Zrozumieć zamach w Turcji – cofnijmy się o 20 lat

Jednym z najważniejszych wydarzeń, które wstrząsnęło Turcją jeszcze w maju, był tak zwany „pałacowy zamach stanu”. Prezydent Erdoğan odwołał wówczas  premiera Ahmeta Davutoğlu. Obawiano się, że po dymisji prozachodnio nastwionego Davutoğlu wrócą antyamerykańskie sentymenty Erbakana. Być może właśnie to wzbudziło niepokój w drugiej armii NATO.

Po nieudanym zamachu stanu w Turcji pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Do najważniejszych należy to o rzeczywistego inicjatora operacji. Wiele oskarżeń jest kierowanych w kierunku prezydenta Erdoğana, który wykorzystał pucz do przeprowadzenia szeroko zakrojonych czystek politycznych i umocnienia swojej władzy, stając się jego największym wygranym. On sam oskarża mieszkającego w Stanach Zjednoczonych islamskiego nauczyciela Fethullaha Gülena. Całej prawdy pewnie nie poznamy nigdy, jednak możemy wydarzenia nocy z 15 na 16 lipca 2016 roku, choć częściowo zrozumieć. W tym celu musimy cofnąć się 20 lat wstecz.

„Wirtualny zamach stanu” 20 lat temu – bez obalenia rządu

Pod koniec 1995 roku wybory powszechne do tureckiego Zgromadzenia Narodowego wygrała Partia Dobrobytu. Po kilku miesiącach przetasowań koalicyjnych premierem został jej lider Necmettin Erbakan, co wywołało panikę wśród laickich elit Ankary i Stambułu. Nie było tajemnicą, że nowy szef rządu jest założycielem i głównym ideologiem polityczno-religijnego ruchu Millî Görüş. Jego głównymi założeniami było odrzucenie zachodniego sekularyzmu i „kultury coca-coli” oraz zwrócenie się ku islamskim korzeniom Turcji przykładając szczególną rolę do religijnej edukacji.

Necmettin Erbakan
Necmettin Erbakan

Najwięcej kontrowersji wywołały głosy nowego premiera nawołujące do rewizji polityki zagranicznej. Jej elementami miało być definitywne zerwanie rozmów akcesyjnych z Unią Europejską, której chrześcijański charakter zagrażał islamskiej tożsamości Turcji oraz poddanie w wątpliwość dalszego członkostwa w NATO, które, zdaniem Erbakana, po upadku ZSRR stawało się jedynie przedłużeniem polityki zagranicznej USA na Bliskim Wschodzie. Dość symboliczne były tutaj plany budowy wielkiego meczetu na placu Taksim w Stambule. W tym miejscu warto podkreślić, że wiernym uczniem lidera Millî Görüş był ówczesny burmistrz miasta nad Bosforem z ramienia Partii Dobrobytu, niejaki Recep Tayyip Erdoğan.

Polityka Erbakana miała wielu przeciwników, ale największym i najbardziej niebezpiecznym była armia, która szczególnie obawiała się wystąpienia Turcji z NATO. W styczniu 1997 roku w Ankarze odbyły się zaaranżowane przez władze miasta manifestacje przeciwko łamaniu praw człowieka przez Izrael, które wymknęły się spod kontroli. W celu uspokojenia sytuacji na ulice wyjechały czołgi. To zdarzenie posłużyło za pretekst zwołania Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Gdy premier znalazł się już w jednym pomieszczeniu z generałami, pod nos podsunięto mu zobowiązanie do zmiany polityki rządu. Wśród warunków było ograniczenie roli szkół religijnych i zamknięcie wielu z nich oraz powrót do bardziej laickich zasad w życiu publicznym. Po wielu godzinach negocjacji Erbakan ostatecznie zgodził się na przedstawione warunki, zachowując dzięki temu stanowisko. Ponieważ do formalnej zmiany władzy nie doszło, wydarzenie to nazywane jest „wirtualnym zamachem stanu”.

