Uber Uber uber alles – mityczny pogromca taksówek nie taki idealny?

https://www.flickr.com/photos/noelinthebahamas/

W zeszły weekend polskie media zalały, jak to mówią Rosjanie „oczeń duszeszczipacielne” artykuły, absolutnie niesponsorowane przez Ubera. Mogliśmy się z nich dowiedzieć, jak dzielny, osamotniony menadżer rozkręcał działalność światowego lidera zjawiska zwanego ekonomią dzielenia się (ang. sharing economy). Czy te wszystkie historie nie są kolorowane nazbyt jaskrawo?

Mieliśmy opowieści o ludziach, którzy będąc na długoletnim bezrobociu dostali szansę na pierwszą od lat pracę (podkreślam słowo: pracę). O fleciście z  Filharmonii Narodowej, który ratuje domowy budżet podwożąc pasażerów i – oczywiście – wisienkę na torcie. Historię 50-cioletniej pani Haliny, tak urzekającą, że aż menedżer musiał jej poświęcić dodatkowy czas po spotkaniu, gdyż tak wzruszyła go niedola kobiety. Ale Uber dał radę i pomógł wszystkim. Gratuluję działowi public relation, ale czas aby odczarować ściemę.

W tym celu przenieśmy się do Stanów Zjednoczonych.

Pomysł Ubera, aby zrezygnować z zatrudniania kierowców, a dawać zarobić podwykonawcom, jest majstersztykiem i przynosi spore pieniądze… Uberowi.

Operator aplikacji, świadcząc usługi tylko w dwóch stanach: Kalifornii i Massachusetts, zaoszczędził od 2009 roku aż 730 milionów dolarów. Tak wynika z dokumentów sądowych, upublicznionych w trakcie procesu wytoczonego Uberowi przez byłych kontraktorów, którzy uważają się za poszkodowanych przez korporację. Powyższa kwota to szacunkowy koszt użytkowania pojazdów oraz wydatków związanych z pracą, które Uber musiałby ponieść, gdyby przyjął kierowców na etat. Cytowane sumy pochodzą ze standardowych wyliczeń kosztów, które stosuje amerykański urząd skarbowy (sławne IRS), obejmujących amortyzację pojazdów, wydatki na utrzymanie oraz paliwo. Korporacja próbuje obniżyć kwotę roszczenia do nieco ponad 300 milionów dolarów, tłumacząc, że nie można liczyć amortyzacji samochodów, które i tak byłyby wykorzystywane – nawet gdyby nie były używane do wożenia klientów Ubera.

Jakkolwiek by nie liczyć pieniędzy, łatwo zauważyć jak genialną była decyzja o niezatrudnianiu kierowców na etat. W ujawnionych kosztach brak przecież świadczeń gwarantowanych, które towarzyszą stałemu zatrudnieniu: ubezpieczeń emerytalnych, zdrowotnych czy premii. Dzięki kontraktorom firma uniknęła konieczności pilnowania stawki minimalnej. To mogło dać dodatkowe 30% oszczędności.

Wesprzyj #Medium

Warto dodać, że płacenie za przejazd Uberem nie daje kierowcy napiwków, które wcale nie są rzadkim przypadkiem w Stanach Zjednoczonych. To jak szacuje strona pokrzywdzona kolejne 120 milionów, których nie da się w żaden sposób odzyskać.

Uber ostatnio zgodził się na dwie ugody z pozywającymi go kierowcami w Kalifornii i Massachusetts. W obu przypadkach kwota roszczenia wynosiła 100 milionów dolarów i była związana z nieprawidłowościami przy podpisywaniu kontraktów, w związku z czym część osób myślała, że staje się pracownikami koncernu. Mimo ugody nie ma mowy o zatrudnieniu kogokolwiek na stanowisku kierowcy.

