To koniec świata, który znamy – już niedługo maszyny usiądą przy naszych biurkach!

https://www.flickr.com/photos/trevor_dobson_inefekt69/

Technologiczne bezrobocie jest terminem, który pojawił się już w latach 30-tych XX wieku. W ten sposób John Maynard Keynes zdefiniował egzystencjalne zagrożenie, jakie stawia przed społeczeństwem ciągły postęp. Przestrzegał, że nadejdą czasy, gdy kolejne odkrycia będą następować po sobie tak szybko, że ekonomia nie nadąży odtwarzać miejsc pracy, które zostaną utracone w wyniku ewolucji. Czy to nie przygnębiająca wizja?

Poprzedni tekst Rafała Kinowskiego znajdziesz tutaj

Robotyzacja i globalizacja w dłuższej perspektywie doprowadzą do opustoszenia biurowców, tak jak wcześniej automaty uciszyły gwar ludzkich głosów w fabrykach. W krótkiej perspektywie prawdopodobnie przyjdzie nam się pogodzić ze zmiennością: form zatrudnienia, kompetencji oraz umiejętności wraz z każdą nową ofertą pracy czy zleceniem.

W 2013 roku ukazał się szokujący raport Uniwersytetu Oksfordzkiego na temat przyszłości rynku zatrudnienia. Badacze akademiccy prognozowali w nim, że w przeciągu najdalej dwóch dekad amerykański rynek pracy straci 47% stanowisk. Dla porównania Wielki Kryzys lat 30-tych XX wieku przyczynił się do bezrobocia na poziomie 25%. W wyniku komputeryzacji i robotyzacji zostaną wyeliminowane nie tylko stanowiska wymagającej prostej, powtarzalnej i często żmudnej pracy. Dzięki wykorzystaniu Big Data pod nóż trafią posady w logistyce, transporcie, administracji biurowej czy każdej innej gałęzi gospodarki, która wymaga wysiłku umysłowego, ale będzie możliwa do zastąpienia dzięki zastosowaniu sztucznej inteligencji.
Raport oksfordzki oceniał ryzyko zastąpienia przez maszyny dla ponad 700 zawodów. Na jednym biegunie stali: pracownik callcenter – 99% szans na automatyzację oraz recepcjonistka – 94%, na drugim: prezes – 1,5% i terapeuta zajęciowy – 0,4%.

Na naszych oczach upada mit lansowany między innymi przez firmę doradczą McKinsey, która sugerowała, że bezpieczne dla automatyzacji pozostają niskopłatne zawody, których nie warto komputeryzować. Na ostatniej konferencji prasowej poświęconej wynikom rocznym Facebooka, Mark Zuckerberg odkrył karty, przyznając, że boty testowane w programie Messanger nie mają za zadanie umilać użytkownikom konwersacji, a jedynie ćwiczą interakcję z ludźmi, aby w niedalekiej przyszłości – 5 do 10 lat – zastąpić pracowników między innymi w callcenter. Telemarketer czy recepcjonistka nie stoją najwyżej w hierarchii płac przedsiębiorstw, na dodatek są to prace wstępnej fazy kariery.

Piastujący stanowiska na drugim biegunie też nie powinni czuć się bezpieczne. Zawód psychologa również może być zagrożony nawet jeśli przypisujemy komputerowi brak odpowiedniej empatii. Badania pacjentów wskazują, że respondenci bardziej niż ludzkie podejście cenią sobie trafną diagnozę oraz … brak osądu moralnego czynów, którego boją się w gabinetach specjalistów.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w automatyzacji miejsc pracy nie ma niczego złego. Wprost przeciwnie. Zawody, wymagające prostych, nużących, bezmyślnych, wykonywanych sekwencyjnie czynności, redukują człowieczeństwo osób, które je wykonują. Kiedyś symbolem dehumanizacji była fabryczna linia montażowa. W dzisiejszych czasach jest to boks callcenter, kasa supermarketu czy kabina ciężarówki. Według danych zaczerpniętych z rynku amerykańskiego, realne pensje osób wykonujących proste prace nie wzrosły od początku lat siedemdziesiątych. Nie ma też żadnych przesłanek, aby wynagrodzenia miały rosnąć w przyszłości.

