Brykające owce polskiego Kościoła

Jak bardzo zhomogenizowaną historią (historyjką) się karmimy, jak to wpływa na nasz obraz rzeczywistości, wizję nas samych i podtrzymywanie, przecież zupełnie fałszywego i karykaturalnego, mitu Polaka-katolika, doświadczyć można analizując przeszłość. Można wybrać sobie dowolne zdarzenie bądź bohatera i spróbować, samodzielnie, bez podpowiedzi, napisać historię jeszcze raz.

Pracownicy Kościoła Katolickiego w Polsce przed 1939 nie mieli wcale tak różowo. Można nawet śmiało rzec, że w porównaniu z obecnym błogostanem, mieli przegwizdane.

Problemy i konflikty rodziły się najczęściej z powodu brykania owiec. Ateizm zabarwiony komunizmem, albo powojenna utrata wiary były po 1918 r. zjawiskiem może nie powszechnym, ale jednak dość częstym.

Czasami parafianie buntowali się przeciw księdzu (szczególnie po śmierci Marszałka P.). Czasami ksiądz proboszcz stawał przeciw niesubordynowanym członkom parafii. Co ciekawe, te historie, choć zabawne i pouczające – zniknęły z pamięci. A szkoda.

Bo taki na przykład ksiądz pułkownik Józef Wrycza…

Obecnie bohater, patron ulic, a nawet – dzięki inicjatywie i funduszom Bractwa Kurkowego z Tucholi – utrwalony w spiżu, średniej wielkości pomnik (… „Krocząca w stronę rynku  postać trzymająca w lewej ręce książkę ubrana w sutannę na ramionach założony płaszcz wojskowy.”) Oczywiście, nic mi do bohaterów, szczególnie tych nie z mojej parafii ;-), ale akurat na podstawie życiorysu księdza-bohatera możemy prześledzić  wygibasy propagandy.

Obiekt naszej analizy, zanim stał się spiżowym, kroczącym w stronę rynku pomnikiem, był aktywny duchownym, przedstawicielem specyficznej i nie małej grupy narodowych katolików. W rzeczy samej – postawą swą patriotyczną, niezłomną, antysowiecką dał wyraz podstawowemu warunkowi bohaterstwa – wszystko, co odciąga od religii, wszystko co anty-kościelne to zło. Było tak w czasie Zaborów, było po 1918, a i później  ksiądz pułkownik, nie lękał się ani  germańskiego najeźdźcy, ani bolszewickich oprawców. Nie klękał też przed rodzimymi odszczepieńcami w latach 30.  oraz  wszelkiej maści „ubekami” po 1945. Był i w Stronnictwie Narodowym, i w „antykomunistycznym podziemiu”, więc właściwie nie brak mu niczego, by stał się naszym nowym, prawdziwym bohaterem.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

A jednak jest pewien znamienny epizod w burzliwym życiu zaangażowanego księdza, który do naszych czasów przetrwał w formie nie tyle zniekształconej, co wymyślonej. Mało tego. Ta wymyślona historia wykasowała drugiego bohatera tej opowieści, i to może być jej najistotniejszy fragment.

Otóż, we wszystkich dostępnych wersjach życiorysu Wryczy, obok peanów na temat jego niezłomności, wysokiej klasy patriotyzmu, związków z Hallerczykami, umiłowania  porządku w prowadzeniu mszy, działaniu w „antykomunistycznym podziemiu” po 1945, prześladowaniu przez wszelkiej maści ubeków, pojawia się mniej lub bardziej dokładnie omówione wydarzenie z roku 1933.

Według wersji z XXI w. ów dzielny ksiądz „Przeciwstawiał się rządom sanacji, m.in. w 1933 r. doprowadził do strajku szkolnego w Wielu, sprzeciwiając się obowiązkowemu nauczaniu dzieci Marsza Pierwszej Brygady.” Joj. Ksiądz, zwany „księdzem generałem” chciał uchronić dziatwę wiejską przed strasznym wpływem okrutnych słów:

„Legiony to żołnierska nuta,

Legiony to ofiarny stos,

Legiony to żołnierska buta,

Legiony to straceńców los!

My, Pierwsza Brygada,

Strzelecka gromada,

Na stos rzuciliśmy

Swój życia los,

Na stos, na stos!”