Warto zwrócić uwagę, że pomysł Ubera jest jednostronnym zyskiem. Ludzie, którzy dla niego wozili klientów, zarobili wprawdzie pieniądze i mieli zajęcie, ale nie stali się z tego powodu bardziej majętni niż przeciętni taksówkarze. Ponieważ właściciel aplikacji internetowej nie płacił ich świadczeń musieli je sami odprowadzać z osiąganych dochodów. To właśnie te pieniądze są oszczędnością i zyskiem Ubera. Dzięki nim prężnie się rozwija i zyskuje kolejne rynki. 700 milionowe odszkodowanie dla kierowców w tylko dwóch stanach może poważnie zatrząść modelem biznesowym. Szczególnie, gdy dołączą uważający się za pokrzywdzonych przez korporację z innych miast Ameryki. W pierwszej połowie 2015 roku Uber zanotował zysk w wysokości 663 milionów dolarów. To za mało, aby pokryć obecne roszczenia. Może się okazać, że w szerszej perspektywie potencjalnych pozwów z innych stanów, firmy nie będzie stać nawet na ugody. Genialny model biznesowy może nie wytrzymać próby czasu. Nie byłoby w tym żadnego zaskoczenia. Do tej pory korporacje taksówkowe nie są potentatami na rynku, a taksówkarze ze średnią zarobków na poziomie 23 000 dolarów rocznie nie uchodzą za krezusów.

Niewątpliwie władze Ubera mocno dolewają oliwy do ognia, gdy amerykańscy kontraktorzy dowiadują się z ust prezesa, że spółka pali miliard dolarów miesięcznie na konkurowanie na rynku chińskim. To musi budzić wściekłość zwykłych ludzi

Oczywiście, zdarzają się kierowcy Ubera, którzy jeżdżą i podwożą pasażerów dla przyjemności bycia użytecznym członkiem społeczności lokalnej, a wynagrodzenie stanowi tylko miły dodatek. Na przykład w zatomizowanych chińskich metropoliach Uber to dobre miejsce, gdzie można poznać ciekawych ludzi.

Żeby była pełna jasność, właściciel aplikacji nigdy nie reklamował się jako pracodawca idealny. W Stanach Zjednoczonych mówiło się, że jeżdżenie dla Ubera jest sposobem na podreperowanie budżetu i otrzymywanie jakichkolwiek dochodów po stracie pracy, a jeszcze przed znalezieniem nowej. Po Wielkiej Recesji była to częsta sytuacja. Ludzie tracący stałe zatrudnienie chwytali się wszelkich zajęć, aby zarobić pieniądze. Jednak sytuacja na rynku pracy w Ameryce jest daleka od normalnej. Mimo, że stopa bezrobocia jest na niskim 5-cio procentowym poziomie, gospodarce daleko do pełnego zatrudnienia. To kwestia statystyki. Tych, co są długo bez pracy, nie uwzględnia się w zestawieniach. Podobnie jak osoby, które nie chcą się zatrudnić, bo są na utrzymaniu rodziny. 5% daje poczucie, że wszystko jest w porządku. Tymczasem większość nowo utworzonych miejsc pracy powstaje na stanowiskach dorywczych, na zlecenia, na własny rachunek, bez etatu. W ten sposób ilość miejsc pracy poza stałymi kontratakami urosła od 2010 roku o 50% i dotyczy 16% ogółu zatrudnionych.

Nie takiej Ameryki oczekują jej mieszkańcy. Dlatego nie dziwi, że hasło jednego z kandydatów na prezydenta, mówiące o potrzebie przywrócenia Stanom Zjednoczonym dawnej świetności, trafia na podatny grunt.

Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com
Autor: noeltock
The following two tabs change content below.
mm
Z wykształcenia ekonomista. Interesuje się sytuacją gospodarczą na świecie ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych, Chin i Indii, jak również problemami największych światowych korporacji. Przygląda się sytuacji społeczno-gospodarczej, interesują go kwestie dochodu podstawowego, nierówności płac oraz równouprawnienia płci. Prowadzi bloga: http://antykruchosc.blox.pl/html