Premier usiłował utrzymać tyle niezależności, ile było możliwe, ale ostatecznie podał się do dymisji, mając świadomość, że na dłuższą metę polityka prowadzona pod dyktando wojskowych jest sprzeczna z jego zasadami. Partia Dobrobytu wkrótce została zdelegalizowana przez Trybunał Konstytucyjny za łamanie konstytucyjnej zasady rozdziału państwa od religii a sam Erbakan trafił do więzienia za defraudację publicznych środków. Turcja przez następne lata pogrążona była w politycznym chaosie i licznych aferach korupcyjnych, do czego w 2001 roku dołożył się jeszcze poważny kryzys finansowy.

Wesprzyj #Medium

Czytaj tekst Marcina Starzewskiego: Turcja. Zamach sterowany przez CIA?

Anty-puczystowska rewolucja to coś znacznie więcej niż tylko umocnienie się partii AKP i prezydenta Erdoğana u władzy. Oznacza ona konstruowanie nowej mapy politycznych i ideologicznych sojuszy.

Era Erdoğana

Przyspieszone wybory w listopadzie 2002 roku wygrała świeżo założona przez Recepa Tayyipa Erdoğana Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP). Nieocenioną pomoc przyszły premier otrzymał od cieszącego się dużymi wpływami w tureckiej administracji islamskiego kaznodziei i swojego przyjaciela, Fethullaha Gülena. Laickie elity nie zapomniały, z jakiego środowiska wywodzi się były burmistrz Stambułu i znowu popadły w panikę.

Już w 2003 roku nowy rząd dał powód do zmartwień pro-zachodnim wojskowym, nie udostępniając baz wojskowych swojemu dotychczasowemu sojusznikowi, Stanom Zjednoczonym, które w tym czasie szykowały się do inwazji na Irak. To właśnie wtedy miał powstać pierwszy plan zamachu stanu, który za kilka lat w anglojęzycznej prasie zostanie nazwany „Sledgehammer” (tur. Balyoz).

Zgodnie z planem miało dojść do eksplozji w stambulskich meczetach, ataków ubranych „po islamsku” ludzi na posterunki wojskowe oraz upozorowanego zestrzelenia wojskowego samolotu przez Grecję. Wszystkie te wydarzenia miały wywołać w kraju chaos i doprowadzić do poczucia, że rząd nie panuje nad sytuacją. Wtedy dopiero nastąpić miała interwencja wojska przywracająca ład i porządek.

Jak wiemy, plan ostatecznie nie został wprowadzony w życie. Albo nigdy nie został w pełni przygotowany, albo wojsko się z niego wycofało, albo nigdy tak naprawdę nie istniał, a dowody sfabrykowano. Wydaje się jednak bardzo prawdopodobne, że musiał być zawiązany jakiś spisek na rząd wywodzący się z islamistycznych kręgów, skoro właściwie wszystkie wcześniejsze były odsuwane od władzy przez zamachy stanu.

Najbardziej realna wydaje się wersja o wycofaniu wojska ze swoich planów, ponieważ pierwsze lata rządów AKP zaskoczyły wszystkich. Wprowadzone przy współpracy z Bankiem Światowym reformy gospodarcze rozpoczęły okres spektakularnego wzrostu PKB i bogacenia się społeczeństwa. Nastąpiło także wyraźne zbliżenie z Unią Europejską. Wprowadzano zasady demokratycznego państwa prawa. Ten okres nazywano rozkwitem „tureckiego modelu”, czyli połączenia laickiej demokracji i wartości islamskich. Wydawało się, że właśnie tego systemu poszukiwano przez 80 lat istnienia Republiki i jest on dla Turcji optymalny. Stawiano go także za wzór dla pozostałych krajów muzułmańskich regionu.

Dzisiejsza opozycja się sprzecza, czy był to celowy wybieg mający na celu uśpienie grożącego zamachem stanu wojska i danie sobie czasu na umocnienie własnej siły, czy też po kilku latach rządzenia Erdoğan został przez władzę zdeprawoany. W każdym razie po miażdżącym zwycięstwie AKP w wyborach parlamentarnych oraz prezydenckich w 2007 roku dzisiejszy prezydent poczuł się silny i rozpoczął umacnianie swojej pozycji.

