Walka o ulicę Dąbrowszczaków : jacy bohaterowie, takie społeczeństwo

XIII Brygada im. Jarosława Dąbrowskiego była na celowniku polskich władz już jakiś czas temu. W 2007 roku rząd postanowił odebrać jej członkom uprawnienia kombatanckie. Dziś, w ramach ustawy dekomunizacyjnej Dąbrowszczacy mają zniknąć z ulic miast takich jak Gdańsk, Słupsk czy Warszawa.

O działalności Brygad Międzynarodowych, ale też własnej autoidentyfikacji i polskiej polityce historycznej na tle Europy Mateusz Romanowski rozmawia z Piotrem Ciszewskim, Jeremim Galdamezem i Maciejem Sanigórskim. Trójką aktywistów i nieproszonych gości komisji ds. nazewnictwa miejskiego.

Ustawa dekomunizacyjna przeszła przez Sejm i Senat właściwie bez jakichkolwiek większych sprzeciwów ze strony polityków. Co przede wszystkim ma wpływ na taki stan rzeczy?

Piotr Ciszewski: Wszystkie partie są uwikłane w system kapitalistyczny. Tradycja ruchów robotniczych jest politykom obca, ponieważ reprezentują oni klasę średnią albo klasy uprzywilejowane. Dlatego ten brak sprzeciwu nie dziwi. Pod względem polityki historycznej PiS i PO nie są od siebie tak bardzo odległe.

Jeremi Galdamez: Może mieć to swoje korzenie także w strachu, że ktoś może nadać takim obrońcom łatkę „komuny” czy „obrońców ubeków”.

Maciej Sanigórski: Od lat również społeczeństwo jest w miarę bierne w tej sprawie. Brakuje u nas chęci oddania głosu ludziom, jakie jest ich zdanie na temat historii, jaka jest pamięć społeczna na temat tego, co się wydarzyło w tym kraju przez ostatnie 60 lat i więcej. Ta historia częściej jest kreowana odgórnie przez znanych historyków, głównie prawicowych, którzy już lata temu przejęli główne instytucje typu IPN. Dlatego też siły polityczne nie postrzegają walki z dekomunizacją, jako zagadnienia, na którym można zbić jakiś kapitał. Stosuje się swego rodzaju szantaż moralny wobec osób, które pamiętają to inaczej.

Wesprzyj #Medium

Zagadnienie rozliczenia się z „komuną” jest u nas bardzo medialne. Możemy traktować tą ustawę, jako swego rodzaju symboliczny odwet np. za brak ustawy lustracyjnej?

PC: Jest to na pewno temat mobilizujący elektorat PiS-u, ale z drugiej strony „temat zastępczy” odwracający uwagę od problemów społecznych. Władza dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że może zrobić pewne pro-socjalne ukłony w kierunku społeczeństwa, ale obecnej sytuacji nie zmieni, bo groziłoby to narażeniu się bankom, korporacjom i klasom uprzywilejowanym. Dekomunizacja jest tematem tym łatwiejszym, że nie wymaga specjalnej intelektualnej refleksji. Dekomunizatorem można zostać kompletnie nie znając historii, co pokazują zresztą warszawscy radni występujący za dekomunizacją.

JG:  Trzeba też pamiętać, że partie liberalne, jak PO również popierają dekomunizację. Może nie są w tym temacie równie zdeterminowani, ale przecież ustawę poparli wszyscy, w te, tak zwane, partie liberalne.

Jak powiedziałeś, partie liberalne poparły dekomunizację. Czy ich polityka historyczna czymś się różni od wizji np. PiS-u?

PC: Sam fakt utrwalenia się zbitki słownej, jaką jest „polityka historyczna” jest fatalny w skutkach, bo albo zajmujemy się historią, albo dostosowujemy ją do swoich bieżących potrzeb politycznych. Często historia jest nie tyle zapominana, co po prostu przedstawiana w całkowicie fałszywym świetle. W tej chwili nie da się przemilczeć historii Polskiej Partii Socjalistycznej. Natomiast w najnowszych podręcznikach szkolnych czy publikacjach mówi się, że była to jedna z partii walczących o niepodległość Polski. Może trochę socjaliści, ale przede wszystkim chodziło tam o niepodległość Polski. To pozbawianie podmiotów historii ich tożsamości ideologicznej jest jeszcze bardziej okropne, niż likwidowanie nazw ulic.

