Malga jest bezwstydna – o filmie Małgi na temat Warhola

Przedstawiając Małgę Kubiak w audycji ,,Pedaliada”, Marta Konarzewska powiedziała słuchaczom, że trudno byłoby jej wskazać innego polskiego artystę, który traktował by swą sztukę (ale i sztukę jako taką) tak poważnie. Który byłby jej oddany tak. Całkowicie.

Sama Malga w rozmowie z Katarzyną Bielas (,,Dzianina z mięsa”, Duży Format) wyznaje:

Dla mnie film jest kompatybilny z życiem; jeśli uważam, że coś ma znaczenie dla człowieka, to staram się to mieć w mojej sztuce, żeby to tam było, działało. Tu wychodzi moja naiwność, wydaje mi się, że to, co działa na mnie, będzie też działać na innych. (1)

Przekonanie, że sztuka służy samopoznaniu, a nie tylko samokreacji staje się chyba coraz rzadsze. A nawet jeśli co poniektórzy dzielą je z Malgą – ubierają je w cudzysłow, okraszają ironią… Wstydzą się. Malga jest bezwstydna. A w przytoczonej już audycji powiedziała, że na jej filmy powinno się przychodzić tak jak na imprezę.

Kosmos kolonizuje na różne sposoby – jako aktorka (teatralna i filmowa), pisarka, malarka, wokalistka, organizatorka (12 edycji festiwalu Poetry Art), spiritus movens… jednak to reżyseria jest chyba jej najbliższa… Sama siebie nazywa szwedzką królową polskiego undergroundu. I trochę sprawia wrażenie królowej na wygnaniu. Jej filmy są czymkolwiek zechce, ale z całą pewnością można je uznać ważny rozdział videoperformensu, tego ,,specyficznego gatunku nowoczesnego autoportretu czy kreowanej biografii artystycznej” (mówiąc słowami Małgorzaty Jankowskiej)… Nawet jeśli wykraczają (a wykraczają) poza to, co możemy zobaczyć zazwyczaj jako video art.

Biedne krótkie filmy w galeriach, które choć trwają góra 20 minut i tak nie są oglądane w całości…

Filmy Malgi stanowią zamach na przestrzeń galeryjną. Są zbyt epickie (nieco przekornie – to są wielkie narracje). Czasem chyba nawet swym metrażem (ale i montażem, formą etc.) graniczą z możliwościami ludzkiej percepcji… Ale ze słabościami człowiek powinien walczyć.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

,,Zarabianie pieniędzy jest sztuką i praca jest sztuką, ale dobry biznes jest sztuką największą” – Andy Warhol

To tylko jeden z jego bon motów. Najnowszy Testament w jednym zdaniu… Ale to nie dzięki takim konstatacjom Warhol miał szczęście stać się bohaterem filmu ,,Warhol to se vrati”. Chyba też wcale nie za sprawą artystycznych artefaktów, a przynajmniej – nie w pierwszej kolejności.

Warhol to jedna z ikon lGBT. Sam był homoseksualistą, choć jego seksualność wydaje się dość enigmatyczna. Czuł chyba niechęć do wszelkich form uczuciowości. I chyba obawiał się zbliżenia z drugim człowiekiem. Seks w jego filmach jest zimny, podszyty sadyzmem, voyeurystyczny. Viva, jedna z jego podopiecznych z legendarnej Fabryki powiedziała kiedyś, że jego filmy są o rozczarowaniu seksem i o frustracji. Wymowne jest też, że telefon nazywał swoją żoną.

Malga wpisuje go w osobisty hagiograficzny poczet lGBT (poprzednie filmy poświęciła min. Yukio Mishimie, Annie Schwarcenbach i Pierowi Pasoliniemu). Na tryptyk ,,Warhol to se vrati” składają się EDIE, SCUM i BOYZ.