 

Głębokie Państwo – czyli nieoficjalne struktury władzy

Ludzie wiązani z Ergenekon
Ludzie wiązani z Ergenekon

W czerwcu 2007 roku natrafiono na strychu jednego ze stambulskich domów skrzynkę z granatami ręcznymi. Śledczy wykazali, że granaty z dokładnie tej samej serii w poprzednim roku były wykorzystane do ataków na biura dziennika Cumhuriyet oraz w zamachów na chrześcijańskich misjonarzy, sędziego sądu administracyjnego oraz ormiańskiego publicystę.

Policja ogłosiła, że wpadła na trop nacjonalistycznej organizacji Ergenekon, mającej na celu zdestabilizowanie sytuacji w kraju poprzez serię zamachów terrorystycznych i zmuszenie rządu AKP do rezygnacji. Już w marcu 2008 roku rozpoczęły się pierwsze aresztowania w tej sprawie. W miarę rozwoju sprawy okazywało się, że byli w nią zamieszani wysoko postawieni urzędnicy państwowi, prawnicy, a nawet wojskowi. Według oficjalnej wersji Ergenekon nie był niczym innym, jak tylko mitycznym „głębokim państwem”.

Dziś właściwie nie ma wątpliwości, że struktury nazywane głębokim państwem naprawdę istniały, lub nadal istnieją. Nie ma tylko jasności, czym one były, lub są. Według najbardziej rozpowszechnionej wersji, jest to niezależna organizacja głęboko zakonspirowana w strukturach administracji państwowej, wymiarze sprawiedliwości, wywiadzie i wojsku. Jej celem miało być utrzymanie świeckiego porządku i zwalczanie komunistów, choć i to nie jest do końca pewne. Podobno źródłem finansowania był handel narkotykami. Na pewno to ona stała za licznymi zabójstwami politycznymi, które przetaczały się w historii przez Republikę Turecką. Także zamachy stanu z lat 1960, 1971 i 1980 miały być w istocie jej dziełem.

 

Historia „głębokiego państwa”

W powszechnym mniemaniu, historia głębokiego państwa sięga lat ’50 XX wieku. Amerykańskie służby specjalne zawiązywały wówczas w europejskich krajach należących do NATO utajnione organizacje. Ich celem miało być prowadzenie walki na tyłach wroga w przypadku sowieckiej inwazji. Istnienie takich struktur udowodniono jedynie we Włoszech, gdzie funkcjonowały one pod wspólną nazwą Gladio. Podejrzewa się, że analogiczne konspiracje istniały w całej Europie, ale jedynie w Turcji udało im się osiągnąć znaczące wpływy polityczne.

Niektórzy komentatorzy upatrują korzeni tureckiego głębokiego państwa znacznie wcześnie. Mówi się, że może to być spadkobierca tajnych służb stojących na straży świeckości państwa, założonych jeszcze w 1924 roku przez samego Mustafę Kemala Atatürka. Inni patrzą jeszcze dalej w przeszłość i szukają zalążków w czasach Osmańskich, w stojących w opozycji do sułtana organizacji laickich.

W każdym razie głębokie państwo było (i nadal jest) hasłem, które bardzo mocno trafiało do zwykłych obywateli. Śledztwo wkrótce zaczęło zataczać coraz szersze kręgi i o współpracę z Ergenekonem oskarżano coraz więcej ludzi wliczając w to wojskowych, w tym głównodowodzących sił zbrojnych, sędziów, dziennikarzy, policjantów, urzędników. Łączyło ich tylko jedno – wszyscy byli przeciwnikami AKP. Jeszcze w trakcie trwania ich procesów wyszedł na jaw spisek Sledgehammer, co pociągnęło dalsze aresztowania. Tak naprawdę nie miało większego znaczenia, czy ktoś należał do konspiracji, czy nie. Wystarczył cień podejrzeń, by zostać aresztowanym. Dziwnym trafem ten cień zazwyczaj padał na osoby niewygodne dla premiera Erdoğana i jego przyjaciela Fethullaha Gülena.

