Czy witamina C leczy nowotwory?

Tu się nie ma co zastanawiać, tu trzeba działać! Czas ucieka, człowieku, śmierć ostrzy kosę, a ty tu dzielisz włosy na pół i bierzesz pod lupę każdy artykuł, każde słowo, szukając dowodu, nie rozumiejąc nawet, że nie o dowód tu chodzi, lecz wiarę, nie o rozum, lecz serce i marzenia na wpół odciętej już głowy, że sprawy mają się zgoła inaczej, niż sądzi nauka i autorytety.

Nieważne, co powiedział ci lekarz i pseudo-dowody, pisane czarno na białym wyniki badań, które każą pakować walizki – istotny jest fakt, że za tą całą kurtyną szpitalnej wioski stoją koncerny farmaceutyczne, spijające z pacjentów krew do ostatniej kropli, żerujące na ich cierpieniu, a wręcz skręcające im metodycznie kark w nadziei na zysk.

Nowotwór to taki emocjonalny towarzysz na lata. A wręcz na życie. Paradoks choroby polega na tym, że nawet po pomyślnym zakończeniu leczenia, po wielu miesiącach wspólnej dla całej rodziny terapii, stawiasz się stale na badania kontrolne z niesłabnącą ani na chwilę obawą, że choroba znienacka wróci, jak w filmie bez happy-endu – rak wsadzi swe szczypce w drzwi, złapie za pierś, lub płuco i już nie puści, skurczybyk, ściągnie na dno. Spóźnisz się miesiąc, dwa, lub pół roku i cześć – w najlepszym wypadku wszystko przerobisz od nowa, nie tylko zabieg, lecz także terapię, niewygodną, konieczną, niepewną w skutkach, która jeśli już w ogóle gwarantuje cokolwiek, to nudności, wymioty i wypadanie włosów. Stąd strach przed chorobą, powszechna kancerofobia, świadomość powagi sytuacji życia z rakiem u boku i parcie ku życiu, za wszelką cenę w sensie, rzecz jasna, ekonomicznym.

Nadzieja umiera ostatnia – moja urojona pacjentka ma nowotwór złośliwy jajnika IV stopnia wg FIGO (The International Federation of Gynecology and Obstetrics), który to daje zaledwie 5% szans na przeżycie najbliższych pięciu lat, jest skonsultowana przez specjalistów i nieoperacyjna, z racji rozsiewu do jamy brzusznej, a więc licznych przerzutów. Używając terminologii medycznej – możliwości terapeutyczne zostały wyczerpane i z taką to etykietą trafić chce do ośrodka specjalizującego się w leczeniu chorych między innymi onkologicznych wysokimi dawkami witaminy C.

Czym jest ta terapia i jak jest skuteczna? Posiłkując się stroną internetową i publikacjami jej zwolenników, docieram do rewelacji – lekarstwo na raka istnieje, zamiecione pod dywan przez pazerność koncernów i zmowę białych fartuchów. Kwas askorbinowy rozgniata nowotwór jak ziarno w moździerzu, cofa chorobę na każdym etapie, skarla chore komórki lub strzela do nich jak snajper, wzmacniając, niejako gratis, układ odpornościowy, czy ujędrniając pomarszczoną, niemłodą zapewne skórę. Gdzie nie spojrzeć, modne terminy – wolne rodniki, antyoksydanty, limfocyty T i B, kolagen, nadtlenek wodoru – aż ślinka cieknie niczym na widok bogatego w C plastra cytryny – na chore gardło, i wieczorną herbatkę do filmu z łyżeczką słodkiego miodu. Co ważniejsze, mój rozmówca zapewnia mnie chętnie, iż pacjentka, o której mówię, jest wymarzonym wręcz kandydatem do cudownej terapii, która przy takich właśnie współrzędnych daje najlepszy skutek. Zupełnie jak w starym dowcipie, gdy lekarz, zatarłszy ręce, mówi rozanielony – przyszedł pan do mnie z moją ulubioną chorobą. No właśnie, lecz mam wątpliwości.

