Telefonistka w agencji towarzyskiej – niezły biznes?

Szukałam pracy „od zaraz”. Miałam do zapłacenia rachunki i masę innych wydatków. Na samej górze strony z ofertami pracy wyświetliło się „to” ogłoszenie. Tłumaczyłam sobie, że ja będę tam tylko odbierać telefony, a nie uprawiać seks za pieniądze.

Ewelina Rubinstein rozmawia z Karoliną, która zdesperowana podjęła pracę w agencji towarzyskiej, a dzisiaj zastanawia się, jak otworzyć własną „prywatkę”.

Rozmowa odbywa się w ogródku niewielkiej kawiarni w pobliżu placu Zbawiciela w Warszawie. Jest czerwiec. Żar leje się z nieba, wprost na nasze twarze. Karolina ma duże piwne oczy, niechlujnie upięte włosy, których barwę trudno ustalić. Raz sprawiają wrażenie kasztanowych, innym razem ciemno-rudych. Ma wydatne usta i podwójny podbródek. Ubrana w niebieską koszulkę, opinającą jej krągłe ciało oraz zwiewną różnokolorową spódnicę. Wygląda jakby właśnie wyszła z biblioteki, a nie z agencji towarzyskiej.

Ogłoszenie

Oferta pracy, którą Karolina znalazła na jednym z popularnych ogólnopolskich portali, nie wyróżniała się niczym szczególnym. „Ot, kolejne ogłoszenie o pracy w call center” – pomyślała, siedząc w wynajmowanej 22-metrowej kawalerce na Dolnym Mokotowie.

Jak to się stało, że zwróciłaś uwagę na takie ogłoszenie?

Karolina nie patrzy na mnie. Jej wzrok wędruje po stoliku lub błądzi gdzieś w oddali. Wzrusza ramionami. Nerwowo pociera spocone czoło, wzdycha i w końcu zaczyna mówić.

– Pamiętam, że jak zobaczyłam to ogłoszenie, od razu je odrzuciłam. Nie interesowała mnie praca „na słuchawce”, bo wiem, jak kiepsko jest opłacana i ile trzeba się napracować, aby wyrobić normy. Karolina milknie na chwilę, biorąc łyk latte, którą kilka minut temu przyniósł jej do stolika młody uśmiechnięty kelner. – Poza tym – ścisza nieco głos, jakby miała wyjawić tajemnicę swojego życia. – Jako absolwentka dobrych studiów oczekiwałam czegoś więcej od życia, a co za tym idzie, wyższych zarobków niż do tej pory. Szukałam pracy „od zaraz”. Miałam do zapłacenia rachunki i masę innych wydatków. Kilka tygodni wcześniej wręczono mi wypowiedzenie umowy o pracę i z dnia na dzień zostałam praktycznie bez środków do życia. Wszelkie oszczędności, które skrupulatnie zbierałam przez okres mojej pracy w sekretariacie kancelarii notarialnej, topniały niczym lód na wiosennej trawie. Najpierw zadzwoniłam w kilka innych miejsc. Proszono o przesłanie dokumentów aplikacyjnych na firmowe adresy e-mailowe. Od razu je powysyłałam i – Karolina przerywa. Popija kawę, sięga po stojącą naprzeciwko niej białą porcelanową cukiernicę. Nieco flegmatycznie wsypuje łyżeczkę brązowego cukru, miesza latte i ponownie bierze łapczywy łyk. – Na czym skończyłam? – pyta i po raz pierwszy w czasie naszej rozmowy patrzy mi prosto w oczy.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Mówiłaś o tym, że wysyłałaś swoje dokumenty do różnych firm.

– Ano tak – kiwa twierdząco głową. Jej usta lekko drżą. „Uśmiecha się czy nie?”– zastanawiam się, zupełnie nie potrafiąc odczytać grymasu na jej twarzy. – No więc powysyłałam swoje CV i listy motywacyjne wszędzie, gdzie tylko się dało. Według zaleceń czekałam. I tak przeczekałam około tygodnia. Zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną. To było duże rodzinne przedsiębiorstwo. Potrzebowano menedżera. Szłam na to spotkanie, bardzo się denerwując. Kiedy już było po, wiedziałam, że mnie nie zatrudnią.

Dlaczego?

