Z Anną Frank przez wojny na Bliskim Wschodzie

Historia nie istnieje dopóki jej nie opowiemy. Dopiero wtedy zyskuje podmiotowość i daje możliwość interpretacji czy krytycznej analizy. Szczególnie ciekawie to wygląda podczas prób szukania analogii między współczesnością a granicznymi wydarzeniami dla ludzkości. Tym bardziej, kiedy współczesność sama w sobie jest kryzysem, mogącym wkrótce zostać takim właśnie wydarzeniem.

Filmem w żarliwą nienawiść

Jest koniec 1941 roku w Amsterdamie. Grudzień. To ten czas kiedy Chanuka spotyka się lub wymija z Bożym Narodzeniem. Wszystko zależy od kalendarza w konkretnym roku. Niejaki Otto Frank pisze i wysyła desperackie listy do swoich amerykańskich przyjaciół, szukając ratunku dla rodziny w okupowanej przez Niemców Holandii. Pisze: USA to jedyny kraj, gdzie możemy jechać. Dla naszych dzieci, to tylko dla nich. To się oczywiście mu nie uda, wszystkie dzieci Franka zginą. Jego córka w tym czasie pisze jeden z najbardziej znanych pamiętników na świecie: wspomnienia żydowskiej dziewczynki czasu II wojny. O rodzicach zanotuje: Rodzice mogą tylko dać nam dobre rady lub pokazać właściwą drogę, ale to jak potoczy się historia danej osoby, leży tylko w jej rękach. Chyba że wielka historia jej nie pozwoli.

Ale czy faktycznie te wspomnienie są aż tak znane, kiedy wyjdziemy poza nasz kręg kulturowy, poza doświadczenie Europejczyków?

Film dokumentalny: Anne Frank: Then and Now jest produkcją wyreżyserowaną przez Jakova Sedlara z Chorwacji. Opowiada o ośmiu Palestynkach i dwóch Izraelkach, które próbują wejść w doświadczenie młodej Holenderki oraz nadać mu nowy, aktualny sens dopasowany do czasu w którym żyją. Cały film jest nagrany po arabsku, dostajemy tylko angielskie tłumaczenie. Miał być zapisem i doświadczeniem tych emocji, które są często drugorzędne, kiedy wielu innych ludzi cierpi dużo dotkliwiej. A angielski, jako język obcy, wg twórców mógłby tego nie oddać.

Jakov Sedlar kwituje cały projekt i film z uśmiechem:

Mówimy dużo o wpływie sztuki na dzisiejszy świat. Jeden z oglądających, podczas zakazanego pokazu w Iranie, powiedział mi po projekcji: Dziękuję za to, że nauczyłeś nas czegoś nowego.

Kadr z filmu Anne Frank

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

Musimy pamiętać, że w Iranie Holocaust to kwestia polityki ajatollahów, którzy zaprzeczają faktyczności ludobójstwa Żydów, a każde pozytywne działania w stronę Izraela są odbierane jako wroga propaganda antypaństwowa lub zdrada. Jednak Gilbert Achcar, autor książki The Arabs and the Holocaust, pisze, że Arabowie, a przynajmniej część ich decydentów, posiadają kompleksową wiedzę o Shoah. Negacja wynika z cynicznej kalkulacji politycznej i użyteczności takiej taktyki do podburzania Arabów przeciw Izraelczykom w wymyślnych projektach antysyjonistycznych.

Pokój z wojną w tle

Film powstawał w wyjątkowo tragicznej chwili. Był 2014 rok, starcia Izraelczyków z Hamasem w Gazie, kolejna z tych szybkich wojen, które do niczego nie prowadzą, ale dzięki którym osiąga się długotrwałe strategiczne cele. Dlatego kiedy jedna z dziewczyn z nagrania mówi do kamery (nagranie dotyczy Strefy Gazy, reszta to Ramallah i Jaffa), przebiega obok niej człowiek w masce przeciwgazowej. To nie był zaplanowany zabieg ze scenariusza, ale ironia wynikająca z robienia filmu o pokoju wśród działań wojennych. Produkcji kręconej w miejscu stale naznaczonym nienawiścią, wojną i śmiercią. Gdzie miliony ludzi ma z tyłu głowy strach i jednocześnie bunt przed tym co się widzą, lecz jednocześnie żadnej nadziei na zmianę. Miejscu, gdzie wojna już dawano temu wystawiła na ciężką próbę miłość do bliźnich i ich cierpliwość.

To też cena, jaką trzeba zapłacić za wybór drogi pod prąd, kiedy nie jest ona decyzją większości oraz kiedy nie istnieje żadna wspólna płaszczyzna komunikacji. Kiedy ludzie są sparaliżowani przez podejrzliwość i gniew wśród krzyżujących się ideologii i sprzecznych perspektyw, zaś ich codzienność to niekończący się festiwal zabijania, długotrwałe oblężenie przez śmierć, tygodnie walk i permanentny strach.