Może był jednocześnie generałem in spe, i pacyfistą z krwi i kości? A może to tylko przedziwny odprysk prawdziwej historii?  Bo, o czym  znakomita część osób w 2016 r. nie wie, „Marsz Pierwszej Brygady” był rzeczywiście obiektem histerycznych napaści prawicowców i obiektem kultu Legionistów, szczególnie po maju 1926 r. Jedni (legioniści) stawali na baczność gdy brzmiały pierwsze takty, drudzy (np. prawicowa młodzież  uniwersytecka) ostentacyjnie opuszczali  salę i śpiewali pod nosem: „my pierwsza brygada, Piłsudskiego dziada”.

Więc wersja z potajemnymi zebraniami zwołanym przez księdza, na których tłumaczył mieszkańcom Wiela, że zmuszanie dziatwy do wyśpiewywania hymnu samobójców i wielbicieli „tego” Piłsudskiego to zdrada Ojczyzny, Polski naszej, która – jak Bóg da – będzie kiedyś prawdziwie niepodległa (NIEPODLEGŁA), a nie omotana lewacko-żydowskimi mackami, jest absolutnie prawdopodobna. Wrycza był endekiem i to nie jakimś tam szeregowym członkiem, a prezesem Zarządu Powiatowego Stronnictwa Narodowego w Chojnicach, czyli możemy założyć w ciemno, że Józefa Piłsudskiego miał za zdrajcę, a pieśni legionowe za niesmaczne uzurpatorstwo, boć to Haller i Dmowski wrócili Polsce granice, a nie jakiś socjalista i kobieciarz. Głęboką nienawiść do Komendanta mógł ksiądz demonstrować np. w czasie gdy w całej Polsce odprawiano uroczyste msze z okazji imienin Piłsudskiego. W 1933 r Wrycza  nie odprawił mszy w ogóle, zaś w w 1934, pod presją, zgodził się, by mszę w Wielu odprawił wikariusz.

Zrzut ekranu 2016-06-09 o 23.04.42

Ale, mimo że wielce prawdopodobne było pieniactwo w kwestii tego kto i gdzie może śpiewać o stosach i losach, to prawdziwym powodem, który umożliwił  księdzu dwumiesięczną wizytę w ośrodku odosobnienia była jednak inna historia. Inna w szczegółach, bo ideologicznie – jak najbardziej, wszystko się zgadza.

W wiosce, miasteczku – jak powiedzieć, żeby nie obrazić…, w Wielu była szkoła powszechna. Jej kierownik Napiórkowski był wrogiem księdza Wryczy. I to nie jakimś tam  zwyczajnym wrogiem, co krzywo spojrzał albo wyśmiewał się za plecami. Kierownik szkoły w Wielu, W. Napiórkowski, był wrogiem kościoła. Ba! Był wrogiem religii! Ze szczególnym uwzględnieniem wychowania katolickiego! Zabraniał  dzieciom należeć do organizacji kościelnych,  odradzał im chodzenie na nabożeństwa mówiąc: „religia jest nudna i niepotrzebna”… Co tu dużo gadać, mając taką zakałę i antychrysta w parafii miał prawo dzielny i zaangażowany ksiądz wyjść z nerw…

Wcześniej, w innej parafii, nauczyciel Napiórkowski, członek koła „Strzelców”, zagorzały fan Marszałka, socjalizmu, wychowania przez sport  też przysporzył wielu trosk kościołowi. Zapewne pan N. (jak piszcząc ze złości pisali o nim w ”Pielgrzymie”) był przyczyną gniewu księdza już w 1932 roku, bo wtedy rozpoczął pracę w Wielu. Ale dopiero w 1933 roku, w czasie obchodów święta 3 Maja pokazał, na co go stać. We wszystkich parafiach świętowano uroczyście, były msze, przemówienia, defilady i śpiewy. W Gniewie, w Bobowie, Osieku, Skarszynie czy Garczynie – pod czujnym i troskliwym okiem tamtejszych proboszczy młodzież występowała, strażacy przygrywali,  lud bawił się na zabawach… W jednej tylko wsi doszło do rozłamu. W Wielu. Nie dość, że dziatwa nie mogła wziąć udziału w uroczystym nabożeństwie, bo zatrzymana została na akademii w szkole (która, złośliwie, trwała od  ósmej rano do dziesiątej trzydzieści!), to i później nauczyciele nie pozwolili dzieciom uczestniczyć w procesji. Już pięści były w pogotowiu, bo kto to widział tak władzę rodzicielską podważać, dzieci od kościoła odciągać! Złe języki mówiły, że to ksiądz sam z pięściami się rzucał na nauczycieli, którzy dzieciom kazali ustawić się  w  czwórki i maszerować w stronę odwrotną od domu Pana!