JG: Myślę, że to jest właśnie w większym stopniu strategia liberałów. Przypomina się o postaciach typu Okrzeja w sposób, który pomija socjalistyczne poglądy tego człowieka. Z hasła wielu rewolucjonistów 1905 roku związanych przede wszystkim PPS, „Za niepodległość i socjalizm”, pozostaje jedynie „niepodległość”. Ciekawy jest też zeszłoroczny przypadek przypomnienia zamachu na Narutowicza. Przez lata była to zapomniana rocznica i w momencie, kiedy sytuacja polityczna zaczęła temu sprzyjać, nagle na społecznie zainicjowanych obchodach upamiętniających to wydarzenie pojawia się Hanna Gronkiewicz-Waltz i zapowiada postawienie poświęconej Narutowiczowi tabliczki, o którą wnioskowano w ratuszu bezskutecznie od lat. Niektórzy liberałowie przypomnieli sobie o nim gdy można wykorzystać jego postać do skrytykowania obecnej prawicowej władzy. Oczywiście, przy całej tej okazji nie mówi się o tym, ogromnej roli polskich socjalistów, którzy stanęli w obronie Narutowicza gdy odbywała się na niego nacjonalistyczna nagonka, o tym, że podczas tych wydarzeń poległ działacz PPS Jan Kałuszewski. Zostaje z tego wszystkiego, wykorzystywana w konkretnych sytuacjach liberalna przestroga przed radykalizmem.

MS: Na tym przykładzie też ciekawie widać, że dużym problemem jest postrzeganie historii przez pryzmat etykietek i tego, jak w danym momencie oceniamy określoną etykietkę. Mamy „patriotów”, którzy na pewno byli dobrymi ludźmi i „komunistów”, którzy nie wiemy, czy w ogóle byli ludźmi. Całość debaty publicznej doszła do takiego momentu, kiedy nikt tego stanu rzeczy nie neguje.

Skrótem myślowym, który uprawomocnia dekomunizację, jest stosowane bardzo często zrównanie jakiejkolwiek polityki i historii lewicowej z polityką ZSRR. Widzicie jakąkolwiek szansę na możliwość wyjścia poza taką narrację?

MS: Próbuje się zbudować wizję świata czarno-białego. Odrzuca się wszystko, co było związane z tak zwanym PRL-em i wszystko, co było związane z lewicą, nie dostrzegając złożoności tego problemu. Tworzy się bohaterów w stylu tak zwanych „żołnierzy wyklętych” bez próby refleksji nad tym, jak wyglądała powojenna historia. Bez chęci dostrzeżenia milionów obywateli tego kraju, którzy nie mieli niczego wspólnego z partyzantką antykomunistyczną, tylko wzięli się za budowanie nowej rzeczywistości. Wydaje mi się, że swego rodzaju spadkobierstwem PRL-u jest wiara w możliwość stworzenia bardzo konkretnej i spójnej wizji historii dla całego społeczeństwa. Oczywiście, powinny być pewne ogólne spójne punkty łączące wszystkich historyków, ale też powinno zostawiać się ludziom autonomię w pielęgnowaniu i tworzeniu swojej pamięci społecznej.

PC: Największym grzechem niektórych historyków jest postrzeganie określonych postaci historycznych z perspektywy wiedzy i doświadczeń, które mamy obecnie. Ktoś przynależąc w latach 20-stych czy na początku lat 30-stych do KPP miał zupełnie inną wiedzę na temat sytuacji w ZSRR i polityki Stalina od tej, jaką mamy obecnie. W wielu wypadkach byli to ludzie, którzy z różnych względów nie mogli się znaleźć w szeregach PPS-u, Bundu czy innych partii rewolucyjnych.

MS: Przynależność do partii rewolucyjnych nie brała się z krwiożerczej nienawiści do Polaków, a z oglądanej na co dzień biedy lat 20-stych i 30-stych czy pacyfikowanych strajków. Jeśli przyjrzymy się językowi II RP zauważymy, że ludzie byli tam dzieleni ze względu na stany. Jak ktoś był chłopem – był chłopem, jak był panem – był panem. Pamiętajmy, że nie mówimy o wieku XIX-stym, a początku wieku XX-go, gdzie dalej trzeba było się kłaniać, jak dziedzic jedzie karocą. To samo tyczy się kwestii narodowościowych. Polska była tyglem kulturowym, w którym wiele mniejszości było gnębionych. To widać w stosunku do Żydów, to widać w stosunku do Białorusinów i Ukraińców. Wiemy, jak wyglądała pacyfikacja prawosławnych miasteczek na Chełmszczyźnie. W ramach akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej w latach 30-stych zburzono 127 świątyń prawosławnych, a w latach 20-stych cerkwie na dużą skalę wyświęcano na kościoły katolickie, część z nich zamykano, palono i burzono. Komunizm dawał obietnicę świata pozbawionego tych podziałów. Mówiąc to dziś, wiemy, jak wyglądała polityka ZSRR, ale wówczas wiele szarych osób była tej wiedzy pozbawiona.