Łącznie w sprawy Ergenekon i Sledgehammer zamieszane było około 500 osób. Wielu oskarżonych ostatecznie uniewinniono, ale przeciągające się w pewnych przypadkach aż do 2013 roku postępowania wystarczyły, aby wykluczyć niektórych przeciwników politycznych z życia publicznego. Oba procesy są uznawane za pierwszą polityczną czystkę oczyszczającą struktury państwowe z przeciwników Erdoğana.

Oficjalnie władza sądownicza w Turcji była, i nadal jest, niezawisła od rządu. Po latach wyszło jednak na jaw, że wielu policjantów i prawników biorących udział w sprawach było wychowankami szkół Fethullaha Gülena, wówczas wiernego sojusznika Erdoğana, przez to miał on dużą kontrolę nad przebiegiem spraw. Same afery także były szyte grubymi nićmi. Istnienia organizacji Ergenekon nigdy nie udało się do końca udowodnić, a plik zawierający plan zamachu stanu Sledgehammer z 2003 roku, kluczowy dowód, okazał się być napisany w programie… MS Word 2007.

 

Konsolidacja władzy wokół Erdoğana

Pierwsze lata rządów AKP nie były okresem całkowicie pozbawionym ataków na cieszący się dużym zaufaniem społecznym rząd. Jeden z ważniejszych miał miejsce w 2008 roku, gdy do Trybunału Konstytucyjnego trafił wniosek o delegalizację AKP za złamanie konstytucyjnej zasady rozdziału państwa od religii. By wniosek przeszedł, wymaganych było 7 głosów na 11. Uzyskano 6 i partia nadal mogła funkcjonować, rządzić i odnosić sukcesy.

Na fali popularności w 2010 roku zdecydowano się na zmianę obowiązującej jeszcze od czasów wojskowego zamachu stanu z 1980 roku konstytucji. Nowa ustawa zasadnicza została entuzjastycznie przyjęta na świecie. Z założenia miała ona zbliżyć pod kątem prawnym Turcję do Unii Europejskiej i z tego powodu gwarantowała prawa obywatelskie i poprawę standardów demokratycznych. Z drugiej strony opozycja, wskazywała, że daje nadmierną kontrolę rządowi nad sądami.

Z punktu widzenia ostatnich wydarzeń, kluczowe były jednak zmiany dotyczące armii. Wprowadzono zalążek cywilnej kontroli nad wojskiem oraz regulacje mające utrudnić zamachy stanu w przyszłości. Na przykład przyszli potencjalni puczyści mieli być sądzeni przez sądy cywilne, a ochrona prawna nad uczestnikami poprzednich zamachów stanów została zdjęta. Także te zmiany zostały ocenione pozytywnie. Junty są przecież sprzeczne z ideą demokracji i trudno sobie wyobrazić, by miały rządzić w państwie członkowskim Unii Europejskiej. Wojskowi zajęci procesami Ergenekon i Sledgehammer nie bardzo mieli jak protestować.

Armia była tradycyjnym bastionem sekularyzmu. Zawsze mocno niezależna od władzy i właściwie stanowiąca swojego rodzaju państwo w państwie. Niemożliwe było obsadzenie jej swoimi ludźmi, więc jej rolę sukcesywnie umniejszano. Co innego policja, będąca pod całkowitą kontrolą władzy cywilnej. Jej uprawnienia rosły, a także wyposażano ją w coraz lepszy sprzęt. To ona miała w następnych latach stać się podstawowym obrońcą władzy.