Strach i nadzieja

Strach przed zanikaniem miejsc pracy nie jest zjawiskiem nowym. Marzenie, że maszyny uwolnią ludzi od znoju pracy zawsze przeplatało się ze strachem o odstawieniu człowieka na boczny tor. Już w dobie Wielkiego Kryzysu wspominany wcześniej John Keynes przewidywał, że dzięki postępowi technicznemu w 2030 roku będziemy pracować po 15 godzin w tygodniu, a resztę czasu poświęcać na odpoczynek.

Jednak już w latach 60-tych XX wieku głośnym echem odbił się list otwarty amerykańskich naukowców i działaczy społecznych, którzy przestrzegali przed rewolucją cyfrową, która stworzy warstwę społeczną ludzi biednych, niewykwalifikowanych i bezrobotnych, nie mogącej znaleźć zajęcia i zaspokajać podstawowych potrzeb życiowych.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Obawy i nadzieje, jakie niesie ze sobą przyszłość, mieszają się ze sobą. Argumenty o końcu pracy w jakimś stopniu dziedziczą obawy z mitu o luddystach, barbarzyńcach wczesnej ery przemysłowej, którzy rozbijali maszyny tkackie, aby uchronić swoje manufaktury. Wieszczący katastrofę zawsze byli gotowi do głoszenia zagłady miejsc pracy i rujnowania społeczeństwa. Tymczasem liczba zatrudnionych w amerykańskiej gospodarce rośnie nieprzerwanie od dwóch lat, a stopa bezrobocia spadła poniżej 5%. Czy patrzenie na wycinek rynku zatrudnienia powinien uzasadniać optymizm o jego przyszłość i upoważnia do negowania strachu przed zastąpieniem miejsc pracy przez roboty?

Z pewnością zagrożenie nieuchronnością całkowitego bezrobocia czy gwałtownego spadku zatrudnienia o 50% czy 30% w ciągu dekady jest nierealne. Bardziej prawdopodobne jest, że postęp technologiczny będzie wywierał powolną, ale stałą presję na zmniejszanie się wartości i dostępności pracy. Ostatecznie powinno to doprowadzić do sytuacji, że praca zarobkowa przestanie być głównym celem życia dla znacznej części społeczeństwa. Ludzie staną się niezatrudnialni, ale nie ze swojej winy.

Rynek pracy

Udział osób w wieku produkcyjnym w Stanach Zjednoczonych, które mają pracę jest w trendzie spadkowym od 2000 roku. Obecnie 1/6 mężczyzn w wieku produkcyjnym jest bezrobotna bądź nie wlicza się ich do siły roboczej, gdyż nie szukają pracy. Zdrowy rozsądek podpowiada, że dla dobra gospodarki, mężczyźni w wieku 25 – 54 lat, u szczytu swoich możliwości, powinni mieć zatrudnienie. Ekonomiści nie są pewni przyczyn zjawiska. Niektórzy wskazują na 30% ubytek miejsc pracy w przemyśle, w zawodach które odpowiadały ambicjom ludzi ze średnim wykształceniem. Od 2000 roku znikło ponad 5 milionów podobnych stanowisk.

Innym niepokojącym zjawiskiem jest ubywanie etatów. W 2015 roku ilość osób bez długoterminowej umowy o pracę sięgnęła 16% siły roboczej – mówimy o ponad 25 milionach amerykańskich obywateli. W ciągu ostatniego dziesięciolecia cały przyrost miejsc zatrudnienia jest „konsumowany” przez prace dorywcze, kontrakty czy inne formy o charakterze przejściowym.

Podobna sytuacja dotyka ludzi młodych, których start w życie zawodowe jest dużo trudniejszy, niż jeszcze kilka, kilkanaście lat temu. Od siedmiu lat amerykańska gospodarka przechodzi sterydowe ożywienie po zapaści 2008 roku. Rośnie ilość absolwentów szkół wyższych, którzy muszą pracować na stanowiskach poniżej swojej kwalifikacji. Dotyczy to często posad, które jeszcze kilka lat temu nie wymagały wyższego wykształcenia. Młodzi ludzie są spychani w kierunku nisko płatnych posad usługowych, jak kelnerzy, asystenci czy telefoniczni doradcy klienta. Licząc na poprawę swojej pozycji startowej na rynku pracy coraz więcej osób podejmuje decyzję o studiach. Jednak zarobki absolwentów na przestrzeni ostatnich lat spadły z 48 000 dolarów (2000) do 41 000 (2014).
W szerszej perspektywie rynek pracy wydaje się wymagać od młodego pokolenia coraz większego przygotowania, oferując w zamian gorsze i niżej płatne stanowiska.