W jakiej mierze nasza „prawicowa” pamięć jest efektem „odpuszczenia” obszaru historii przez siły lewicowe?

PC: Różne środowiska uznawane za lewicowe odpuściły sobie chęć walki o tradycję historyczną. SLD uważane ze siłę lewicową uważało, że skoro wywodzi się z poprzedniego systemu to wolno im mniej, tym samym przyjmując prawicową narrację o samej sobie. Z drugiej strony, wśród części ideowej lewicy była pewien trend „odpuszczania” swojej tradycji na rzecz „patrzenia w przyszłość”. Teraz to się mści. SLD wydało „Niezbędnik historyczny lewicy”, który był raczej rozpaczliwą próbą ustosunkowania się do problemów historycznych, niż poważną publikacją. Dopiero od niedawno na lewicy pojawiają się inicjatywy nawiązujące do tradycji ruchu robotniczego. Przykładem są organizowane co roku w łodzi obchody rocznicy powstania robotniczego z 1905 roku. Taką inicjatywą stara się być także Kampania Historia Czerwona i Czarno-Czerwona, ponieważ organizujemy między innymi spotkania, obchody historycznych rocznic i pokazy filmów.

Jak ma się do tego prasa popularna zajmująca się zagadnieniami historycznymi?

PC: Tytuły w rodzaju „Uważam Rze Historia” czy „Do Rzeczy Historia” są jednoznacznie prawicowe. Często korzystają z tych samych materiałów źródłowych i wzajemnie się cytują. Z drugiej strony, trudno powiedzieć, żeby mieli media, które chciałyby poważnie im zagrozić. Dodatek do „Gazety Wyborczej” „Ale historia!” jest strasznie miałki i ambiwalentny, jeśli chodzi o podłoże ideologiczne. Trudno uznać to za poważną kontrę wobec prawicy, raczej jej łagodniejszą wersję z dodatkowym wybielaniem czasów II RP. Mamy też oczywiście tytuły naukowe, które są niszowe i docierają do studentów a także części naukowców.

Ofiarą ustawy dekomunizacyjnej może paść broniona przez was ulica Dąbrowszczaków. Skąd biorą się kontrowersje wokół Dąbrowszczaków?

PC: – Kontrowersje wokół Dąbrowszczaków biorą się przede wszystkim z czarno-białej, uproszczonej wizji historii. W dużej mierze pogląd IPN-u na Dąbrowszczaków jest odbiciem propagandy stalinowskiej, według której w hiszpańskiej wojnie domowej starł się ze sobą system komunistyczny i faszystowski. Oczywiście, było to o wiele bardziej złożone. Tak samo, jak bardziej złożone były motywacje Dąbrowszczaków. Historia rewolucji hiszpańskiej i późniejszej wojny domowej jest w Polsce bardzo niezrozumiana. Ukazało się kilka dobrych opracowań takich jak „Wolna Hiszpania”Gaszona Levala, czy „Walka o Hiszpanię” Anthony’ego Beevora, jednak są one raczej na marginesie głównego postrzegania historii.

MS: Ta ulica moim zdaniem nie powinna budzić żadnych kontrowersji. Kontrowersje wokół tej ulicy biorą się stąd, że IPN wrzucił Dąbrowszczaków na jakąś swoją czarną listę. Jak się przeczyta ich definicję jest ona po prostu zakłamana.

Na czym polega to zakłamanie?

