Czasy powszechnego terroru – czy możemy się teraz wszyscy wspólnie pomodlić?

Podobno ekumenizm jest drogą do pojednania, sercem dialogu i drogą ku większej otwartości. Podobno dzięki niemu stajemy się bardziej, a nie mniej chrześcijanami, żydami, muzułmanami. Podobno już inaczej się nie da. A wtedy wybucha kolejna bomba i poddajemy w wątpliwość sens tej idei. Prawda czy nie?

Sąsiedzi – słowa które niesie strach

„Drogi Boże, pomóż nam. Nie jesteśmy w stanie odmówić kadiszu za tę dziewczynę”. To słowa Afshine Emraniego po śmierci 13-letniej Hallel Yaffe Ariel. Dziewczynę zabił pod koniec czerwca palestyński terrorysta, który włamał się do jej domu i zadźgał ją nożem podczas snu. Te gorzkie słowa są o nich – Arabach, muzułmanach, Palestyńczykach, którzy przedkładają szeroko rozumiany konflikt izraelsko-arabski nad ludzką refleksję o indywidualnym cierpieniu dziecka.

A my – czy potrafimy, czy chcielibyśmy, odmówić inną modlitwę żałobną, niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni? Niekoniecznie kadisz. Może być ta, którą znamy najlepiej. To kwestia intencji, nie dokładnej treści. Jest ku temu idealna okazja.

Hallel Ariel z matką krótko przed śmiercią

W północnym Libanie w dolinie Bekaa znajduje się malutka wieś zamieszkała przez grekokatolików – Al-Qaa. Malownicze to miejsce, ale sławę zdobyło nie z tego powodu. Pod koniec czerwca zwykle sennym miejscem wstrząsnęła seria zamachów przygotowana przez zamachowców samobójców. Było to aż osiem wybuchów, które zabiły kilka osób i kilkadziesiąt raniły. Zamachowcy mieli być bojownikami Daesh operującymi na granicy libańsko-syryjskiej, a ich celem dalsza dezintegracja Libanu.

Odnotowały to i lokalne media, i światowe agencje prasowe w krótkich komunikatach prasowych. To nie był news, który mógłby wywołać dyskusję. A przecież Liban jest ciągle jednym z krajów, gdzie chrześcijanie widzą mimo wszystko dla siebie miejsce – w przeciwieństwie do zdewastowanego Iraku czy Syrii. Tyle tylko, że miejsce to jest coraz mniej pewne.

Z boku oficjalnych komunikatów o zamachowcach samobójcach pojawiła się plotka, to ziarno wątpliwości, które mąci spokój – a może to byli uchodźcy z Syrii (w samej Al-Qaa mieszka ich już podobno ponad 20 tysięcy)? A może nie tyle oni, ale ciągle ma to coś wspólnego z sąsiadami praktykującymi islam? Mieszkańcy w pierwszym odruchu zdecydowali się zorganizować samoobronę. Podobną tej, która funkcjonowała podczas wojny domowej. Stało się to, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Ludzie mieszkający obok siebie od lat, zaczęli się nawzajem obawiać. I nagle wszystko ucichło, news zniknął z naszego pola widzenia.

Chwilę później nastąpiła cara seria dużych zamachów geopolitycznie istotnych i ważnych – Orlando, Istambuł, Bagdad, święte miejsca islamu w Arabii Saudyjskiej, a nawet możemy zaliczyć do tego egzekucje w Dallas. Cały długi tydzień powszedniego już dla nas medialnego terroru. Mała Al-Qaa pogrążyła się w zapomnieniu, ale pytanie o sąsiadów niczym z Grossa – czy to zza między czy sąsiedniej wsi – pozostało bez odpowiedzi.

Wesprzyj #Medium
Ulice Al-Qaa’i po zamachach

Zamach – przepis na uwagę, politykę i nienawiść

Nad nami – pierwszym światem – zawisł po raz kolejny czas grozy, przerażenia i wielu niewiadomych. Co z tą Turcją? Czy erdoganizm na stałe zadomowi się w kraju Ataturka? Czy Irak uda się poskładać z elementów nieskładnych, czyli przynależności terytorialnej wyznaczanej przez demony kolonistów? Czy Arabia Saudyjska opamięta się i skoryguje linię swojej polityki, zamiast toczyć kolejną zastępczą obok Syrii wojnę nie na swoim obszarze to znaczy – Jemenu? Kto wygra wybory w USA? I w końcu – co dalej z chwiejącą się demokracją w Polsce i w naszej części Europy?

Tak wielka polityka przygniotła małe strachy z obrzeży świata. A to te małe obawy są najważniejsze. Od nich wszystko się zaczyna. To te wszystkie ważne/nieważne głosy jeśli czują się pokrzywdzone, potrafią strącić tuzy polityczne w niebyt – pamiętny Brexit z ostatniej chwili lub tragedia i upadek Niemiec weimarskich, które zatrzęsły światem w ubiegłym wieku.

