompletnie nie zwracając uwagi na to, że jest przerwa i część widzów nawet nie wie, że spektakl trwa nadal. Zrozumiałem też, dlaczego w połowie pierwszej części spektaklu, mimo wyświetlenia napisu „przedstawienie zostaje przerwane”, aktorzy grali dalej, nic sobie z tego komunikatu nie robiąc. Bo to, kim są, gdzie są i co mówią, jest częścią dramatycznej i skomplikowanej rzeczywistości, wymykającej się zarówno literaturze, jak i teatrowi. Rzeczywistości, której nie da się zasłonić kurtyną, pożegnawszy „podopiecznych” brawami.

Zawieszeni w próżni

To przecież prawdziwi, żywi ludzie, wygnani ze swojego domu, uciekający w poszukiwaniu – nie lepszego, ale jakiegokolwiek życia do nas, do Europy. Niby już oficjalnie przez nas przyjęci, ale tak naprawdę zamknięci w jakichś obozach, w czymś na kształt getta. Panują tam warunki uwłaczające godności jakiejkolwiek istoty ludzkiej. A oni muszą tam przebywać nie wiadomo jak długo. Zawieszeni w próżni, zepchnięci na margines, czekają tam na swoją szansę, swoje życie.

Dlaczego tak się dzieje? Powód wydaje się prozaiczny – otóż my, chrześcijanie, katolicy, mieszkańcy gościnnej Europy panicznie się ich boimy, kompletnie nie wiedząc, co z nimi – teraz już naszymi podopiecznymi – dalej począć.

Elfriede Jelinek postanowiła w tej sytuacji zrobić rzecz najprostszą – nie tyle pozwoliła „podopiecznym” mówić, ile sama stała się ich głosem. Paweł Miśkiewicz, wykorzystując naturę teatru, rozpisał ten głos na kilkanaście postaci, ubrał je w kostium stereotypu i zmusił nas, widzów, do konfrontacji z nimi, z ich punktem widzenia, a tym samym – do konfrontacji z naszymi własnymi lękami, uprzedzeniami, hipokryzją i niemocą.

„Podopieczny” to nikt inny jak „czarnuch”, „ciapaty”, „brudas”, „Arabus”, czy po prostu „terrorysta”. Mityczny, przez absolutną większość niewidziany, niespotkany i nieznany – uchodźca. Nie ten, czający się na granicy Europy i próbujący się do nas dopiero przedostać, ale ten, który już tu jest. Realny, myślący, czujący i cierpiący człowiek. Pozbawiony perspektyw i bezradnie pytający: Co dalej?

Refrenem spektaklu Miśkiewicza jest właśnie owo pytanie – co dalej? Bo to, że spektakl na temat uchodźców się skończy, nie oznacza przecież, że skończy się problem. Po przedstawieniu, gdy umilkła już owacja na stojąco, aktorzy zniknęli w kulisie, a publiczność opuszczała widownię, jedna z „podopiecznych”(Jaśmina Polak), nic sobie nie robiąc z tego, że przedstawienie się już skończyło, mówi dalej. Problem uchodźców bowiem nie kończy się nigdy. Będzie istniał, dopóki na świecie będą trwały wojny – czyli zawsze. Niewpuszczenie czy zatrzymanie uchodźców w ośrodkach jest zatem typowym „zamieceniem problemu pod dywan”; w ten sposób się go nie rozwiąże.

Wesprzyj #Medium

Uchodźcy – to już było

Miśkiewicz nadaje współczesnemu problemowi uchodźstwa szerszy problem, publikując w programie do spektaklu fragmenty „Elis Island” Georga Pereca, przybliżające nam casus tej słynnej nowojorskiej wyspy – pierwszego wielkiego ośrodka dla uchodźców, szukających lepszego życia w USA. Fragmenty te nie tylko ukazują naszą hipokryzję – przypominając jak wielu z nas, mieszkańców Starego Kontynentu, emigrowało i wciąż emigruje w poszukiwaniu lepszego życia i o tym, że sami coraz głośniej i coraz bardziej kategorycznie odmawiamy przyjęcia choćby jednego uchodźcy – ale też wplatają obecny europejski kryzys uchodźczy w odwieczną, niekończącą się, mityczną wędrówkę ludów, która w tekście Jelinek znajduje swoje zwierciadło we fragmencie „Błagalnic” Ajschylosa. Przy czym należy pamiętać, że u Ajschylosa problem uciekających kobiet znajduje szczęśliwe rozwiązanie.

W Europie – przynajmniej na razie – rozwiązania brak, choć nam wydaje się, że wystarczy zamknąć granice, a samych uchodźców w specjalnie do tego wyznaczonych miejscach i problem rozwiąże się sam. To niestety pobożne życzenie, rozśmieszające swą naiwnością.