MS: Jak mówił wcześniej Piotr, nie da się analizować zagadnienia Dąbrowszczaków bez analizy ówczesnych kontekstów społecznych. Tego, co doprowadziło do konfliktu zbrojnego w 1936-tym w Hiszpanii, jakie miało to podłoże międzynarodowe i jakie były tego konsekwencje. Ideologia faszystowska w Europie znajdowała coraz więcej zwolenników. Dziś się o tym nie mówi, ale już od początku lat 30-stych lewica ostrzegała, że faszyzm oznacza wojnę i niewolę. Faszyzm wygrywa kolejno we Włoszech, Niemczech, Austrii. W 1934 roku Włochy atakują Abisynię. Państwa faszystowskie cały czas wysuwają kolejne żądania terytorialne. Z drugiej strony mamy problemy związane ze skutkami wielkiego kryzysu, z biedą i bezrobociem. Społeczeństwa chcą zmian radykalnych, jakiejś alternatywy dla kapitalizmu. Zarówno faszyzm jak i ugrupowania socjalistyczne i komunistyczne używają retoryki socjalnej. Jednak lewica tam, gdzie zwycięża we Frontach Ludowych, daje sprawiedliwszy podział zysków z pracy, upodmiotawia człowieka, emancypuje by zabierał głos. Faszyści natomiast betonują hierarchiczną strukturę społeczną, uprzedmiotawiając człowieka jako jednostkę podległą narodowi. Dlatego całość świata demokratycznego staje po stronie Hiszpańskiej Republiki. IPN nie zwraca uwagi na różnorodność Polaków, którzy jechali walczyć do Hiszpanii. Wśród nich były najróżniejsze osoby: bezpartyjne, socjaliści czy katolicy. To, co ich popychało do wyjazdu, to przede wszystkim chęć walki z faszyzmem i obrony zdobyczy republikańskich, które tam były. W Hiszpanii za Republiki np. walczono na szeroką skalę z analfabetyzmem i dążono do poprawy bytowej ludzi, którzy za monarchii byli wyjątkowo zgnębieni. Panowała tam trudna dziś do wyobrażenia bieda. Międzynarodowo zmiany za czasów Republiki były odczuwalne, jako zwycięstwo ludzi pracy i postępu rozumianego, jako bardziej sprawiedliwy podział zysków z pracy.

JG: Pojawia się też refleksja, że skoro „chcemy wymazać Dąbrowszczaków” to znaczy, że tę drugą stronę uznajemy za słuszniejszą. Tylko kto był po tej „słusznej stronie”? Faszystowskie Włochy i nazistowskie Niemcy wówczas czynnie wsparły rebelię Franco. Profesor Chwedoruk powiedział kiedyś, że ci, którzy bombardowali hiszpańskie miasta, później, w 1939 roku bombardowali Warszawę. Zadziwia brak spojrzenia na konflikt hiszpański w ten sposób.

MS: Ten temat powraca we wspomnieniach Dąbrowszczaków. Walczą oni w Hiszpanii dlatego, że faszyzm jest również zagrożeniem dla Polski. Są to pobudki patriotyczne.

Okazuje się, że mieli rację…

MS: Były to prognozy o wiele bardziej pragmatyczne od tych ówczesnego polskiego rządu, który prowadził politykę raczej przyjazną Trzeciej Rzeszy. Dziś zapominamy o tym, że Göring przyjeżdżał polować z ówczesnym prezydentem Mościckim w Białowieży.

JG: Co ciekawe, w lutym 1937 roku, w tym samym miesiącu, co wspomniane polowanie, odbyła się bitwa pod Jaramą, w której Polacy ponieśli duże ofiary. O jakich postawach powinniśmy pamiętać i kto w takim wypadku ma być naszym bohaterem?

PC: W krajach zachodnich aliantów upamiętnianie żołnierzy z Brygad Międzynarodowych jest wciąż bardzo żywe i nie neguje się faktu, że były to pierwsze osoby, które ochotniczo, zbrojnie sprzeciwiły się faszyzmowi i nazizmowi. Praktycznie każde większe miasto w Wielkiej Brytanii ma jakieś miejsce upamiętniające tych ludzi. Podobnie we Francji. Nawet w Stanach Zjednoczonych są wystawiane pomniki ochotników batalionu im. Abrahama Lincolna. Kurs, który przyjmuje Polska jest wręcz przeciwny temu, co się dzieje na Zachodzie. 

Tam Bataliony Międzynarodowe nie wzbudzają takich kontrowersji?

MS: Nie tylko wśród lewicy upamiętnianie tych ludzi jest czymś normalnym. Senator John McCain, który jest konserwatystą i antykomunistą, w momencie, kiedy zmarł ostatni z żyjących ochotników walczących w wojnie hiszpańskiej, napisał mocny tekst w hołdzie brygadom ochotniczym.