Po zajściu, do kuratorium i do kurii biskupiej, apelował ksiądz proboszcz, chodzili z prośbami  stroskani rodzice – by złego kierownika oddalić, a na jego miejsce powołać dobrego, katolickiego nauczyciela. Niestety, bez powodzenia.

Za to w najbliższych miesiącach na wokandę sądu w Chojnicach trafiło kilka spraw z Wiela. Już to Wrycza vs Napiórkowski (oskarżenie o kradzież i zniszczenie tablicy okolicznościowej z tekstem: „Stadion im. księdza Józefa Wryczy”, których to miał dopuścić się kierownik Napiórkowski wraz z kilkoma kolegami ze „Strzelca”; jednak jedyny świadek tych wydarzeń, pan Grzonka, przed sądem zmienił zeznania i został oskarżony o krzywoprzysięstwo). Już to Napiórkowski vs Wrycza (podżeganie do strajku uczniów, do czasu gdy nauczycielem będzie „zboczeniec” Napiórkowski. Wątek jakoby nauczyciel „dopuszczał się obrazy moralności publicznej z nieletnimi dziewczętami” pojawił się na etapie śledztwa, wszyscy świadkowie wycofali jednak swoje zeznania, ostatecznie Sąd uznał winnym księdza Wryczę i skazał go na dwa miesiące aresztu.) Wyrok aresztu został podtrzymany przez Sąd Najwyższy i w czerwcu 1935 roku ksiądz trafił na dwa miesiące do ośrodka odosobnienia w Rywałdzie pod Radzynem. Według narodowców:

„… w sobotę 1 bm. Policja z Chojnic przybyła do Wiela na motocyklu, doręczyła ks. Wryczy wezwanie do odbycia kary aresztu.”

Ksiądz jeszcze walczył, by nie odbyć zasądzonej kary, składał wniosek o odroczenie w sądzie grodzkim, ale wobec odmowy – musiał w końcu przyjąć do wiadomości, że jednak, z pewnym opóźnieniem – poniesie odpowiedzialność za odciąganie dzieci od obowiązku szkolnego.

„W kościele i pod kościołem zabrzmiała pieśń „Pod twą obronę”. Nastąpił wzruszający moment pożegnania. Wśród bicia dzwonów, płaczu setek parafian, ks. Wrycza, do głębi wzruszony przywiązaniem parafian, zajął miejsce w aucie, które zawiozło go do Chojnic. Nad wyraz trudno opisać chwilę pożegnania. Płakali wszyscy, starzy i młodzi”

Jeszcze trudniej zrozumieć, czemu przez następne lata konsekwentnie wymazywano z pamięci i zapisków informację o prawdziwym powodzie osadzenia księdza. Dlaczego musiał przepaść w czarnej niepamięci kierownik Napiórkowski i jego koledzy z koła „Strzelca”? Czemu nie można nawet wspominać sprzeciwu wobec instytucji kościoła? Jawnego nawoływania do rozdzielania nauki i religii?

Ze strachu przed tym, że bohaterowie walczący z hegemonią kościoła, z religią w szkole, staną się równoważni z tymi „bohaterami niezłomnymi” z  bardzo prawej, katolickiej strony? Że, jeśli okaże się, że jednak nie jesteśmy wszyscy dziećmi jednego kościoła, a Polak to nie synonim katolika, to pojawią się rysy na murze dzielącym nas od reszty świata?

A najciekawsze w sumie jest dla mnie to, jaki wpływ na małych mieszkańców Wiela miała ta cała historia. Czy kierownik Napiórkowski jest gdzieś głęboko obecny w ich świadomości?

 

 

 

 

 

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +7, liczba głosów: 9)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Anna Karolina Kłys

Ur. 1969, dziennikarka radiowa i telewizyjna. Od 1991 r. związana z pierwszą prywatną rozgłośnią w Poznaniu, Radiem S (obecnie Radio Eska). Pracowała jako prowadząca programy, reporterka i wydawca. Zaangażowana w sprawy społeczne (m.in. Amnesty International, Objector). Od 2003 roku zajmuje się fotografią. Opublikowała wywiad-rzekę z Bohdanem Smoleniem "Niestety wszyscy się znamy" (2011), "Brudne serca" (2014), "Tajemnica Pana Cukra" (2015).