Miśkiewicz rozpoczyna przedstawienie sceną, która jest „cytatem” z jego innego spektaklu – „Niewina” na podstawie dramatu Dei Loher z 2004 roku. Czarni emigranci Elisio i Fadul widzą na horyzoncie tonącą kobietę. Nie ratują jej, bo jako nielegalni przybysze obawiają się kontaktu z władzą. W 2004 roku na horyzoncie pojawia się tylko jedna kobieta – dziś, w 2016 roku, jest to już pokaźna grupa uchodźców, ubrana w pomarańczowe, odblaskowe stroje. Aktorzy Starego Teatru stoją na metalowej platformie, która wolno żegluje w kierunku widowni. Niektórzy z nich mają w rękach migające światełka. Cały ten obraz skąpany jest w pięknym świetle Marka Kozakiewicza. Jednakowe kostiumy uchodźców pozwalają reżyserowi zaakcentować zbiorowy charakter podmiotu.

podopieczni5

Po dopłynięciu uchodźcy rozbierają się z pomarańczowych kombinezonów i zaczynają mówić do nas osobiście. Rozpisany na konkretnych ludzi, niełatwy w odbiorze strumień tekstu Jelinek, staje się ludzki, trudny do zakwestionowania, a przez to poruszający. Uchodźcy od czasu do czasu stawiają nam pytania. Te pytania mówią więcej o nas, niż o nich.

Najbardziej dramatycznym momentem jest scena z udziałem powracającego do zdrowia Krzysztofa Globisza. Na moim spektaklu scenę tę publiczność nagrodziła gromką owacją na stojąco. Przy wielkim szacunku dla tego znakomitego aktora i jego pięknej walki o życie, smutno patrzyło się na wiwatującą publiczność. Smutno – dlatego, że jeśli popatrzymy na widownię, będącą przecież jakąś tam statystyczną reprezentacją społeczeństwa, to można założyć (zgodnie z badaniami opinii publicznej), że w ok. 70 procentach jest przeciwna przyjmowaniu uchodźców przez Polskę. Jak więc to możliwe, że wzrusza nas i porusza historia znanego aktora, któremu udało się pokonać śmierć i ciężką chorobę, a nie mamy żadnej empatii dla dziecka, które utonęło podczas próby przedostania się do Europy?

podopieczni3

Pojawia się więc kolejne pytanie: czy wartości, które wyznajemy, nie są przypadkiem tylko „papierowe”? W przejmującej scenie uchodźcy proszą: „Pokażcie nam wasze wartości. Chcemy je przyjąć. Chcemy według nich żyć. Chcemy. Chcemy. Chcemy”. Wyobraźmy sobie teraz co by się stało, gdyby uchodźcy zaczęli się zachowywać wobec nas dokładnie tak, jak my wobec nich. Jaki obraz naszego świata i naszych wartości pokazujemy im swoim zachowaniem? Kto tu się jawi jako prawy i sprawiedliwy?

W finale spektaklu jedna z „podopiecznych” (Urszula Kiebzak) mówi: „Modlimy się o sprawiedliwy los, niech wypełni moją modlitwę o list żelazny, o los, który wygrywa, o lepszy los, ale tak się nie stanie. Tak się nie stanie. Tego nie ma. Nas nie ma. Dotarliśmy, ale nie ma nas wcale”.

Ich rzeczywiście nie ma. Jesteśmy my. Jacy my? Wystarczy spojrzeć w lustro, zobaczyć się w nim naprawdę i zdać sobie sprawę, że – jak mówił Pier Paolo Pasolini –„najtrudniejszym zadaniem człowieka jest podążanie za tym, co się zmienia”.

Miśkiewicz pokazuje nam jedną rzecz niewątpliwie – chcemy pracować, bawić się, chodzić do teatru po staremu, chcemy żyć tak, jak do tej pory, tylko że okrutny świat w swojej istocie podlega ciągłej „dobrej” zmianie. Jeśli tej zmiany nie zauważymy, jeśli się jej nie poddamy, nie zaakceptujemy jej – zginiemy.

Bo zmieniający się świat to nie wina uchodźców, nie wina naszych wrogów, nawet nie nasza wina. To odwieczne prawo natury, które jest także elementem naszego człowieczeństwa.

Aktorstwo w spektaklu jest znakomite. Zgodnie z koncepcją reżyserską rolę głównego bohatera gra tu cały zespół. Wszyscy aktorzy bez wyjątku tworzą świetne role, a każda z nich jest jednakowo ważna. Serce publiczności (w tym moje) kradnie oczywiście wspomniany już wyżej Krzysztof Globisz, ale wielką krzywdą byłoby nie dostrzec kreacji  pozostałych aktorów.