JG: W tym roku, w Hiszpanii nad Jaramą została odsłonięta tablica poświęcona polskim antyfaszystom z Batalionu Dąbrowskiego, którzy polegli w bitwie nad tą rzeką. Tam się ich upamiętnia, a tu wymazuje.

Jakie są inne ulice poświęcone ludziom lewicy, które mogą paść ofiarą ustawy dekomunizacyjnej?

PC: W Warszawie jest chociażby ulica Józefa Lewartowskiego, działacza społecznego i organizatora ruchu oporu działającego w getcie warszawskim. Został on zamordowany przez nazistów za swoją opozycyjną działalność, ale ważniejsza dla dekomunizatorów jest jego przynależność do KPP za czasów II RP. Mamy Józefa Ciszewskiego, działacza PPS Lewica, który był radnym warszawy podczas I Wojny Światowej. Organizował on pomoc dla warszawskich robotników i sprzeciwiał się poborowi polskich obywateli do armii niemieckiej. Prawdopodobnie uratował w ten sposób przed śmiercią tysiące ludzi. Został zamordowany w czystkach stalinowskich w latach 30-stych pod fałszywym zarzutem szpiegowania na rzecz obcych mocarstw. Na tym przykładzie znów możemy zaobserwować pokrewieństwo między obecną polityką historyczną, a tą uprawianą przez reżim stalinowski.

3
Akcja z Kampanii Historia Czerwona dotyczącej Dąbrowszczaków.

Czy poza oddolnym obywatelskim oporem istnieją jakieś inne możliwości sprzeciwu wobec zmian nazw ulic? Prezydenci Słupska i Gdańska zapowiadali np. zaskarżenie ustawy do Trybunału Konstytucyjnego.

JG: Poza obywatelskim oporem mogą się takim zmianom przeciwstawiać samorządy. Po pierwsze, zgłaszać ustawę do Trybunału, bo to jest pierwsza taka sytuacja, kiedy władza centralna ingeruje w kompetencje samorządów i nakazuje zmiany. Jeśli samorządy nie zmienią nazw ulic, do akcji ma wejść Wojewoda, ale wcześniej musi zasięgnąć opinii IPN-u, więc cały proces znacznie się wydłuży.

PC: Ta ustawa jest też na tyle nieprecyzyjna, że nie mówi, co się stanie, jeśli Wojewoda wyda decyzje, a Samorząd się nie podporządkuje. Wojewoda nie może odgórnie nakazać Samorządowi nazwy ulicy, bo to nie leży w jego kompetencji. Tę decyzję musi podjąć Rada Miasta.

JG: – Ustawa nie zawiera też żadnego katalogu nazw do likwidacji. Jest bardzo szerokie pole pozwalające włączyć najróżniejsze nazwy do katalogu „komunizmu”. W praktyce wygląda to tak, że „antykomunistyczni” radni będą decydować, która ulica jest wystarczająco „komunistyczna”. Decyzję o tym, że Dąbrowszczacy nadają się do zdekomunizowania podjęła radna Olga Johann z komisji ds. nazewnictwa miejskiego. Kiedy chcieliśmy na Radzie Miasta podjąć rozmowę na ten temat, wspomniana radna wyszła mówiąc, że „ona tego nie wytrzyma”. Oczywiście, sama się tym skompromitowała, bo potem nagłośnił to obecny na sali dziennikarz.

PC: W Warszawie na Ursynowie mieliśmy przypadek ulicy Związku Walki Młodych, czemu była poświęcona specjalna Rada Dzielnicy. Wszyscy poza radnymi PiS byli wówczas przeciwko zmianie nazwy. Była to też chyba pierwsza Rada Dzielnicy, która wzbudziła tak duże zainteresowanie mieszkańców. Przyszło ok. 120-stu mieszkańców, co na co dzień się raczej nie zdarza. Kiedy pojawia się tego rodzaju sprzeciw, radni nie są tak skorzy do dekomunizowania, jak mogłoby się początkowo wydawać. Ludzie są też coraz bardziej zmęczeni toporną prawicową polityką historyczną. Kiedy robiliśmy happening pod IPN-em, gdzie staliśmy z tabliczkami z nazwami „dworcowa”, „kolejowa” i mówiliśmy dlaczego te ulice należy zdekomunizować, spotkaliśmy się z przychylnym odbiorem przechodniów. Na żarcie nie poznali się tylko pracownicy IPN-u.