O tytułowej Edie Segdwick (z pierwszej, najlepszej według mnie części) Victor Bockris w swej biografii (,,Andy Warhol. Życie i śmierć”) pisze: W początkach roku 1965 Andemu wyraźnie brakowało czegoś, czego zawsze pragnął: gwiazdy, którą mógłby ukształtować, swego alter ego. (…) Andy potrzebował nowej dziewczyny. (…) Edie od razu go zaintrygowała, ponieważ jak powiedział, widać było, że ma więcej problemów niż ktokolwiek mi znany” (…). (258s.)

Filmowa Edie nie bardzo ją przypomina. Choć z biografią Warhola jestem trochę zapoznany – pomyliłem Edie z Solanas. Aktorka wydaje się predystynowana do roli Valerie Solanas (w którą zresztą wciela się w SCUM). Do Edie jest nieco podobna Marta Konarzewska, która w filmie wciela się w Vivę Milkę. W środowisku Warhola znaczącą rolę odgrywała Viva. Czy chodzi o tę samą osobę? Czy może Malga z premedytacją wprowadza osobę falsyfikat i tym samym podważa biografizm ,,Warhola” ?

Jeszcze Bockris: Andy widział w Edie lustrzane odbicie.(260s.)

Na youtubie można znaleźć fragment Merv Griffin Show z 65 roku, z amerykańskiej tv – Andy szepce na ucho Edie, ta przekazuje słowa prowadzącemu wywiad. Jest w tym miłosny rys. Relację Edie i Andego można postrzegać jako miłosną. Lustrzane odbicia, platoniczny zachwyt wzajemną pustką… Malga nie poszła tym tropem (choć zakończenie SCUM jest hołdem dla Edie i jako hołd można odczytać inną scenę ze SCUM, ale o tym za chwilę…).

malga kubiak warhol

Edie wiele osób przepowiadało karierę (jeśli tylko odejdzie od Warhola). Wywodziła się z arystokracji. I to ona długi czas płaciła rachunki.

Tę złożoność trudno byłoby pewnie pokazać – Malga nie próbuje. Film nie odtwarza biografii Warhola (choć podejmuje pewne próby). Jest snem, konfabulacją. Ma coś z ciągłego happeningu. I ten łamany angielski, który sam w sobie jest nośnikiem znaczeń i ekspresji. Rodzi często efekt komediowy (aktorzy mimowolnie mówią śmieszne rzeczy, przekręcają etc.), ale i saspens (często nei wiadomo co chcą powiedzieć, a co powiedzą – brakuje im słów, zawieszają się etc.). Dlatego bardzo złowieszczo wypada transwestyta grany przez W.M., który w rozmowie z Milką (rozmowie – pojedynku) swobodnie mówi w języku macierzystym…

Ale wracam do Edie.

Edie w filmie Malgi żebrze o pieniądze, ma pretensje do Warhola, że nie płaci jej honorarium za film, czuje się wyzyskana i odstawiona na tor…

Już o krok od załamania. Scena obiadu w restauracji. Warhol, Viva i inni. Edie wpada, robi awanturę, wylewa na Warhola jakiś sos (który skwapliwie wyciera Viva Milka), musi interweniować obsługa. Scena wygląda jak sublimacja postrzału Warhola przez Solanas. A Warhol grany przez Andrzeja Słodkowskiego – jak własna pośmiertna maska. To jeden z bardziej poruszających momentów w całym tryptyku.

To jest cecha pop-artu, że każdy może odgrywać rolę kogoś innego. Że nie zawsze trzeba być sobą, żeby być sobą.” – Nico

To słowa Nico (cytuję za Bockrisem, 321 s.).

Dramatem Edie z EDIE wydaje się, że pragnie być sobą. I może Viva to właśnie Edie którą Edie chce się stać?

Uderzające jest, że tuż po wypędzeniu Edie z restauracji widzimy ją przy stole razem z innymi, tyle, że w peruce (takiej jaką ma Milka). Jeden z gości wstaje i śpiewa ,,Summertime” Gershwina. To piosenka dla Edie. I gdy wybrzmiewa widzimy Edie na ulicy, błąka się, przez moment sama, po chwili zjawiają się przy niej Andrzej Słodkowski (jako Warhol) i Miro Kamiński (jako kimkolwiek jest). Tego bólu co jest na twarzy Karoliny nie da się zagrać, trzeba go nosić w sobie, a przynajmniej – mieć zdolność do odczucia go… a może się mylę? Chciałbym, chciałbym, żeby tylko grała.