– Jak przyszły pracodawca mówi ci, że się odezwie, to tak naprawdę tego nie zrobi. Tak to działa – ponownie wzrusza ramionami. Mam wrażenie, że napięcie pomiędzy nami pomału znika. – Za ostatnie pieniądze kupiłam chleb, pasztet z drobiu i litr wina. Takiego za dziesięć złotych. Najpierw się najadłam, a potem schlałam. To oczywiście nie rozwiązało moich finansowych problemów, ale na chwilę mi ulżyło. Po pijanemu tańczyłam na środku pokoju przy „Ona tańczy dla mnie”. Poważnie! – ożywiła się nagle, kiedy wytrzeszczyłam oczy ze zdumienia.

Jakoś nie potrafiłam wyobrazić sobie, że ta megainteligentna i bystra dziewczyna, odurzona tanim alkoholem niezdarnie podskakuje w rytm discopolowego hitu.

– Rankiem następnego dnia źle się czułam. Uświadomiłam sobie też, że zostało mi tylko kilka kromek chleba i pół pasztetu do końca miesiąca, a był dopiero jedenasty. Ponownie włączyłam laptopa i weszłam na znajomą już stronę internetową. Od razu, na samej górze, wyświetliło się „to” ogłoszenie. Przyglądałam mu się przez kilka długich chwil. Jak będę mieć za co zapłacić za mieszkanie, to mogę być telefonistką. Muszę z czegoś żyć – stwierdziłam w końcu.

Kiwnęłam na kelnera, który stał przy wejściu do kawiarnianego ogródka. Mężczyzna natychmiast podszedł do naszego stolika. Poprosiłam o szklankę zimnej coli. Karolina chrząknęła, dyskretnie spoglądając na zegarek.

Wiem, że nie masz zbyt dużo czasu. Kontynuuj proszę.

– Spoko – powiedziała, drapiąc się po policzku. – Zadzwoniłam pod wskazany numer. Odebrała jakaś kobieta. Miała bardzo miły delikatny cienki głosik. Nie była jakąś tam smarkulą, ale wywnioskowałam po tonacji, że ma około czterdziestu lat. Powiedziałam, że jestem zainteresowana pracą. Zapytałam też, co to za firma i gdzie się znajduje.

Co ci odpowiedziała?

– Babka nie owijała w bawełnę. Od razu powiedziała, że to praca w charakterze telefonistki na tzw. prywatce (agencja towarzyska) w centrum Warszawy. Zapytała, czy mogłabym jeszcze tego samego dnia się z nią spotkać. Powiedziałam, że nie ma problemu. Podała mi dokładny adres.

Nie miałaś wątpliwości, żeby tam jechać?

– Oczywiście, że miałam. Wiedziałam, że prywatka to taki burdel w bloku, ale tłumaczyłam sobie, że ja będę tam tylko odbierać telefony, a nie uprawiać seks za pieniądze.

No tak, ale te pieniądze wypłaca alfons, który czerpie korzyści majątkowe z nierządu.

– Alfons, alfons. Tacy to są w filmach – Karolina machnęła ręką, jakby próbowała odgonić natarczywą muchę. – Takie miejsca zazwyczaj prowadzą kobiety, właśnie takie kobiety, jak Ewa. Tak miała na imię ta babka, z którą rozmawiałam przez komórkę – wyjaśnia Karolina, biorąc kolejny haust kawy. – Pojechałam na ulicę Stawki w Warszawie. Znalazłam odpowiedni numer bloku, nacisnęłam dzwonek i po chwili byłam już wewnątrz mieszkania. Zobaczyłam luksus. Wszystko nowe, czyste. Drzwi otworzyła filigranowa brunetka. Ubrana była w dres, a na nogach miała kapcie.

Kapcie?

– Tak. A kiedy weszłam do kuchni, która miała być moim miejscem pracy, zobaczyłam cztery dziewczyny, siedzące przy stole. Dwie z nich grały w karty, jedna paliła papierosa, a czwarta chyba pisała SMS-a. Były młodziutkie. Na oko miały po osiemnaście, dwadzieścia lat. Ewa była wysoką blondynką. Szczupłą i zadbaną. Prowadziła agencję od ponad dziesięciu lat. Jak dowiedziałam się później, sama była prostytutką. Nazbierała trochę pieniędzy i zainwestowała we własny biznes.

Jakie warunki pracy ci zaoferowała?

– Korzystne. Za dzień pracy od 9 do 23 otrzymywałam pięćdziesiąt złotych.

Na godzinę więc zarabiałaś 3 złote i pięćdziesiąt siedem groszy?