Pierwszym sprawdzianem siły i wierności policji okazały się antyrządowe protesty z 2013 roku. Były one odpowiedzią na ograniczanie wolności słowa i zgromadzeń oraz cenzurowanie Internetu przez rząd. Bezpośrednią iskrą zapalającą kraj okazał się atak policji na grupkę ekologów protestujących przeciwko wycince drzew w stambulskim Parku Gezi. Miano w tym miejscu zbudować centrum handlowe, a na sąsiadującym Placu Taksim, meczet (brzmi znajomo?). Szacuje się, że w całej Turcji na ulice wyszło około 8 mln ludzi. Uspokojenie sytuacji zajęło rządowi około dwóch miesięcy, ale ostatecznie się udało. Policja zdała egzamin celująco, a jej brutalność i zdolność do poświęcenia rządowi wkrótce obrosła legendą.

Tayyip Recep Erdoğan
Tayyip Recep Erdoğan

Rozłam w obozie

Podczas protestów związanych z Parkiem Gezi ujawniły się autorytarne ambicje Erdoğana i jego bezkompromisowość. Co więcej, wyniki wyborów samorządowych potwierdziły jego poparcie w narodzie i brak siły zdolnej mu się przeciwstawić. Stawał się po prostu za silny.

W grudniu 2013 roku wybuchła afera korupcyjna sięgająca szczytów władzy. Zamieszani w nią byli prominentni działacze AKP, ministrowie rządu, nawet synowie premiera. Zatrzymano około 100 osób. Skandal doprowadził do rekonstrukcji rządu i wymiany 10 ministrów, ale nie premiera. Wściekły Erdoğan orkarżył Fethullaha Gülena, o sfabrykowanie dowodów i zawiązanie spisku mającego na celu obalenie demokratycznie wybranego rządu AKP. Ludzie mu uwierzyli i afera nie przeszkodziła wygrać wyborów prezydenckich w 2014 roku. Na zawsze natomiast pogrzebała dawną przyjaźń i uczyniła z Fethullaha Gülena wroga publicznego numer jeden, a jego „równoległe państwo” odpowiedzialnym za całe zło, które od tej pory spotykało kraj.

Organizacja Gülena, oficjalnie nazywana Cemaat, jest drugim po Bractwie Muzułmańskim, największym na świecie ruchem islamskim. Szacuje się, że w Turcji ma około 2-3 milionów zwolenników. Naucza on umiarkowanej wersji islamu nawołującej do pokoju, opartej na tolerancji, demokracji, ale przede wszystkim na edukacji.

Fetullah Gulen
Fetullah Gulen

Cemaat prowadzi tysiące szkół na całym świecie, także w Polsce, a jego fundacje pomagają zdobyć wykształcenie ubogim. Ma to ogromne znaczenie, bo potem wyposażeni w odpowiednią wiedzę członkowie ruchu robią kariery w administracji publicznej, policji, wymiarze sprawiedliwości, albo powiązanych z organizacją mediach. Tam mieli promować powiązanych z ruchem ludzi i powoli zdobywać coraz większe wpływy w państwie. Nie jest to żadna tajemnica. Ostatnim hitem tureckiego Internetu jest nagranie, na którym Gülen osobiście tłumaczy ten mechanizm. Inną sprawą jest infiltracja także służb specjalnych. Dowody na to, że miało to miejsce w swojej książce „Armia imama” dostarczył Ahmet Şık, sądzony zresztą później w procesie Ergenekon.

Właśnie tego typu struktury są w Turcji określane mianem „głębokiego państwa”. O wykorzystanie tego schematu oskarża się tym kraju dość liczne organizacje, wspominając tutaj choćby nacjonalistyczne Szare Wilki, czy też promowanie ludzi samego Erdoğana w wymiarze sprawiedliwości. Tak naprawdę głębokie państwo nie musi składać się z jednej organizacji i jego jednolity charakter jest kwestią bardzo dyskusyjną

Wracając do Cemaatu, to prowadzone przez niego „wewnętrzne struktury” nie stanowiły w oczach rządu większego problemu, dopóki były zaprzęgnięte w tryby machiny władzy AKP. Potem nastąpił jednak rozłam, po którym organizacja stała się ona wrogiem publicznym numer jeden. Od tej pory ruch kaznodziei często nazywany jest FETÖ (Fethullahçı Terör Örgütü), czyli po prostu organizacją terrorystyczną. Gülen święty nie jest, ale jego organizacja jest bodaj jedyną na świecie „organizacją terrorystyczną”, która nikogo nie zabiła. Co najmniej do teraz.