Pomieszanie roli

W świetnej funkcjonalnej scenografii Barbary Hanickiej można by śmiało zagrać szekspirowską „Burzę” czy jakiś dramat Becketta, tak jest uniwersalna, wieloznaczna i pobudzająca wyobraźnię. Równie istotną rolę odgrywa muzyka Rafała Mazura, wykonywana przez muzyków na żywo w czasie przedstawienia.

podopieczni4
Na koniec chciałbym wspomnieć o pewnym niebezpieczeństwie, które może czyhać na aktorów Miśkiewicza. Otóż usłyszałem po spektaklu różne opinie na temat ideologicznego zaangażowania spektaklu. I co ciekawe, chociaż dla większości moich rozmówców był to – w uproszczeniu – spektakl „prouchodźczy”, to znaleźli się i tacy, którzy „Podopiecznych” Miśkiewicza odebrali jako przedstawienie „rasistowskie” i „antyuchodźcze”.

Nie zatrzymując się dłużej nad wrażeniami widzów, bo te mogą i mają prawo być różne i niejednoznaczne, warto zatrzymać się nad kwestią pomieszania roli i własnych poglądów na temat spektaklu. Jeśli – przynajmniej tak zakładam – jednym z celów przedstawienia Miśkiewicza jest nie tylko spotkanie z uchodźcami i danie im głosu, lecz także rewizja naszych poglądów na ten temat i ewentualna zmiana naszej mentalności, spotkanie to musi odbyć się przede wszystkim w aurze głębokiej, uniwersalnej ludzkiej prawdy i szczerych emocji. Tylko wtedy będzie miało szansę prawdziwego oddziaływania na widza.

Przed aktorami stoi zatem bardzo trudne zadanie – utrzymać aktorską dyscyplinę roli tak, ażeby postaci wyrażały jedynie myśl Jelinek i założenia koncepcji Miśkiewicza. Własne poglądy mogą stać się tu przeszkodą, gdyż ich przemycanie między wierszami – nawet w dobrej wierze – może zrobić spektaklowi krzywdę, narażając go na zarzut politycznego zaangażowania. Takie oskarżenia zubożą przekaz i siłę spektaklu, praktycznie zamykając mu drogę dla szerokiego i obiektywnego odbioru.

Jak to zrealizować w praktyce? Podpowiedź znajdziemy może u Jeanette Winterson, w tomie „O sztuce. Eseje o ekstazie i zuchwalstwie”: Panowanie nad materiałem oznacza coś więcej, niż panowanie nad ideami i emocjami; głębokie odczuwanie czy gruntowna wiedza o przedmiocie nie jest jeszcze gwarancją uzyskania właściwej ekspresji. Artysta ma osobliwy problem: siła emocji niezbędnej dla utrzymania spójności każdej większej formy, żar potrzebny do tego, żeby materiał był miękki i podatny na obróbkę, może kolidować z dystansem i opanowaniem, jakie należy zachować, żeby przekształcić wysoce osobistą wypowiedź artystyczną w głos, który przemawia do wszystkich. A przemawiać do wszystkich to nie ryczeć z daleka przez megafon, ale mówić z bliska, wprost do ucha. Sztuka to intymność, rozmowa kochanków, która jest zarazem deklaracją publiczną.

Miśkiewicz i jego aktorzy stworzyli głębokie, wieloznaczne i obiektywne (na tyle, na ile to możliwe) przedstawienie. Należy mieć nadzieję, że nikomu nie przyjdzie do głowy pomysł instrumentalnego wykorzystania spektaklu, ze względu na niebezpiecznie bliski polityce, nośny temat. Byłoby to bowiem nadużycie. Zanim to nastąpi, wizytę na Starowiślnej w Krakowie gorąco polecam.

The following two tabs change content below.

Tomasz Domagała

Tomasz Domagała (ur.1976) – absolwent teatrologii UJ; studiował też aktorstwo w PWSFTviT w Łodzi oraz filologię hiszpańską we Wszechnicy Polskiej w Warszawie. Członek Rady Artystycznej Teatru im. Węgierki w Białymstoku oraz ekspert Biura Kultury m.st. Warszawy w dziedzinie teatru. W teatrze współpracował m.in. z Krystianem Lupą, Andriejem Moguchym, Danem Jemettem, Agnieszką Korytkowską-Mazur czy Robertem Talarczykiem. Publikował w Gazecie Wyborczej, Rzeczpospolitej, Tygodniku Powszechnym oraz Dzienniku Gazecie Prawnej. Od 2014 prowadzi własnego bloga z recenzjami teatralnymi i filmowymi: www.domagalasiekultury.blog.pl