Ile się kobiety muszą naszarpać, żeby wyrwać od władzy 300 złotych podwyżki

Pielęgniarstwo to naprawdę nie praca, w której suniesz jak duch korytarzem z tacą pełną tabletek i czepkiem na głowie, zaczepiana raz po raz przez wesołych, figlarnych chorych. To fach odpowiedzialny, jak mało który i z wielu powodów trudny na poziomie tak emocjonalnym, jak i fizycznym.

Ten wdzięczny pacjent, który gotów jest ofiarować ciasto i kawę w dowód uznania za czułą opiekę, to nierzadko kawał wielkiego chłopa, którego w stanie surowym należało przesuwać z lewa na prawo, myć od pięt po czubek kosmatej głowy, odessać z gardła, zakłuć igłą, nakarmić, czy choćby podłączyć fachowo do aparatury, a więc poddać czynnościom diagnostyczno-terapeutycznym, o których w mediach ani mru-mru. Tym bardziej więc nie rozumiem, dlaczego kwestia pieniędzy jest dla pielęgniarek kwestią wstydliwą i jej podjęcie w mediach opatrzone być musi laurką, że to nie o to faktycznie chodzi, że to jedynie troska o chorych, że ręce do pracy, że przecież trzeba, lecz nie mamy już sił.

Autor, Sebastian Kuklo, jest pielęgniarzem w Białymstoku. Ilustracją jest praca Katarzyny Kozyry „Olimpia”. 

Ile wysiłku kosztuje w Polsce trzysta złotych podwyżki? Ileż nerwów, emocji, przekleństw, nocy nieprzespanych i przepłakanych z trzech stron (bo i personel, administracja wszelakiego szczebla, rodzice), cierpliwości i determinacji potrzeba, by wynegocjować poprawę warunków pracy w sektorze tak istotnym dla każdego z nas, jakim jest zdrowie?

Jak wiele potrzeba siły, by choćby nawet z mediami sforsować opór przed kompromisem i „ugięciem się” władzy pod presją pań pielęgniarek, czy raczej kobiet wykonujących swą pracę w Polsce?

Nie tylko one zarabiają za mało w stosunku do powierzonych im zadań, podobnie rzecz ma się z salowymi, czy kasjerkami w sklepie z długą na dziesięć koszy kolejką, naznaczoną sinusoidą piknięć na czas, z których rozlicza je firma. Fakt faktem: kobieta w Polsce jest nieroszczeniowa, pozornie zadowolona z możliwości, jakie dostarcza rynek, pozbawiona nierzadko reprezentacji, a z nią nawet – trzymana w ryzach wiekowej tradycji. Płace w tym kraju wyznacza udźwig, jak gdyby owe dziesięć kilo różnicy przekładało się znacznie na jakość wykonywanej pracy i dobitnie dzieliło ludzi na słabych i silnych, a więc lepiej zarabiających.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

 

Jako pielęgniarz widzę świat pielęgniarek nieco inaczej, niż ludzie spoza szpitala.

Główną przyczyna strajku są i będą pieniądze. To z powodu nieadekwatnej do rzeczywistości wyceny pracy zabrakło chętnych do jej wykonywania. To z powodu ich braku narastają frustracje, niechęć do pracy w nadgodzinach, ale także konieczność kontraktowania usług, w których sam pozornie ustalasz granice, a w gruncie rzeczy gwałcisz swój zawód, udowadniając, że za wcale nieduże pieniądze zatrudnić można nie trzech, a dwóch i to w kilku ośrodkach na raz. Unia europejska dała nam porównanie i uzasadnione poczucie niesprawiedliwości. Otworzyła nam oczy, kusząc ofertą dla wielu, jak czas pokazał, nie do odrzucenia i dając poczucie nie tylko satysfakcji z wykonywanej pracy, ale i z pobieranej pensji. Zamiatanie pod dywan kwestii zarobków stoi w niezgodzie z przyszłością tego zawodu i skazuje na kredyt – negocjacje nadgodzin, czy zapowiedziane w porozumieniu andrzejkowe wróżenie z fusów, a więc budżetu na przyszłe lata.

Dwa lub góra trzy dyżury lekarskie są odpowiednikiem miesięcznej pensji pielęgniarki pracującej w szpitalu.

 

Czy niechęć do pielęgniarek jest wyrazem strukturalnej przemocy wobec kobiet?

Tak modne dziś spółki lekarskie oparte o pracę w systemie zadaniowym pozwalają zarabiać więcej na drodze, choć mocne to słowo, wyzysku innych, niżej stojących w hierarchii pracowników oddziału. Dla opinii publicznej wykazują chętnie swe płace brutto, nie wspominając przecież o gabinetach prywatnych, czy dodatkach za pracę w wymiarze wspomnianych dwudziestu czterech, nierówno przepracowanych godzin.

A my wciąż, uparcie, udowadniać musimy, że istniejemy z pożytkiem dla całego systemu, biorąc na litość tak rząd, jak i Polskę, nie pokazując palcem, jak być może należy, kolosalnej różnicy w płacach. I duża w tym wina tradycji, umniejszania roli kobiety, bez której, faktycznie, padnie i szpital, i sklep i być może kościół, do którego – jak to nierzadko bywa – kobieta prowadzi rodzinę za kołnierz.

Pielęgniarki, ich pracodawcy, decydenci, owa elita i społeczeństwo polskie muszą zrozumieć, że czasy taniej siły roboczej muszą się wreszcie skończyć i praca, równie odpowiedzialna, co męska, powinna znaleźć odbicie w pensji.

Wynoszony na piedestał umorusany górnik, czy dzielny policjant nie muszą wbijać sobie przez ponad pięć lat do głowy zagadnień natury ściśle życiowej, podczas gdy praca w szpitalu, czy pogotowiu jest przecież nie mniej niebezpieczna i pełna ryzyka. Tu agresja, tam ślina i krew, chemioterapeutyk, elektromagnetyzm, izotop, czy opary anestetycznych środków, które cholera go wie, jak bardzo szkodzą w najmniejszych chociażby dawkach i ekspozycji przez lata, na stałe pięć dni w tygodniu. Swoiste odczarowanie wizerunku zachłannej, nieco leniwej, oczepkowanej siostry wydaje mi się być jednym z kluczowych zadań, jakie stoją przed pielęgniarkami w najbliższych, ciekawie rysujących się latach.

Zjawisko braku owych wyschniętych źródeł i powszechnej stagnacji to być może najlepsza rzecz, jaka mogła dotknąć mój zawód. I, paradoksalnie, stanowi dobry punkt wyjścia do negocjacji na ogólnokrajowym szczeblu i gruntownej przemiany. Szczególnie w naszym sposobie myślenia o sobie.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +50, liczba głosów: 70)
Loading...
The following two tabs change content below.