Ewa Wanat z Berlina: W Berlinie też demonstracje, ale gdzie im tam do naszych:)

Gdyby dziś jakiś szaleniec dorwał się znowu do władzy w Niemczech, wyobrażam sobie ulice pełne pustych lokali do wynajęcia po tureckich kebabach, arabskich sklepikach spożywczych, afrykańskich traffikach, włoskich trattoriach i greckich tawernach. Zrozpaczone Niemki masowo rzucające swoje miejsca pracy, żeby powrócić do roli Hausfrau, bo nagle zniknęły wszystkie polskie, ukraińskie i tureckie Puztfrau i nianie.

Niezależnie od tego, czy w Warszawie demonstrowało 240  czy 45 tysięcy ludzi sobotnie berlińskie demonstracje nie mogłyby z KODem konkurować.  A w dodatku policja i władze Berlina nie różnią się między sobą podając szacunkową liczbę demonstrantów.

Niemieckie media piszą o robiącej ogromne wrażenie 240 tysięcznej demonstracji w Warszawie.  W tym samym czasie w Berlinie startowały trzy różne, w których w sumie maszerowało niecałe 9.000 uczestników.

Pod hasłem „Merkel musi odejść” protestowało  1.800 prawicowców, neonazistów i zwolenników Alternatywy dla Niemiec (Afd). W dwóch kontrdemonstracjach  wzięło udział prawie 7.000 osób  – 4.500 lewicowców i antyfaszystów pod hasłem „Berlin wolny od nazistów” i 2.400 bardziej umiarkowanych obywateli w marszu zorganizowanym przez kościół ewangelicki pod hasłami tolerancji i otwartości. (Ach, siostry i bracia katolicy, a gdzie  wy?)

autor: Artur Krynicki
autor: Artur Krynicki

berlin

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Obserwujemy z Arturem dwa przemarsze – ten bardziej radykalny, lewicowy, anarchistyczny i ten drugi „Rechtsradikal” – chcący zamknąć granicę, usunąć Angelę Merkel z urzędu i zdelegalizować Islam w Niemczech. Uderzające są między nimi różnice – w pierwszej raczej  młodzi ludzie, wielu na bosaka pląsa w rytm muzyki płynącej z DJ-skiej platformy. Przed ciężarówką, na której młody chłopak rapuje, ładna muzułmanka w czarnej chustce i intensywnym makijażu uśmiecha się do stojącego obok chłopaka. Gdzieniegdzie unosi się intensywny zapach marihuany. Ulice i chodniki są otwarte i dostępne, jezdnią idą demonstranci, chodnikami spacerowicze, policjanci w małych grupach dyskretnie schowani po kątach.

Natomiast cała trasa przemarszu zwolenników skrajnej prawicy jest zagrodzona  metalowymi barierkami i obstawiona kordonem policjantów. Nigdzie nie ma wejścia. Policja nie chce nas przepuścić. Wyjmuję nasze legitymacje prasowe i zaczynam negocjacje, młody funkcjonariusz literuje przez nadajnik swojemu przełożonemu „m-e-d-j-u-m-p-u-b-l-i-ć-n-y-j-e”.  W końcu wpuszczają nas do zakazanej zony – pusto, tylko mundurowi i my. Za barierką i szpalerem policjantów  niewielka grupka młodych ludzi skanduje antynazistowskie hasła, krzyczą głośniej gdy z naprzeciwka wyłania się czoło prawicowej demonstracji.

IMG_4741IMG_4697IMG_4698

Tu głównie mężczyźni, w przeważającej mierze maksymalnie krótko ostrzyżeni. Mijając nas zauważają nasze duże plakietki Press – zaczynają pokazywać na środkowy palec, demonstracyjnie fotografować, filmować i krzyczeć w naszą stronę „prasa kłamie!”

Robi się nieprzyjemnie, bo Artur i ja jesteśmy jedynymi dziennikarzami w tym miejscu, stajemy się niechcący ośrodkiem zainteresowania. Niektórzy podchodzą blisko, jak na mój gust za blisko. Na wszelki wypadek krzyczę do nich „nie jesteśmy niemiecką prasą” – w końcu bezpieczeństwo w pracy jest najważniejsze – to jednak chyba mało ich obchodzi. Zaczynają  skandować: „Precz z kłamliwą czerwoną prasą – na wschodzie i zachodzie”. Pocieszam się tylko, że gdyby na moim miejscy stał dziennikarz z DoRzeczy zostałby równie niemiło potraktowany.

Autor: Artur Krynicki

autor: Artur Krynicki

Screen Shot 2016-05-08 at 12.54.03

Kiedy tak stoję  i słucham jak młodzi mężczyźni skandują „maszerujemy dla nacjonalistycznej rewolucji” przypomina mi się fotografia, którą kilka dni temu widziałam na terenie muzeum „Topografii terroru“. Niemcy, lata 30-te, na chodniku długa kolejka mężczyzn, w przydługich płaszczach i kapeluszach. Podpis pod zdjęciem wyjaśnia, że po wprowadzenie ustaw norymberskich w 1935 roku wykluczono z palestry wszystkich Żydów. I okazało się, że ogromną większość adwokatów stanowili  właśnie Żydzi. Po ich zniknięciu na placu boju została garstka  niemieckich adwokatów, którzy nie byli w stanie obsłużyć wszystkich potrzebujących. Stąd ta kolejka.

Gdyby dziś jakiś szaleniec dorwał się znowu do władzy w Niemczech, wyobrażam sobie ulice pełne pustych lokali do wynajęcia po tureckich kebabach, arabskich sklepikach spożywczych, afrykańskich traffikach, włoskich trattoriach i greckich tawernach. Zrozpaczone Niemki masowo rzucające swoje miejsca pracy, żeby powrócić do roli Hausfrau, bo nagle zniknęły wszystkie polskie, ukraińskie i tureckie Puztfrau i nianie, opuszczone budowy bez imigranckich robotników, zapuszczone ulice  pełne niewywiezionych śmieci, kolejki w szpitalach i przychodniach, w których zabrakło polskich lekarzy i pielęgniarek i domy spokojnej starości z zapłakanymi staruszkami, którym nie ma kto zmienić pieluchy czy przygotować obiadu. Wyobraziłam sobie taką wystawę za następnych 60 lat wypełnioną zdjęciami sparaliżowanego państwa niemieckiego.

Tymczasem na razie mamy początek maja 2016 roku w Berlinie. Piękny słoneczny dzień. Nad Sprewą tłumy ludzi  – muzułmańskie rodziny grillują obok opalających się dziewczyn w bikini,  freeki palą maryśkę, berlińscy hipsterzy grają w badmintona. Nie ma gdzie wetknąć leżaka. Statki wypełnione po brzegi turystami płyną leniwą rzeką. Jest maj 2016 roku. Na całe szczęście.

IMG_4747

anty3

Tekst – Ewa Wanat

Zdjęcia i film – Artur Krynicki

Montaż filmu – Rafał Betlejewski

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +8, liczba głosów: 14)
Loading...

Materiał powstał dzięki Fundacji Polsko Niemieckiej Współpracy i Fundacji Teatru Ósmego Dnia