Arabowie pamiętają o Żydach – trudna sztuka kompromisu

Moda na kulturę żydowską w formie cepelii to wynalazek tych krajów, w których społeczność żydowska została unicestwiona. Ot, wszystkie kraje Europy Wschodniej, ale nie tylko. Taką historię mają też kraje arabskie, ale z zupełnie innych przyczyn. Ciekawe jest zwłaszcza to, jak one radzą sobie z pamięcią o tej trochę zapomnianej mniejszości w cieniu Izraela. Kraju, którego akceptacja to proces ciągle bardziej wyobrażony, niż zrealizowany, który jednak przyjął arabskich Żydów.

Żydzi w historii – zawsze wiatr w oczy, tak tu i tam

Szukając w historii Europy lepszych czasów dla Żydów, możemy nigdy ich nie znaleźć. Podobnie zresztą jest w przypadku Bliskiego Wschodu. Raczej będą to lepsze okresy, za którymi ciągnie się pełna bolesnych wspomnień przeszłość i stała niepewność tego, czy za chwilę karta się nie odwróci, i zły czas na nowo nie stanie się teraźniejszością.

Dla porządku wróćmy do kilku wydarzeń i zobaczmy, co działo się z Żydami przez wieki w Europie i Bliskim Wschodzie, by je z jednej strony porównać, a z drugiej zestawić ich los na przykładach dwóch różnych wspólnot i miejsc.

W europejskim średniowieczu warunki do życia dla Żydów były niejednoznaczne. We wczesnym okresie dwory hiszpańskie i portugalskie sprzyjały Żydom. Stanowili dodatkowe zaplecze finansowe i handlowe, ale już w XII i XIII wieku wpływy duchownych przełamały tę pozytywną tendencję. Postanowieniem soboru z 1215 roku (Sobór laterański IV) wyznawcy judaizmu musieli nosić oznakowaną odzież, która odróżniała ich wyraźnie od chrześcijan. W tym czasie rozprzestrzenia się i utrwala szereg stereotypów: obwinianie Żydów za śmierć Chrystusa, związki z szatanem, knucie z wrogami chrześcijan przeciwko tym etc. W konsekwencji doprowadza to do zmniejszenia ich populacji na zachodzie Europy. Z przymusu cofają się oni na wschód naszego kontynentu. W XIV wieku opuszczają Francję, a w XV Hiszpanię.

W Europie Wschodniej ich świat zostaje zaadaptowany do zapóźnionego cywilizacyjnie Wschodu. I tak jak w Europie Zachodniej – będą podporą dla władców (to fortel szlachty, by mieszczanie nie stali się zbyt silni i wpływowi jako stan). Żydzi organizują się w kahały (wspólnoty dorosłych mężczyzn) i w ramach tych tworzą autonomię – mocno odseparowany świat zaklęty w jidysz. Im większa staje się ich populacja, tym sytuacja robi się bardziej napięta. Dochodzi do konfliktów, pogromów i wysiedleń. Pod koniec XV wieku Żydzi muszą opuścić Kraków i przenieść się na Kazimierz, podobnie dzieje się w Gdańsku.

Przez dwa kolejne wieki aż do rozbiorów udaje im się – trwają między względną tolerancją a zawirowaniami wielkiej historii – powstaniem Chmielnickiego czy potopem szwedzkim. Od tych wydarzeń sytuacja przyspiesza i staje się bardzo dynamiczna. Europa zmierza ku państwom narodów – narodów jednej krwi i wiary. Złudzenia narodowe aż do czasów nam współczesnych nie pozwolą Europejczykom otrzeźwieć z gorączki samostanowienia i samowystarczalności. Świat stanie w płomieniach i dopiero – jeszcze ciepłe – piece krematoryjne wywołają refleksję, która przyjdzie przynajmniej trzy lata za późno od pamiętnej Konferencji w Wannsee.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Dobrze. Ale skoro w Europie było tak źle, to czy w cywilizacji islamskiej było lepiej? Jeśli spojrzymy na to przez pryzmat świętych tekstów to nie. Święto Purim upamiętnia uwolnienie Żydów spod panowania Persów, a Pesach wyjście z niewoli egipskiej. Z drugiej strony, Żydzi Bliskiego Wschodu są tymi, którzy przetrwali fizycznie apokalipsę Shoah. W tej chwili to trzon demograficzny Izraela. Kiedy mroki nietolerancji zakryły Europę, w Imperium Osmańskim Żydzi znaleźli na pewien czas schronienie. Przynajmniej do początków XX wieku, kiedy i na Bliskim Wschodzie nad egzystencją Żydów pojawiły się czarne chmury. Apogeum tego procesu przypadnie na czas ogłoszenia niepodległości współczesnego Izraela, a trochę wcześniej na ożywioną działalność nazistów, którzy zainteresują swoją ideologią Arabów. To doprowadzi między innymi do pogromu w Bagdadzie wczesnym latem 1941 roku. Będzie też jednym z sygnałów, że czas dla Żydów jako mniejszości pośród wyznawców islamu dobiegł do nieuchronnego końca. I teraz to właściwe pytanie – jak poradzić sobie z takim dwuznacznym dziedzictwem dziś?