Na razie jednak rzeź w pełnym tego słowa znaczeniu to świat/nie-świat, jego peryferia, bardziej podbrzusze niż ośrodek nerwowy. Uderzenie powoduje blizny, ale takie, które są nie do zakrycia. Inaczej – ofiary zamachu w Bagdadzie to wprawdzie dwustuosobowy pogrom, ale w odbiorze przedstawiony niczym tusza mięsa – nie indywidualny człowiek, ale masowy grób do szybkiego zapomnienia. To zła i niepotrzebna śmierć, ale lżejsza dla nas o swój egzotyzm, o miejsce, do którego moralna wyobraźnia nie sięga wystarczająco – nie chce albo nie potrafi tego zrobić, lub w odruchu bliskości kulturowej darzy współczuciem bardziej ofiary z Orlando czy Dallas.

Humanistyczne podejście każe się do tego nie przyznawać w żadnym wypadku, udawać, że nasz humanitaryzm jest ponad to wszystko. Nie zatrzymuje się na granicach kulturowych, wychodzi poza mieszczańskie kołtuństwo, służby cele mu nie groźne, gardzi nacjonalizmem, funkcjonuje w rzeczywistości tak płynnej, że grzechem byłoby rozróżnić ofiary według wskazań religijnych, narodowościowych czy ekonomicznych.

Nie jesteśmy przecież nacjonalistami, powiedzmy to sobie szczerze i głośno!

To nie jest jakaś zła wola. To tylko różnice kulturowe sprawią, że nasze współczucie schodzi do obniżonego poziomu – włączyć TV, zobaczyć, westchnąć „jaka tragedia”, wyłączyć. Czyżby to było tak proste?

Czy jednak nie wszyscy jesteśmy w jakiś sposób ofiarami – tak jak lubił powtarzać Edward Said. A nawet – by zacytować go dokładnie – „jesteśmy ofiarami innych wcześniej skrzywdzonych ofiar”. Ofiarami porządku (nawet przypadkowego), który premiował i premiuje ciągle ubermenscha nad everymana, pierwszy świat nad globalną wioskę wyobrażonej szczęśliwości równouprawnionych kultur. To wszystko, co wielokrotnie gubiło rzeczywistość i niszczy ją po raz kolejny.

Dlaczego tak łatwo kwestionujemy ważność jednych zamachów i śmierci na innymi, i legitymizujemy przemoc w słusznej sprawie. My, kiedy kolejna nieprzemyślana zachodnia interwencja niszczy świat oddalony od naszego o setki kilometrów. Oni, analogicznie, kiedy, wybielają rolę islamu jak czynnika, który popycha do nieuzasadnionej przemocy. I rację miał wyśmiewany dziś premier Cameron twierdzący: Jeśli mówisz, że przemoc w Londynie jest nie do zaakceptowania, ale bomby w Izraelu (czyt. palestyński opór) to coś całkiem innego, to znaczy, że jesteś częścią problemu bardziej niż sobie z tego zdajesz sprawę.

Dobry obywatel to wystraszony człowiek

Cofnięcie się ku prostym wyjaśnieniom nie jest nigdy dobrym rozwiązaniem. To tylko skarlałe w swojej prostocie wnioski i analizy, które chcą ocalić siłę stereotypu i nadać mu po raz kolejny moc sprawczą i ważność. Tyle tylko, że to działa. Działa aż za bardzo. Pisarz, komik Aziz Ansari i autor Modern Romance, po zamachu w Orlando przerażony tym zdarzeniem oraz tym jak Trump szczuje Amerykanów przeciwko muzułmanom i innym imigrantom przeprowadził z matką taką rozmowę (dostępna na stronie NYT):

-Mamo nie chodź blisko meczetów. Módl się w domu – poprosił ją Ansari.
-Nie mam zamiaru – odpowiedziała kobieta.

Po chwili zdał sobie sprawę z absurdu własnej prośby – on, syn imigrantów-muzułmanów, którzy szukali w USA większej wolności i bezpieczeństwa niż w ojczyźnie, prosi własną matkę, by zaczęła się bać i ukrywać z wiarą. Wie jednak, że wizerunek muzułmanina w USA to nie twarz noblistki Malali Yousafzai, ale jakiś anonimowy potwór z wiadomości lub czarny charakter z serialu Homeland.

Powód jego reakcji? Stoimy w przedsionku czasów pomiędzy. Przywołany kadisz jako wstęp do dialogu trzeba przekładać w nieskończoność. I nie zmienią tego słowa najważniejszych światowych przywódców i liderów religijnych, którzy uspakajają nas zapewnieniami o ważności i trwałości instytucji demokratycznych oraz przewadze ducha i rozumu nad barbarzyństwem.

Nikt dziś nie zna antidotum na tą najstarszą z chorób – nienawiść. Wszystko, co było do tej pory, sprawia wrażenie nieaktualnego, niedopasowanego do naszych czasów lub zwyczajnie skompromitowanego. Ciąg dalszy nastąpi – pytanie tylko, kiedy i co to właściwe będzie. Bo że bogaty świat wkroczył w erę świetności wieków ciemnych (wyborcy Trumpa czy PiS-u) to już wiemy od jakiegoś czasu. I raczej nie będziemy się modlić razem o pokój. To też jest jasne. Nawet z najbliższymi sąsiadami.

Ale być może spróbujemy choć raz? Co wtedy? Nic. Modlitwy (działania) te zwykle warte są tyle co kolejne akcje Je suis – to odruch emocji, nie to trwale zmienia nasze wzajemne podejście (politykę). I tak pomyślimy o sobie znów przy kolejnego zamachu. I nie będą to ciepłe myśli.

Czytaj poprzednie tekst Natalii M. Kamińskiej

The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.