Ale obawiam się, że w filmach Malgi pewne rzeczy po prostu są, zachodzą. W występujących osobach, między nimi, między widzem a nimi (często mogą to być impresje, zbliżenie na twarz, gest, słowa poza kadrem, to co wycina się w montażu, cokolwiek)… Ciężko o tym pisać. Ale to stanowi o zbójeckiej sile filmów Malgi. Choć bywają też bardzo dotkliwe. Czasem i nieznośne. Kiedy widzimy twarz Edie Karoliny która jest motherless child i przypomina trochę skrzywdzone i poniżone kobiety z włoskiego neorealizmu (nawet w głosie wydaje się mieć włoski zaśpiew), kiedy odczuwamy osobiste relacje między osobami w filmie, czy choćby i nie było to nic osobistego… Ale this is really happening.

Pierwsza część jest wręcz maligniana niczym świat Dostojewskiego, pełna mrocznych odbić własno – cudzych twarzy. Można chyba doszukać się i gnostyckiego rysu. Edie jest wrzucona w zły, obcy, świat, nie jest stąd. A do wspomnianej wcześniej restauracji przychodzi jak pies, co żebrze o zainteresowanie pana. Notabene – w jednej z początkowych sekwencji Edie opowiada Vivie i Ultra Violet anegdotę o psie, którego Julia Warhol ponoć ukradła. Mama Warhola skądinąd bardzo lubi Edie i traktuje nawet jak synową. Edie ma u niej Dom.

W ostaniej scenie EDIE widzimy Julię, Vivę i Edie przy stole. Jest i Bonawentura, pies Julii. Viva i Edie są nagie. Edie ma perukę – taką jaką ma Viva. Julia opowiada o psie – dopowiadając, że tak naprawdę to uratowała mu życie. Na płaszczyźnie symbolicznej – psem jest Edie.

Ta scena jest upiorna (postacie mówią w przyśpieszonym tempie), z drugiej strony – jest w niej coś zaświatowego, może i coś na kształt katharsis… Nagość dziewczyn i Bonawentura w nogach Malgi strzeżący domowego ogniska jak należy…

Edie u Malgi jest więc trochę każdym kogo Warhol skrzywdził i wyzyskał. Każdym o kruchej tożsamości, kto w pewnym momencie staje się psem Warhola, kto konstatuje, że nie jest wcale człowiekiem jeszcze i prawdopodobnie już nie będzie. Że jego tożsamość była złudzeniem, krótkim snem.

Choć coś z tego wspomnienia Henrego Geldzahlera (podaję za Bockrisem) udało się chyba przetransponować na ekran:

Słychać było jej krzyk, chociaż nie krzyczała – rodzaj ponaddźwiękowego gwizdu.(269 s.)

W Warhola wciela się w filmie kilka osób. Fizycznie najbardziej zbliżony do oryginału jest Andrzej Słodkowski. Z aury – też. Cichy, może nieco zbyt bezbronny. W kilku momentach poruszający – jak w scenie w klubie gdy zamiera kiedy z głośników David Bowie nawołuje do tańca (muzyka zapętla się, na Warhola pada parokrotnie blask, który zdaje się go cucić…).

Momentami Warhol Andrzeja przypomina wręcz anioła z nieco zlukrowanych historii o aniołach co schodzą na ziemię bo zazdroszczą ludziom cielesności.

Nie widzę jednak by za obecnością tylu Warholi kryły się jakieś głębsze znaczenia. Za sprawą tej multiplikacji Warhol staje się jedynie amorficzny. Jest trochę widmem samego siebie. Czy o to chodziło? Żeby pokierować nasz wzrok na inne osoby, bo to one są naprawdę… prawdziwymi osobami dramatu?