Jak osadzilibyście ustawę dekomunizującą w kontekście obecnej sytuacji w Europie? Na Ukrainie mamy analogiczną ustawę dotyczącą nazw miast. Na Węgrzech zwalczanie sprzeciwu lewicowej opozycji łączy się z rehabilitacją postaci takich jak Miklós Horthy – dawny sprzymierzeniec faszystowskich Niemiec…

PC: Zarówno Ukraina, jak i Węgry są krajami, które podczas II Wojny Światowej stały po faszystowskiej stronie barykady. Tworzą one w tym momencie nową historię. Na Ukrainie dalej stoją pomniki Bandery, a niektóre środowiska wprost odwołują się do dziedzictwa Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA) – formacji zbrodniczej. Na Węgrzech sytuacja nie jest tak drastyczna, ale odcinając się od przeszłości komunistycznej ten kraj podążył w stronę wybielania wymienianych przez Ciebie środowisk. Podobny klimat polityczny mamy też częściowo na Słowacji, gdzie Słowacka Partia Narodowa czci księdza Tiso i nazistowskich okupantów. Są to raczej słabe wzory, jeśli chodzi o naszą historię.

JG: – Warto mówić o tym, że dekomunizacja pojawia się, kiedy radykalizują się różne nastroje społeczne, dochodzi do głosu rozczarowanie neoliberalnym systemem. Najczęściej nastroje te zagospodarowywane są przez skrajną prawicę, a wymazywanie tradycji ruchu robotniczego można odebrać w takiej sytuacji, jako po prostu niechęć do pokazania lewicowej alternatywy.

Jak to się ma do historycznej autoidentyfikacji Polaków?

PC: Jest taka popularna narracja, że Polak to był husarz mieszkający w dworku jeżdżący na wyprawy wojenne, w ramach których gromił Turków i Szwedów. W rzeczywistości szlachta stanowiła 10-12% społeczeństwa, a husarzy było kilka tysięcy. Nasze społeczeństwo wywodzi się w ogromnej większości od chłopów, a potem robotników. O tej tradycji się zapomina. W ramach kampanii „Historia czerwona i czarno-czerwona” mówimy o konieczności upomnienia się o swoją tradycję robotniczą i chłopską. Dużo ludzi odbiera to bardzo pozytywnie, bo mogą być dumni z rodzin, z których się wywodzą.

MS: Ciekawie tu widać jak za tą identyfikacją idą poglądy i wartości. To z wybielania faszyzmu bierze się dziś tak duża liczba postaw ksenofobicznych i rasistowskich wśród młodych ludzi. Jeżeli w oficjalnej narracji nie bierze się pod uwagę negatywnych aspektów pewnych obecnych ‚bohaterów’ i nie potępia ich złych aspektów, to tworzy się aurę przyzwolenia na zło. Skoro bohaterem może być Roman Dmowski, bo walczył o niepodległość i nie ważne, że był jednym z istotniejszych krzewicieli antysemityzmu i jego też między innymi można obarczać winą pośrednią za pogromy, za szmalcownictwo, to nagle okazuje się, że antysemityzm jest postawą akceptowalną. To samo tyczy się stosunku do Piłsudskiego, sanacji, czy „żołnierzy wyklętych”. Lewica za to zawsze zmuszana jest do tłumaczenia się z każdego nawet najmniejszego błędu, czy kontrowersyjnej sprawy w swojej tradycji. Komu to służy dziś widzimy wszyscy. Wychowane na tradycjach rewolucyjnych i przekazie lewicowym społeczeństwo PRL walczyło strajkami i solidarnością międzyludzką. W III RP młodzież wychowana na tradycjach prawicowych swoje frustracje wyładowuje na mniejszościach i na słabszych. Swe ego opiera na narodowych fantazmatach nie własnej pozycji ekonomicznej. I właśnie dlatego walka o historię jest też walką o teraźniejszość. Trzeba pokazywać, że można było inaczej. Jacy będą bohaterowie, takie będzie społeczeństwo.

1
Jeremi Galdamez i Maciej Sanigórski pod pomnikiem Brygad Międzynarodowych w Madrycie
The following two tabs change content below.

Mateusz Romanowski

Autor publikował i publikuje między innymi w "Codzienniku Feministycznym", tygodniku "Przegląd", na lewica.pl, strajk.eu czy VICE.