Wszechobecna technologia

Oznaką nadejścia nowych czasów jest utrata przez ludzką prace roli głównego czynnika wzrostu gospodarczego. Wiele teorii próbuje wytłumaczyć powyższe zjawisko. W pierwszej kolejności obwinia się globalizację i konkurencję kosztową ze strony krajów rozwijających się, które oferują niższe ceny za usługi swoich pracowników. Drugim winowajcą jest komputeryzacja. Można łatwo prześledzić olbrzymią rolę zastępowania pracowników komputerami i oprogramowaniem na przykładzie AT&T z 1964 roku i dzisiejszego Google’a. Jeszcze w latach 60-tych AT&T był największym koncernem wartym 267 miliardów dolarów (w dzisiejszych pieniądzach), zatrudniającym prawie 760 000 ludzi. Dzisiejszy gigant telekomunikacyjny – Google – jest wyceniany na 370 miliardów i zatrudnia zaledwie 55 000 osób.

Niektórzy obserwatorzy twierdzą, że istnieją branże, które nie poddadzą się inwazji komputerów i automatów. Wierzą w unikalne zdolności ludzi do współczucia, empatii i kreatywności, które są nie do podrobienia. Przewidywanie przyszłości to z pewnością jedna z najgorzej wykształconych ludzkich zdolności. Kto mógł przypuszczać w 2000 roku, że pojawi się smartfon i stanie się podstawowym urządzeniem do przeglądania codziennych wiadomości, robienia zakupów czy planowania wakacji? Prawdopodobnie jeszcze mniejsza grupa ludzi „wiedziała”, że spółka znana z wyśmienitej przeglądarki komputerowej, zaprojektuje autonomiczny samochód. Wraz z wykładniczym wzrostem możliwością komputerów trudno jest przewidzieć do czego będą zdolne w ciągu najbliższej dekady. W chwili obecnej w Stanach Zjednoczonych działa 250 000 robotów przemysłowych, a tempo wzrostu jest w dwucyfrowe.

Wiem, że to ograny schemat, ale możemy znaleźć w naszej przeszłości pewne wskazówki dotyczące przyszłości. Koń przez wieki był najistotniejszym towarzyszem wzrostu światowej gospodarki. Brak alternatywy dla koni oraz ciągle wzrastające potrzeby wykorzystania ich pracy mogły utrzymywać nas w iluzji, że będą one towarzyszyły ludzkości aż po kres jej egzystencji na Ziemi. Tymczasem szybki rozwój wynalazków spowodował, że proste czynności wykonywane przez konie – ciągnięcie, noszenie, przewożenie, dają się w łatwy sposób zastąpić pracą maszyn. Populacja koni osiągnęła swój szczyt w połowie lat 20-tych XX wieku i zmniejszyła się o 90% pod koniec lat 50-tych.

Ludzie – bez dwóch zdań – są predysponowani do wykonywania dużo bardziej skomplikowanych czynności niż konie. Jednak trudno uznać, aby codzienna praca biurowa potrzebowała nadzwyczajnych pokładów inteligencji. Większość zawodów nadal wymaga nudnych, powtarzalnych i łatwych do opanowania czynności. Najpopularniejsze stanowiska w Stanach Zjednoczonych to: kierowca, sprzedawca sklepowy, doradca, kasjer oraz asystent. W sumie dają one zatrudnienie ponad 15 milionom obywateli i stanowią 10% amerykańskiej siły roboczej. Według raportu oksfordzkiego wszystkie te miejsca pracy są zagrożone automatyzacją. Łatwo je zastąpić gdyż są powtarzalne i proste.

Z kolei zawody o wyższych zarobkach, wymagające bardziej kreatywnego podejścia, będą łakomym kąskiem do skomputeryzowania, gdyż – przy spadających cenach podzespołów – będzie możliwość zredukowania nakładów na pensje.