Mam wątpliwości. Trochę brakuje mi kogoś na miarę Erwina Ledera – odtwórcy Pasoliniego w poprzednim filmie Malgi. Mam wrażenie, że wygrał Pasoliniego brechtowksim efektem obcości tworząc zarazem kontrapunkt dla innych osób występujących w filmie (i przy okazji Malga wygrała z ,,Pasolinim” Ferrary, ale to już naprawdę na marginesie). Tymczasem Warhol wydaje mi się nadobecny. A nie on jeden przecież nabiera wyrazistości przez nieobecność – jak w scenie w której Dallesandro w wannie z drugim chłopcem pyta: where is Andy? Bierze do ręki perukę i śmiejąc się mówi: here he is. Albo jak w parafrazie dowcpiu o zmarłej papudze w innej scenie…

Jako, że byłem świadkiem kręcenia jednej sceny pozwolę sobie na osobistą dygresję.

Była to scena imprezy (znalazła się w drugiej i trzeciej części). Malga skończyła kręcić, impreza powoli zmierzchała, była może druga nad ranem. Puściłem Electronic Circus ,,Direct Lines” na jutubie (sentymentalny synthpopowy kawałek lat osiemdziesiątych, wywołujący tęsknotę za miłością czy nie wiadomo czym). Teledysk to fragmenty ,,Wakacji z Moniką” Bergmana. Andrzej (filozof i filmoznawca) zaczął dekonspirować klip przed siedzącą obok Martą Konarzewską. Teledysk obrazuje stan zakochania, ten moment przebrzeżnego szczęścia za który ludzie gotowi są oddać życie i – jakby nie patrzeć – czasem oddają. Ale film się na tym nie kończy. Pojawia się dziecko, zmęczenie, niechęć. Monika ucieka… Andrzej uroczo o tym opowiadał. Szkoda, że ten moment nie wszedł do filmu. Chociaż – do ,,mojego’’ wszedł.

Ale czegoś takiego w filmie mi brakuje – sceny, w której Warhol by przemówił. Może i jako Andrzej Słodkowski. Po prostu…

Druga część, SCUM, jest dość slapstikowa. Momentami ten slapstik jest zniewalający.

Piękna jest scena kiedy bohaterzy zbierają się przed Fabryką jakby szykowali się do napadu na bank. Malga buduje tu saspens w całkiem holiłódzki sposób. Każdy kto domyśla się o czym jest SCUM (i że tytuł oprócz tego, że oznacza szumowinę jest skrótem od tytułu radykalnego feministycznego manifestu Valerie Solanas ,,Society for cutting up man”) wie, ze wystrzał nastąpi lada moment. I kto będzie strzelać.

W SCUM każdy wciela się w kogo może. Na wyróżnienie zasługuje Marta. Gra policjanta, członka ekipy medycznej, pielęgniarkę, dziewczynę niezidentyfikowaną przez mnie (a więc siebie samą po prostu?), a jako Viva Milka rozmawiająca przez telefon – suszarkę przypomina Dziewońskiego opowiadącego szmonces. Mistrzostwo.

Sceny postrzału i rozmaitych jego perturbacji utrzymane są w poetyce immannetnej krotochwili, radosnej anarchii.

Tylko, że SCUM wydaje mi się wtórne wobec EDIE. Już zobaczyłem Valerie – w Edie.

Intrygującą sceną (tworzącą zamknietą całość) jest scena ,,chrztu’’ Valerie (Edie?). Dokonuje jej Warhol (?) grany przez Miro Kaminskiego. Scena może trochę kojarzyć się z teledyskiem Nicka Cave’a ,,Where the wild roses grow”, sama Karolina – z Ofelią z obrazu Johna Everetta Millaisa (co Malga podkreśla aby nie umknęło profanom). Miro i Karolina są parą. Czy są w tym momencie wcieleniami czy są sobie i inscenizują swoje życie jest w jakiejś mierze bez znaczenia. Scena działa. Jeśli nawet jest w niej złowieszczego (Warhol dokonujący rytualnego mordu) – topienie Ofelii jest nade wszystko czułe. Kto jest Ofelią? Valerie? Która strzeliła, bo (wedle jej słów) Warhol miał zbyt duży wpływ na jej życie? A która – jak twierdzi Ultra Violet – nie została bardziej skrzywdzona niż wszyscy inni, a pewnie mniej… Czy może Edie? Zwłaszcza w kontekście słów jakie padną na koniec SCUM z offu, słów samego Warhola:

W latach sześćdziesiątych ludzie zapomnieli, czym powinny być uczucia. Nit już o nich nie pamiętał, Gdy spojrzeć na uczucia pod pewnym kątem, to już nigdy nie wydadzą się realne. Mnie więcej coś takiego przydarzyło się mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem zdolny do milósci, lecz gdy minęły lata sześćdziesiąte, nie myślałem już nigdy w jej kategoriach. Niektóre osoby stały się jednak dla mnie pociągające, Ze znanych mi osób najbardziej fascynowała mnie Edie Segdwick. I ta fascynacja była zapewne bardzo bliska swego rodzaju miłości. (Bockris, 288 s.)

Słowa te wypowiadane są ciepłym, wręcz mechanicznym głosem. Na ich tle – ekipa z Fabryki w trakcie imprezy. Malga (nie ucharakteryzowana na matkę Warhola) przynosi gumowego rekina. Tworzą korowód, wyglądają nawet trochę jak by inscenizowali ,,Rzepkę” Tuwima…

Fabryka ulega idealizacji. Przykrywa ją mgła nostalgii. Fabryka jawi się jako dom otwarty, gdzie trwa niekończąca się impreza i gdzie każdy może być, jeśli nie sławny to artysta na 15 minut. I wydaje się, że tu nic złego nie mogło i nie może się zdarzyć. A co do zaniku uczuć… Czy to takie straszne? (zwłaszcza, że jest pożądanie…). Zresztą… nawet Julia Warhola powtarzała synowi: Andy, nie przejmuj się miłością, po prostu się ożeń.

Film kończy się wypowiedzią która jest pośmiertną korespondencją miłosną i tym samym sam się nią staje.

Ale jest jeszcze trzecia część.

Głównym bohaterem BOYZ jest Joe Dallesandro, potraktowany jako ikona chłopca z Fabryki.

W przeciwieństwie do Edie/Valerie nie jest to historia tragiczna. Dallesandro żyje i chyba ma się dobrze (w teledysku Dandy Warhols ,,You are killing me” z tego roku wygląda w każdym razie rześko). Ma dziś 67 lat.

Seks (albo samo pożądanie) podszyty jest w BOYZ sadyzmem. Rozleniwiony, przeciągnięty. Wpierw fotograf który zaprasza Dallesandro na sesję bawi się nieznośnie jego pożądaniem (i tu wszyscy, który bogobojnie zarzekają się, że w kinie artystycznym seks nie jest po to by podniecać muszą spojrzeć prawdzie w oczy – witaminy nie istnieją…), potem w łóżku i w wannie bawi się pożądaniem z Grzegorzem Suchenkiem. Już prawie zaczynają się kochać, ale wracają do picia wina i robienia sobie zdjęć. Ktoś zapala papierosa…

W tle pojawiają się na chwilę historyczne zdjęcia z parad gejowksich, pierwsze doniesienia o hiv. Na tego typu wstawkach co jakiś czas (i podpisach miejsc oraz ludzi) kończy się jednak dokumentalny walor filmu Malgi…

W BOYZ pojawia się mały Warhol. W białej peruce prowadzi białego Bonawenturę. Ładny obraz – w tle przyroda – pagórki, drzewa, woda. Polska? Szwecja? Zaświat? Mały Warhol na moment staje się Warholem umarłym. Albo Charonem… W jednej ze scen siedzi na brzegu rzeki. Głównie jednak skacze po wzniesieniach, wchodzi na drzewo. Co przyprawia Malgę o nerwy i jako, że mały Warhol (jak się domyślamy) jest zapewne jej wnukiem, prosi by zszedł.