Pamięć powraca jak żart historii i dobrze jej to robi

Historia ma to do siebie, że nie jest stałą narracją ani prawdą objawioną raz na zawsze. Otwartej debacie nad nią sprzyjają środowiska i miejsca, które nie boją się kontrowersji i trudnych pytań. Jak to jednak zrobić na Bliskim Wschodzie, gdzie szczera rozmowa bywa powstrzymywana przez liczne tabu i tłamszona przez strach, że kale się własne gniazdo? Nie trzeba. Historia potrafi znaleźć sobie sama drogę do przywrócenia pamięci. I to w sposób tak nietypowy, że aż nieprawdopodobny.

W południowym Libanie leży miasto Sydon. Jakiś czas temu historia z tego miejsca zelektryzowała sympatyków żydowskiej historii w tym kraju. Wprawdzie większość tamtejszych Żydów mieszkała dawniej w aglomeracji Bejrutu, ale około 1500 osób tworzyło społeczność Sydonu. Takie są szacunkowe dane podawane przez Nagiego Georgesa Zeidana, który dba o upamiętnienie istnienia tamtej społeczności, której ostatni członkowie (rodzina Levy) opuścili miasto w latach osiemdziesiątych, czyli w pierwszych latach wojny domowej.

Zostało po nich zaledwie kilka budynków. Jeden szczególnie zasługuje na uwagę. Chodzi o synagogę, która przeszła niezwykłą desakralizację. Nikt jej nie zniszczył, ani nie podpalił, ani też nie zbezcześcił. Stała się domem dla człowieka w potrzebie, palestyńskiego uchodźcy, który każe się nazywać Jihad Al-Mohammed. Wprowadził się do tego budynku w latach dziewięćdziesiątych i potrzebował blisko dekady, by zdać sobie sprawę z tego, czym był jego dom, i komu służył. Budynek w tej chwili jest mocno nadszarpnięty przez czas i brak renowacji, ale ciągle widoczne są hebrajskie napisy i symbole żydowskiej religii. Pan Al-Mahammed dowiedział się o ich znaczeniu, kiedy w jego domu-synagodze zaczęli pojawiać się coraz tłumniej turyści. Od razu też zakomunikował im, że on nie ma zamiaru nic zmieniać w związku ze swoim pobytem w synagodze. W miejscu, gdzie kiedyś było Aron ha-kodesz (szafa na zwoje Tory) ma teraz telewizor i router Wi-Fi.

Synagoga zaadaptowana pod dom

Od momentu pojawienia się informacji medialnych o synagodze, było i modliło się tam nawet dwóch rabinów. Wprawdzie byli to członkowie grupy Neturei Karta, czyli organizacji ortodoksyjnych Żydów przeciwko syjonizmowi, co podoba się niezwykle Arabom, ale w tym przypadku to fakt o znaczeniu drugorzędnym. Liczy się to, że przez dziwne zrządzenie losu dyskusja o pamięci mogła zaistnieć i otworzyć oczy na wszystko, czego rozum i instynkt tak bardzo próbują nie dostrzegać. Trudno bowiem prowadzi się debatę między skrajnymi stanowiskami – takimi, które albo nazbyt upraszczają, albo nie dostrzegają złożoności problemu, albo w ogóle unikają dyskusji. Trzeba wtedy czegoś ekstra – jakiegoś impulsu, który sprowokuje konieczność zajęcia stanowiska.

Rewersem także nieplanowanej konfrontacji z historią żydowską przez arabskie oczy jest opowieść dr Carol Jahshan, amerykańsko-libańskiej psycholożki i artystki, która w ramach pracy naukowej odwiedziła Izrael i swoimi przemyśleniami z tej podróży podzieliła się z czytelnikami jednej z lokalnych gazet.

Carol przed wyjazdem miała wiele wątpliwości. Nie pomagały jej rady i opinie, które słyszała od przyjaciół i rodziny, kiedy poinformowała ich o swojej decyzji. Przeważało wśród nich pytanie dlaczego tam jedzie, skoro wiąże się to z prawdopodobieństwem upokarzającego doświadczenia – w końcu chodzi o Izrael. Takie generalizowanie czegoś, czego nie znamy, bądź znamy tylko z mediów i stereotypowych klisz. Na szczęście, ciekawość i otwartość wzięły w jej przypadku górę, co miało zbawienne konsekwencje. Tel Aviv okazał się być bardzo nowoczesnym miastem z iście arabskimi przedmieściami, a Izraelczycy oddzieleni od polityki i swoich decydentów – sympatycznymi ludźmi, ciekawymi nowej towarzyszki z Libanu oraz jej punktu widzenia na wszystkie tematy, łącznie z drażliwymi tematami politycznymi.

Po co o tym pisać? Z pewnością nie tylko po to, by pokazać, że wbrew temu, co jest oficjalnie prezentowane: wszyscy Arabowie to żydożercy, a historia wbrew odgórnemu zarządzaniu potrafi tworzyć sprzyjające warunki i wyjść naprzeciw ludziom potrzebującym dialogu. Życie nie znosi próżni, ludzie też nie. Trzeba o tym pamiętać nawet, kiedy okoliczności są więcej niż niesprzyjające. Nawet kiedy hałaśliwa większość utrudnia szczerą rozmowę, to niszowe i odpowiedzialne środowiska potrafią zorganizować dla siebie przestrzeń, by te trudności zniwelować i szukać kompromisu. Nawet takiego, którego cena wydaje się na początku niewarta zachodu. Nikt na dobry początek przecież nie oczekuje pomnika Barucha Spinozy w Rijadzie, prawda?

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +5, liczba głosów: 5)
Loading...
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.