Szkoła służyć ma dziecku czy państwu? (POSŁUCHAJ)

Krystyna Starczewska, założycielka pierwszego społecznego liceum w Polsce, uważa, że zapowiedź reformy systemu edukacji jest zapowiedzią powrotu do szkoły w służbie ojczyzny i autorytarnego wychowania młodzieży. Jest zaprzeczeniem idei demokracji.

Kiedy w 1981 roku w edukacyjnym zespole „Solidarności”, w ramach negocjacji z ówczesnym Ministerstwem Edukacji, rozpoczęliśmy pismo do ME od słów „Szkoła służyć ma dziecku”, wzbudziło to ogromny opór i ironiczne komentarze urzędników, którzy stwierdzili – zgodnie z prawdą – że szkoła nigdy nie służyła dziecku, tylko tym, którzy mają władzę – wspomina prof. Krystyna Starczewska, założycielka pierwszego społecznego liceum w Polsce, słynnej dzisiaj „Bednarskiej”, prezeska Krajowego Forum Oświaty Niepublicznej.

Pytanie, czy szkoła ma służyć rozwojowi indywidualnych zdolności, zainteresowań i kształtowaniu umiejętności samodzielnego myślenia dziecka, czy ma je przygotowywać do służby państwu, pozostaje wciąż aktualne.

– Celem zakładanej wtedy przez nas szkoły było uczenie młodych ludzi współpracy, odpowiedzialności za wspólnotę, którą tworzą, współrządzenia tą wspólnotą. Po dyskusji i po głosowaniu wprowadziliśmy w szkole zasadę trójpodziału władzy. Powstał szkolny sejm, rada szkoły, szkolny rząd i niezawisły sąd. W skład każdego organu wchodzili przedstawiciele trzech szkolnych stanów: uczeń, rodzic i nauczyciel. Wyrok sądu był ostateczny i nawet ja jako dyrektor szkoły musiałam się mu podporządkować, co też czyniłam – przyznaje Starczewska.

Czy obecny stan oświaty w Polsce jest wystarczającym uzasadnieniem dla wprowadzania zmian instytucjonalnych na taką skalę, jak zapowiada MEN?

Krystyna Starczewska: Edukacja w Polsce jest bardzo zróżnicowana. Są szkoły, które działają według starego typu, opierają się na autorytarnym systemie wychowawczym i uczeniem pamięciowym, ale jest mnóstwo placówek nowatorskich, które wprowadzają innowacje, jak np. skorelowane uczenie tematów powiązanych, co pozwala unikać sytuacji, kiedy uczniowie na lekcji historii uczą się o Powstaniu Warszawskim, a zaraz potem przechodzą na język polski, gdzie omawiana jest lektura „Kamienie na szaniec”.

Wesprzyj #Medium

Myślę, że bardzo dużej zmiany wymaga system kształcenia nauczycieli. Od dawna postulujemy powstanie tzw. szkół ćwiczeń. Chodzi o kierowanie absolwentów szkół pedagogicznych na praktyki do wytypowanych szkół, najlepszych pod względem przedmiotowym i wychowawczym. Dzięki temu oddolnie wypracowane dobre metody byłyby przenoszone do kolejnych szkół. Taki sposób reformowania oświaty jest najbardziej potrzebny.

Natomiast sprawa struktury nie jest sprawą podstawową. Wprowadzenie gimnazjów było dobrym posunięciem i przyzna to każdy pedagog z wieloletnim doświadczeniem – dzieci w wieku dojrzewania wymagają innych metod pracy niż dzieci młodsze. Pozytywny efekt przyniosło też wydłużenie o rok kształcenia ogólnego, co pozwala na wyrównywanie szans edukacyjnych. Część z tych zmian została zaprzepaszczona poprzez cofnięcie 6-latków do przedszkola – właśnie ten wiek (poza długością okresu kształcenia) najbardziej sprzyja wyrównywaniu szans. Niestety wielu rodziców tego nie rozumiało.

Gdybym ja podejmowała się reformy instytucjonalnej, wydłużyłabym gimnazjum do 4 lat – taka reforma, bardzo dobra, miała miejsce przed wojną. Czteroletnie gimnazjum plus dwuletnie liceum profilowane. Wówczas korzystała z tego inteligencja, ale obecnie 10-letnia szkoła (6 lat podstawówki, od 6 roku życia, plus 4-letnie gimnazjum) dawałaby lepsze wykształcenie ogółowi społeczeństwa. Wykształcenie profilowane rozpoczynałoby się po 10-letnim okresie kształcenia ogólnego. Ta przedwojenna myśl powinna być kontynuowana. Tymczasem wracamy do modelu rodem z PRL-u. Likwidacja gimnazjów, powrót do 8-letniej szkoły powszechnej oraz 4-letnie licea i 5-letnie technika zawodowe zaowocować może szalonym zamieszaniem. Będzie konieczność zwalniania nauczycieli ze szkół gimnazjalnych, niejasnościami w zakresie podstawy programowej. Moim zdaniem nie jest to zmiana korzystna, choćby dlatego, że jest wprowadzana zbyt szybko, a przy tym obejmie wszystkie szkoły, bez możliwości przetestowania proponowanego rozwiązania. Zamiast poprawy może przynieść chaos.

Jaki jest właściwie cel tej reformy?

Krystyna Starczewska: Moim zdaniem mamy powrót do zasad, którymi edukacja kierowała się w okresie PRL-u. Monopol państwowy, czyli podporządkowanie wszystkich jednej wizji, jednemu programowi. Po drugie, obowiązkowa ideologia, wpajana poprzez nauczanie, czemu mają służyć godziny wychowawcze na zaplanowane odgórnie tematy i odebranie nauczycielowi swobody wyboru, o czym będzie mówił z dziećmi na godzinie wychowawczej. Obowiązkowa ideologia, czyli patriotyzm w pisowskim wydaniu prawdopodobnie będzie przenikał programy nauczania humanistyki i metody wychowawcze. Do tego planuje się naukę strzelania oraz wprowadzenie dodatkowych punktów na wyższe uczelnie dla uczniów klas mundurowych.

27 czerwca w Toruniu ministra Anna Zalewska przedstawiła zmiany w systemie oświaty. Zapowiedź ta pozostawiła wiele znaków zapytania. Niepewny jest m.in. los placówek niepublicznych, gdyż nie wiadomo, jakie zmiany czekają je w związku z reformą szkolnictwa. Pytań jest znacznie więcej. Postawił je m.in. Związek Nauczycielstwa Polskiego. Obecnie mamy niepewność i zapowiedź chaosu.