Tym sposobem docieramy do 2016 roku. Jednym z najważniejszych wydarzeń, które wstrząsnęło Turcją jeszcze w maju był tak zwany „pałacowy zamach stanu”. Prezydent Erdoğan postanowił wówczas odwołać premiera Ahmeta Davutoğlu, którego głównym grzechem miała być niewystarczająca lojalność.

To był właściwie moment zwrotny w tureckiej polityce. Obawiano się, że po dymisji prozachodnio nastwionego Davutoğlu wrócą antyamerykańskie sentymenty Erbakana. I rzeczywiście bardzo szybko doszło do naprawy zszarganych stosunków z Rosją i Izraelem, a nawet zapowiedziano pojednanie z Syrią. Być może właśnie to wzbudziło niepokój w drugiej armii NATO.

Ahmet Davutoglu - premier
Ahmet Davutoglu – premier

 

Dlaczego teraz, skąd ten pucz?

Lipcowy zamach stanu zdążył już zostać owiany swojego rodzaju legendą. Tajemniczość całej zakulisowej rozgrywki tureckiej polityki sprawia, że wokół niego, jak grzyby po deszczu, wyrastają teorie spiskowe, a w oficjalną wersję trudno jest uwierzyć.

Według Erdoğana, za puczem stoi Gülen i jego organizacja wspierana przez CIA. Z kolei Gülen uważa, że to sam Erdoğan upozorował wystąpienie przeciwko sobie, by umocnić swoją władzę i podkręcić słupki poparcia pokazując, że tylko on jest gwarantem pokoju i stabilizacji. Jednak prawdopodobnie obie wersje są nieprawdziwe, ale równocześnie zawierają ziarno prawdy.

Na chwilę obecną wydaje się, że bezpośrednią przyczyną wybuchu buntu była planowana operacja przeciwko FETÖ. Na dzień przed puczem prokuratura poinformowała, że przygotowywany jest akt oskarżenia przeciwko osobom powiązanym z ruchem Gülena. Do tego zaplanowano usunięcie niewygodnych jednostek z samej armii. Jak podaje portal Al-Monitor w prokuraturze w Izmirze tuż przed puczem gotowy był już akt oskarżenia wobec wysokich rangą wojskowych, związany z ich rzekomą zdradą.

Wiele wskazuje na to, że zaplanowano czystkę, podobnej do tej związaną ze sprawami Ergenekon i Sledgehammer, tylko na znacznie większą skalę. Podobnie, jak wówczas, raczej nie miałoby znaczenia, czy ktoś naprawdę należał do konspiracji, czy nie. Wystarczył cień podejrzeń, czy bycie niewygodnym dla władzy, by być oskarżonym. Gdyby wojskowi nie zdecydowali się na zamach stanu, wielu z nich prawdopodobnie i tak by trafiło do więzienia, a na pewno by stracili pozycję. W tej sytuacji zdecydowali się działać.

Najbardziej zaskakujące podczas całego zamachu stanu okazały się chaotyczne działania puczystów. Wyglądało to tak, jakby w ogóle nie mieli oni żadnego planu, a nawet jeśli to był on niedopracowany. Do tego wiele rzeczy po prostu nie wychodziło, koordynacja działań między jednostkami kulała. Krótko mówiąc, pucz był niedostatecznie przygotowany, przez co nie miał prawa się udać. To stawia pod znakiem zapytania całą konspirację. Ciężko powiedzieć, czy grupa wysokich rangą oficerów planowała przeciw Erdoğanowi od dawna, czy zorganizowała się w ostatniej chwili.