Nawet jeśli myślimy o bardziej skomplikowanych profesjach, jak prawnik czy lekarz, nie powinniśmy mieć złudzeń co do ich dalszej przyszłości. Oba zawody wymagają zdolności do kojarzenia faktów i łączenia ze sobą drobnych niuansów, które decydują o trafności dobranych argumentów czy celności diagnozy. Akurat wyszukiwanie i parowanie danych to idealne zadania dla algorytmów. Człowiekowi pozostanie odczytanie stanowiska w sądzie lub przekazanie wiadomości o kierunku dalszej kuracji. W obu przypadkach ludzka obecność jest – póki co – nie do zastąpienia.

Spojrzenie w przyszłość

Oczywiście rozwój technologiczny kreuje mnóstwo nowych miejsc pracy, ale nie na taką skalę, aby móc zastąpić te utracone na rzecz maszyn. 90% dzisiejszych zawodów istniała już 100 lat temu. Wielka fala rewolucji cyfrowej wygenerowała w latach 1993 – 2013 tylko 5% nowych stanowisk pracy w sektorach telekomunikacyjnym, informatycznym i komputerowym. Na dodatek nasze najnowsze gałęzie przemysłu są bardziej efektywne i nie wymagają tak dużej ilości zatrudnianych osób. W wyniku porównania wykładniczego wzrostu mocy obliczeniowej i stanowczo nie wykładniczego wzrostu złożoności pracy, ucierpią nasze posady.

Wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują, że w przyszłości może brakować miejsc pracy dla wszystkich chętnych. Czy taki scenariusz się ziści – trudno wyrokować. Ludzkość będzie musiała poczekać na kolejną dużą recesję, która pokaże przewagę użytkowania maszyn nad zatrudnianiem pracowników, to powinno przybliżyć nas do poznania odpowiedzi.

Autorzy książki “Only Humans Need Apply” Tom Davenport i Julia Kirby przekonują, że następne pokolenia nie są skazane na strukturalne bezrobocie czy pracę poniżej oczekiwań. Oczywiście SI przejmuje i będzie przejmowała wiele ludzkich umiejętności, ale oznacza to szansę na inne, ciekawsze posady. Szukanie nisz, które będą niedostępne dla maszyn, w dłużej perspektywie może być pozbawione sensu. Wraz z rozwojem technologicznym automaty będą podejmować coraz więcej kompleksowych decyzji. Pracownicy powinni zastanowić co mogą wnieść do współpracy w tandemie z inteligentnymi automatami, aby czynnik ludzki był kluczowy do wykonania pracy.

Na przykład działania standardowe – około 80% – robione będą automatycznie. Pozostałe, z powodu wyjątkowości, wymagają ludzkiej interwencji. W ten sposób nużące codzienne czynności, zostaną wyparte przez bardziej twórcze i wizjonerskie.
Ważnym jest, aby przedsiębiorcy, dążący do automatyzacji wszystkich aspektów działania swoich firm dostrzegali, że inteligentne maszyny potrzebują równie utalentowanych operatorów i współpracowników, aby stawały się nie zastępcami, ale uzupełnieniem i wsparciem dla ludzi.

Na zakończenie przydługiego artykułu proponuję anegdotę , która może być jednocześnie próbą pokazania, że być może nie jesteśmy skazani na strukturalne bezrobocie, gdyż mogłoby to zachwiać podstawami naszej ekonomii.

W 1950 roku, Henry Ford II, prezes Forda, i Walter Reuther, szef związków zawodowych zrzeszających pracowników branży motoryzacyjnej, zwiedzali nową fabrykę silników w Cleveland. Ford gestem wskazał na rzędy maszyn produkcyjnych i zapytał: „Walterze, jak zamierzasz pobrać od tych robotów składkę związkową?”. Reuther odpowiedział: „Henry, jak im sprzedasz swój najnowszy model samochód?”

Bardzo łatwo jest dostrzec natychmiastowe skutki zastąpienia pracowników przez najnowszą technologię, opustoszałe fabryki czy biurowce. Dużo trudniej jest wychwycić zmiany, które przychodzą w drugiej kolejności, zwalniając pracowników – pozbywamy się klientów. Jak poradzi sobie gospodarka konsumencka, gdy znikną kupujący?

Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 4)
Loading...

Czytaj inne teksty Rafała Kinowskiego.

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: inefekt69
The following two tabs change content below.
mm
Z wykształcenia ekonomista. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii, jak również problemami największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej, interesują go kwestie dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci. Prowadzi bloga: http://antykruchosc.blox.pl/html