– Te pięćdziesiąt złotych to była tzw. podstawa. Kiedy przyszło do burdelu więcej klientów niż pięciu, to od każdego doliczano mi 5 zł. Jeśli klientów było na przykład dziesięciu, to do tych gwarantowanych pięćdziesięciu miałam doliczone dwadzieścia pięć złotych. Rozumiesz? – przytakuję, a Karolina dopija latte.

Ile najwięcej zarobiłaś w ciągu dnia pracy?

– Nie pamiętam, ale zdarzyło się, że pięćset złotych.

Pracowałaś codziennie?

– Nie dałabym rady. Wbrew pozorom to strasznie wyczerpująca praca. Psychicznie człowiek wysiada. Zmieniałam się z Mariolą. Była już na emeryturze, ale jakbyś usłyszała ją w słuchawce telefonu, to dałabyś jej maksymalnie trzydziestkę.

Przychodziłaś do pracy i co robiłaś?

– Otwierałam prywatkę. Włączałam telefony, bo na noc wszystkie się wyłączało. Było ich 25. Wszystkie leżały w kuchni, na stole. Z tyłu miały przyklejone karteczki z opisem ogłoszenia, do którego przynależy numer telefonu. Na przykład: Napalona Madzia, lat 19, biust „trójeczka”, szczupła, 170 cm wzrostu albo: Cycata Kasia, lat 21, blondynka z dużym biustem, 168 cm wzrostu itp. Na początku wszystko mi się myliło, ale potem nabrałam wprawy i było ok.

Czy klienci, którzy dzwonili, mieli świadomość, że rozmawiają z telefonistką, a nie z dziewczyną z ogłoszenia?

– Stali klienci zdawali sobie sprawę z tego, że dziewczyny nie odbierają osobiście telefonów. Nie wolno im.

Dlaczego?

– Bo mogą oszukać właściciela prywatki – Karolina unosi brwi i lekko potrząsa głową. – Bywało tak, że dziewczyny potajemnie spotykały się z klientami, jadąc na przykład do nich, do domu. Całą kasę brały dla siebie. Musisz wiedzieć, że umieszczanie ogłoszeń w internecie jest płatne. Są specjalne strony do tego przeznaczone. Jeżeli ktoś szuka dziewczyny na godzinę, na noc, to zagląda właśnie tam.

Ile kosztuje opłacenie takiego ogłoszenia?

– 200 zł za miesiąc, pół miesiąca 150 zł. Może nie są to duże pieniądze, ale mając przykładowo piętnaście ogłoszeń, musimy na ich opłacenie wydać aż trzy tysiące złotych. Do tego dziewczynom trzeba porobić zdjęcia. Konkurencja jest ogromna. W samym centrum Warszawy jest około dwustu prywatek i kilka większych agencji towarzyskich. Aby się wyróżnić i przyciągnąć klienta trzeba mieć profesjonalne zdjęcia. Standardem jest, że prostytutki mają sesje zdjęciowe. To burdel mama opłaca fotografa, czasami nawet jedzie z dziewczyną do studia. A to też kosztuje.

 

aaaaaaaaaaaaa

Jestem tak skupiona na tym, co mówi Karolina, że całkowicie zapominam o coli. Dotykam szklanki, która jeszcze kilka dobrych minut temu była zimna. Jest ciepła.

Co mówiłaś tym dzwoniącym facetom?

– Odpowiadałam na pytania. Pytali, co mają w cenie, czy rzeczywiście wyglądam tak, jak na zdjęciach w Internecie, gdzie i na którą mogliby przyjechać. Potem mówiłam do danej dziewczyny, żeby się szykowała, że za pół godziny będzie mieć klienta. Wówczas ona wstawała, brała prysznic, rozpuszczała włosy, a dres i kapcie zamieniała na wyzywającą bieliznę i szpilki. Kiedy klient zbliżał się, zazwyczaj dzwonił. Mówił, żebym powiedziała mu, jak ma wejść, tzn. która to dokładnie klatka, które piętro itp. Kierowałam go. A kiedy już dotarł do mieszkania, dziewczyna z nim negocjowała. Zapraszała go do pokoju, on ją oglądał, rozliczał się. Następnie szedł z ręcznikiem do łazienki, aby się odświeżyć, a ona przychodziła do kuchni i kładła mi pieniądze na stole. Ja otwierałam specjalny zeszyt i zapisywałam: czas, nazwę ogłoszenia, na które przyszedł, imię dziewczyny, która będzie z nim uprawiać seks oraz ile otrzymałam pieniędzy.