Wiadomo, że prezydent Erdoğan wiedział o zamiarach armii przynajmniej kilka godzin przed wyjściem żołnierzy z koszar, a być może nawet jeszcze wcześniej.

Zapewne czuł się na tyle mocny, by oprzeć się siłowej próbie obalenia go i postanowił przyjąć atak na siebie, będąc świadomym, że wyjdzie z niego znacznie potężniejszy. Stąd mogła pochodzić decyzja o ogłoszeniu akcji przeciw Gülenowi, by wywabić oponentów z ukrycia.

Trzeba mieć świadomość, że Erdoğan od początku swoich rządów wiedział, że w państwie istnieją potężnie nieprzychylne mu siły, które kiedyś podejmą próbę obalenia go, tak jak obaliły Erbakana. Tak naprawdę przez 15 lat przygotowywał się do tego puczu i robił wszystko, by mu zapobiec. Umacniał swoją władzę, dbał o swoją popularność i w miarę możliwości rozmontowywał dowództwo w wojsku kolejnymi czystkami. Do tego wzmacniał policję. I faktycznie w chwili kryzysu to policja i ludzie, którzy wyszli na ulice zademonstrować sprzeciw wobec siłowemu przejęciu władzy, zadecydowali o niepowodzeniu puczu.

Prowokując zamach stanu w odpowiednim momencie, miał na talerzu wszystkich konspiratorów i znaczna część głębokiego państwa przestała być problemem. Do tego miał świetny pretekst, aby oczyścić wymiar sprawiedliwości z ludzi Gülena oraz uderzyć w placówki edukacyjne stanowiące trzon jego organizacji. Także listy niewygodnych dla władzy ludzi musiały być gotowe już wcześniej, o czym świadczy skala i tempo przeprowadzanych czystek.

Na chwilę obecną najważniejsze wydaje się pytanie, jak głęboko Gülenowi udało się zinfiltrować zdominowaną przez sekularne elity armię. Jeśli głęboko, to można przypuszczać, że za zamachem stanu faktycznie stała jego organizacja, co bez przerwy podkreśla rządowa narracja. Wskazuje ona, jako kluczowy argument, zeznania jednego z puczystów Leventa Turkkana. Według spisanego przez niego oświadczenia, miał otrzymać od członków ruchu pytania na egzamin do szkoły wojskowej na dzień przed tym, jak się odbył. Oczywiście, było to bardzo duże ułatwienie w późniejszej karierze.

Puczysta Levent Turkan
Puczysta Levent Turkan

Wątpliwości budzi fakt, że Turkkan pisał ów egzamin w 1989 roku i mało jest prawdopodobne, aby w tym czasie armia już była tak mocno zinfiltrowana. Do tego wyciekły do Internetu jego zdjęcia z aresztu, na których dość dobrze widoczny jest stan aresztowanego oficera. Wynika z niego, że spiskowiec z pewnością nie byłby w stanie czegokolwiek napisać, ale z dużym prawdopodobieństwem byłby w stanie przyznać się do wszystkiego, o co by go zapytano. Pokryty siniakami, bandażami, z dłońmi w opatrunkach, nie wygląda wiarygodnie.

Konflikt Erdoğana i Gülena jest w ostatnim czasie zjawiskiem odciskającym bardzo wyraźne piętno w tureckiej polityce. Do tego wszystkiego dochodziły jeszcze niegdyś potężne, choć malejące wpływy laickich elit. To prowadziło do silnych napięć, które prędzej czy później musiały ostatecznie wybuchnąć.

Turecka polityka jest niezwykle brudną walką o władzę. Biorą w niej udział ukryte i nierzadko potężne siły, a zdarzenia mające miejsce w sferze publicznej to tylko jedna strona medalu. Drugą jest tajemnicza walka na poziomie zakulisowego głębokiego państwa. A druga czasami wypływa na powierzchnię, a zamachy stanu są przykładami właśnie takich momentów. Wtedy właśnie uświadamiamy sobie jak mało tak naprawdę wiemy o tym, kto rzeczywiście rządzi tym krajem.