  • najwyżej zginę. – odpowiada dziecko.
  • Od razu nie zginiesz – uspokaja Malga. Rzeczywiście. Nie jest aż tak wysoko. Choć jeśli ma się w życiu pecha (myślę z przykrością)…
  • Będę miał pecha to zginę – odpowiada mały Warhol (Maldze i mi…).
  • Gdyby film kończył się tą sceną wypadłoby to może nieco sentymentalnie…
  • Kończy się jednak kłótnią Edie z Ingrid Superstar.
  • Ta scena pojawiła się w EDIE. Tam była jednym z rozdziałów dość spójnej opowieści. W zakończeniu BOYZ pojawia się trochę ni stąd ni zowąd. Jej repetycja na sam koniec jest przytłaczająca.
  • Dziewczyny kłócą się która jest prawdziwą Edie. Może się to wydać absurdalne, zrodzone ze złego snu… Słowa Rene Ricard (cyt. Za Bockrisem, 276 s.) rzucają światło:

Ludzie Warhola poczuli, ze Edie sprawia im kłopot. Byli na nią wściekli, bo nie chciała współpracować. W barze na 42 natknęli się na Ingrid von Scheflin. Stwierdzili: czyż ta dziewczyna nie jest brzydszą wersją Edie? Dajmy Edie szkołę. Zrobimy film z tą dziewczyną, a Edie powiemy, że to nowa wielka gwiazda. Ostrzygli i umalowali ją na Edie.

Ale znajomość biografii Warhola nie jest konieczna.

Choć jako Julia Warhola jest fantastyczna i wszechobecna – czuję, że samej Malgi jest w tym filmie za mało. Jak dla mnie dezynwoltury wobec biografii Warhola mogłoby być w tym filmie więcej i więcej.

Filmowi Malgi daleko do filmów Warhola. Jej spojrzenie jest gorące, gorączkowe. Miłosne.

Sam Warhol stosował często symultanicznie dwa kadry. U Malgi są cztery, albo i więcej. Film pędzi gdzieś do utraty tchu. Ale czasem też zawiesza się. Osiada na mieliznach.. Maldze żal chyba rozstać się z raz nakręconym materiałem. Jakby wszystko, co uchwyciła jej kamera, było już na zawsze jej, święte.

Malga jest jurodiwa. I może przez to niekompatybilna z lwią częścią publiczności. Która nie zrozumie, nie poczuje, nigdy się nie dowie.

Wyjdzie na szare światło dzienne…

Ostatnia scena BOYZ niepokoi mnie. Zdaje się zwyciężać w niej (osobiście nieobecny skądinąd) Warhol voyeur, blady jak śmierć. Manipulator, który podobno niszczył ludzi, a bał się dotyku. Którego Fabryka na sam koniec okazuje się – jak pisał Gerard Malanga do Allena Ginsberga – kłębowiskiem nieuczciwości, paranoi, konkurencji, osobistych korzyści. (Bockris, 323 s.)

Jak gdyby Malga poczuła, że Warhol jednak nie nadaje się na ikonę lgbt. Choć może nadinterpetuję…

Skądinąd Ingrid Superstar przepędza Edie (i Miro, który się nawinął) trochę niczym Chrystus przekupniów…

I ja poczułem się gwałtownie…

***

Na seansie dwa rzędy za mną siedziały dwie dziewczyny. Cały czas szeptały, śmiały się. Zazwyczaj źlę się i wpisuję uwagi do dziennika. Ale one dziwnie nie przeszkadzały. Nawet chciałem je trochę podsłuchać, ale siedziały jednak za daleko. A sam film… Chyba im się podobał. Zachowywały się trochę imprezowo. Ten śmiech. Nade wszystko. One chyba nie wierzyły, że to dzieje się naprawdę.

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +4, liczba głosów: 4)
Loading...
The following two tabs change content below.

Jarosław Zaręba

Ostatnie wpisy Jarosław Zaręba (zobacz wszystkie)