Plany na przyszłość

Na spotkanie z Karoliną umówiłam się telefonicznie. Przypomniało mi się, jak powiedziała, że znienawidziła pracę, ale jednocześnie uzależniła się od niej.

Jak to możliwe?

– To specyficzna branża. Stykasz się nie tylko z frywolnością, ale ze złem w ogóle. Przeklinanie, picie alkoholu, ćpanie są na porządku dziennym. Nigdy nie zapomnę, jak nagle do kuchni wbiega Renata. Otwiera drzwi, stoi przede mną zupełnie nago. Ma tylko buty na wysokim obcasie. Pytam, co się stało, a ona zaczyna się głośno śmiać. Przyglądam jej się uważnie i dopiero po chwili zauważam, że jej włosy są oblepione nasieniem. Mówię jej, żeby się uspokoiła, a ona krzyczy: „Ale się spuścił, popatrz na moją głowę!”. I jakby tego było mało odwraca się do mnie tyłem, nachyla i rozszerza palcami pośladki, mówiąc: „Tutaj miał być spust”. Po czym prostuje się i wybiega z kuchni.

To nienormalne.

– Było też tak, że jedna z prostytutek zaczęła przy mnie robić sobie lewatywę albo wkładać gąbkę.Jak prostytutki mają okres, to też pracują. Popijam colę. Pamiętam też, jak kiedyś przyszli chłopaki. Od razu wyjaśnię, że to „ochrona”.

Mafia?

– Tak. Przychodzą co miesiąc i od każdej dziewczyny pobierają trzysta złotych. Mówią, że niby za ochronę, ale to kompletna bzdura. To zwykli chuliganie, którzy zarabiają na prostytucji. Przyszli któregoś miesiąca. Było ich trzech. Naćpali się i nie chcieli wyjść. Kasę wzięli, ale szukali rozrywki. A ja akurat miałam tylko jedną dziewczynę w mieszkaniu. Zaprowadzili ją do pokoju i po kolei odbywali z nią stosunek. Oczywiście, nie zapłacili ani grosza.

Straszne!

– Tak jest w tym świecie. Dziewczyny, decydując się na prostytucję, wiedzą na co się piszą. Dziennie potrafią zarobić kilka stówek.

Łatwe pieniądze…

– Nieprawda. Może zabrzmi to irracjonalnie, ale z jednej strony brzydzę się prostytutkami, a z drugiej podziwiam je. Nie każda kobieta jest na tyle zdeterminowana, żeby codziennie odbywać stosunek z pięcioma, a nawet więcej, mężczyznami. A klienci są różni. Są tacy „szybcy”, tzn. dziesięć minut i po wszystkim, a są „godzinowcy”, którzy męczą dziewczynę równo 60 minut, bo ma przeświadczenie, że jak zapłacił, to się należy. Zdarzają się też agresywni panowie albo tacy z dziwactwami. Lubią, jak im się sika do ust albo kiedy zakłada im się obrożę na szyję i nazywa „kundlami”.

Nadal tam pracujesz?

– Tak, mimo że nienawidzę tej pracy.

Zrezygnuj…

– To nie takie proste. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że prostytucja i wszystkie jej pokrewne sprawy uzależniają. Zaczął się okres wakacyjny, więc ruch w interesie jest duży. Dziennie zarabiam po trzysta złotych. Mnożąc to przez piętnaście dni w miesiącu, zarabiam 4.500 zł. Niezła kasa, co?

Trudno się z tym nie zgodzić, więc przytakuję Karolinie, która teraz pewnie patrzy mi w oczy.

Nie boisz się policji?

– Trochę się boję. Ale, gdyby wpadli do naszego mieszkania, to powiem, że z koleżankami się prostytuuję, a to w naszym kraju jest przecież legalne.

Dopijam colę do końca. Wołam kelnera, proszę o rachunek.

Jakie masz plany na przyszłość?

– Hm… – Karolina chwilę się waha. – Powiem ci tak: chciałabym sama otworzyć prywatkę. Już wiem, jak ta branża prosperuje, w jaki sposób znaleźć dziewczyny do pracy. Z tego naprawdę są duże pieniądze.

red. admin_mp
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +8, liczba głosów: 10)
Loading...
The following two tabs change content below.
mm

Ewelina Rubinstein

Ewelina Rubinstein-dziennikarka, autorka kilku książek. Jej teksty publikowane są na łamach wielu polskich i izraelskich czasopism. Mieszka w Polsce oraz Izraelu. Z Medium Publicznym związana od samego początku.