Szukając twardych danych w sieci, tak zwanych studiów przypadku, kontrartykułów względem tych podważających rzetelność C-entuzjastów, nie mogę nabrać pewności. Tym bardziej, że mój specjalista nie prowadzi żadnych, własnych kartotek czy badań w obawie przed kolejkami i urywającymi się telefonami – firmę mógłby rozsadzić sukces, a świat lekotłuków zawiść. Owa tak dobrze znana, wręcz oswojona żółta tabletka stoi im ponoć kością w gardle – to dziwne, bo choć nienawidzą, jak słyszę, to produkują, co widzę, i stawiają w sezonie wszędzie, obok dropsów dla dzieci, gazet dla starszych, czy ruti-, nuro-, ibu- w aptece pod dziesiątką dziwacznych nazw, w tabletce twardej i musującej, kropelkach, syropie, czy właśnie ampułkach – w postaci kluczowej dla całej, przełomowej terapii. Koszt takowego wlewu, ot w domu, po kryjomu z pielęgniarką-sąsiadką u boku, zamknąłby się w kwocie około 50 złotych, podczas gdy w gabinecie – sięga do 300. Co więcej, cena całej, kompletnej terapii to wydatek blisko 60 tysięcy złotych. A więc, dla wielu, to kredyt, pożyczka, lub oszczędności całego, nie dość długiego życia.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

A doustnie? Cebula, cytryna, czarna porzeczka? Mój rozmówca nie daje szans osiągnięcia zalecanych przez niego stężeń kwasu askorbinowego w krwi – proszę pana, proszę nie starać się być tu ekspertem… tylko ampułka, tylko igła, tylko żyła i tylko u mnie. Fakt wyniszczenia mojej znajomej nie jest szczęśliwie przeszkodą – do terapii kwalifikuje się bowiem każdy, a im bardziej chory tym, mam wrażenie, lepszy. I jeszcze jedno, proszę pana – proszę nie szukać, nie czytać, bo straci pan szybko głowę. Terapia C to znacznie więcej, niż sądzę, blisko – co robi wrażenie – dwieście substancji, ziół i pierwiastków śladowych, multiwitaminowa bomba, której próżno szukać w aptece, czy książkach z tak zwanego mainstreamu. Proszę zaufać, zawierzyć i przyjść na dwadzieścia-czterdzieści minut rozmowy, w czasie której będą dowody, będą świadectwa, będą szczegóły, choć nie na piśmie. Zaczynam wręcz wierzyć, że dziełem terapii będzie nie tylko wspólnie dzielony przez wszystkich nas sukces, lecz także cud-tajemnica, do której dopuszczać będziemy wybranych-skazanych przyjaciół i członków rodziny. Nieśmiertelność zdaje się mi nabierać kształtów i stać na wyciągnięcie okrytej portfelem ręki. Chodź i weź, a potem żyj ile wlezie! No to nad czym tu myśleć? Po co się wahać?

Kłopot w tym, że nowotwór jest jednym z najbardziej sterapeutyzowanych rozpoznań medycznych – że wielu chorych okładało się kiedyś torfem, piło swój mocz, podgrzewało skórę, a niby i wnętrze, gorącym okładem, zanosiło swe prośby do szeptuch i energoterapeutów, czarujących ich ciepłem, uwagą i piękną pewnością siebie, zajadało się homeopatykiem, czosnkiem, pestkami, czy wręcz przeciwnie – głodowało, by  zagłodzić biesiadującego w nich raka, osiągając za każdym razem podobne efekty, które gdzieś kiedyś, pocztą, pantoflem, językiem urastały z wolna do niezasłużonej im rangi rewolucji i cudu. A rak to niestety choroba na baczność poważna, pisząca dramaty jednostek, rodzin, czasem rozwalająca, a czasem porządkująca życie, zawsze groźna, gdy nie leczona i od  chwili diagnozy – wkraczająca na stałe życie. Skuteczność leczenia wyznacza tu statystyka, procentowy odsetek zgonów, pojęcie jakości, a nie długości życia, temat wciąż delikatny, a dla wielu wręcz nie do podjęcia. Stąd popularność alternatywy, parcie na nowość, podatność na wpływy…

Nigdy nie miałem – paradoksalnie – nic przeciwko najoczywistszej wręcz hochsztaplerce w terapii. Gra znaczonymi kartami może być nawet zabawna i służyć czyjejś rozrywce, choćby nawet ze stratą. Pal sześć. Lecz gdy na stole ktoś gotów jest złożyć jakieś piętnaście centymetrów równo sprasowanych banknotów, zaczynam się irytować. To wykracza daleko dalej od darmowego placebo, od samoregeneracji, którego źródłem może być wola przeżycia, motywacja zakotwiczona w wierze, że nie wszystko jeszcze stracone i jakaś iskra, gdzieś w mroku, wciąż jeszcze się tli.

Z panem do cudów pożegnałem się miło, nie wiem nawet do końca, czy wina leży po jego, czy po stronie pacjenta. Tak czy owak rozbrat z życiem na kresce uważam za kontrowersję i apeluję – jeśli chcesz zajadać się, jak mój znajomy, pestkami brzoskwini, wierząc w ich zbawczą moc, upewnij się proszę, ile płacisz za zwykły kilogram, a ile za własną naiwność.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +19, liczba głosów: 25)
Loading...
The following two tabs change content below.