Zazwyczaj nie widzimy blizn ludzi, którzy przeżyli wojnę. Oglądamy sam dramat i jego epicentrum, a następstwa, szczególnie jeśli są ulotne, nie zaprzątają naszej uwagi. Dlatego potrzebna jest opowieść inna niż ta z programu informacyjnego.  Nie po to by coś komuś udowodnić, ale po to, by podjąć mozolną próbę szukania drogi ku przeszłości; tak by żniwa przemocy nie były jeszcze obfitsze. Stąd film Sedlara, który przenosi Holocaust na Bliski Wschód inaczej niż za pośrednictwem Hollywood czy tak popularnych tam teorii spiskowych. To jeden pomysł. Jest też drugi, bardziej radykalny.

Anonimowa Syryjka to dziś Anna Frank?

Takie jest stanowisko komentatora The Washington Post Nicholasa Kristofa, który po raz kolejny przypomina Obamie i całej amerykańskiej administracji o szeregu niespełnionych planów w sprawie wojny w Syrii oraz obietnicy  przyjęcia przez USA części uchodźców. To drugie dziś wydaje się być jeszcze ważniejsze niż pierwsze, kiedy dzień po dniu obserwujemy powiększający się do niespotykanych rozmiarów kryzys humanitarny w samej Syrii i krajach ościennych, przede wszystkim w Libanie i Jordanii. Przerzucenia mostów nad przepaścią, jaką jest ta wojna, to dziś misja prawie niemożliwa.

Początkowo miało to być 10 tys. osób, które trafią do Ameryki poza normalnym procesem wizowym. Tak się nie stało. Dlaczego? Oczywiście z powodu odległości. Uchodźcy sami nie dostaną się do USA tak jak do Europy. Nie zapłacą przemytnikom ludzi i nie zaryzykują życia w niepewnej podróży: jest to logistycznie niemożliwe. Potrzebna byłaby tu zgoda władzy, która zorganizuje transport takiej ilości osób, a z tym się nikt nie spieszy. Amerykanie, poza wielkomiejskim Wschodnim i Zachodnim Wybrzeżem, nie są skłonni witać nowej emigracji muzułmańskiej z otwartymi rękoma. Nakłada się na to kalka upraszczająca wizerunek ludzi z Bliskiego Wschodu wyłącznie do skojarzeń z terroryzmem. Najświeższy przykład śmierć Khalida Jabara, Libańczyka z Oklahomy, zabitego w sierpniu przez sąsiada, który wcześniej wyzywał mężczyznę i jego rodzinę min. od brudnych Arabów. Zbrodnia zakwalifikowana została przez policję jako jedna z tych motywowanych rasizmem i nienawiścią religijną. Prawdopodobnie zabójca Jabara nie zdawał sobie nawet sprawy, że mężczyzna nie był muzułmaninem; w rzeczywistości pochodził z chrześcijańskiej rodziny. Takich niuansów nienawiść nie widzi, kiedy szuka naprędce wroga.

Wg Kristofa to toksyczne podejście usytuowało muzułmańskich uchodźców w roli ostatnich pariasów społecznych na całym Zachodzie, nie tylko w USA. Nikt nie chce ich przyjąć, jeśli sami sobie tego nie zorganizują. Tak samo nikt nie chciał holenderskiej Żydówki i jej rodziny. W latach 30. i 40. na świecie panował prawdziwa antyuchodźcza histeria, którego lekcję jak ślepcy powtarzamy po raz kolejny.

Mattie J. Bekink, pracownik z Domu Anne Frank z Amsterdamu, napisał:

Nikt nie bierze przecież bez powodu swojej rodziny na niepewną łódź, by przepłynąć Morze Śródziemne dla przyjemności.

Nie można tego lepiej i po ludzku podsumować. Oponenci powiedzą, że przecież Żydzi i tak nie byli takim zagrożeniem, jakim są syryjscy uchodźcy dla nas dzisiaj. Czyżby? Żydów emigrujących w tamtym czasie postrzegano jako komunistów lub szpiegów, których Niemcy wysyłają za Atlantyk. To Hitler był prawdziwym zagrożeniem, zaś rzeź Żydów czymś, w co nie do końca potrafiono uwierzyć. Dopiero makabryczne zdjęcia z obozów przekonały świat, że – tak, to zdarzyło się naprawdę – ale wtedy nie było już nic do uratowania.

Ranni Syryjczycy, fot. Firas Abudallah

Dziś jest inaczej, obfotografowany z każdej strony koszmar wojny stał się czystą pornografią przemocy i konfliktu. Dzieci pośród gruzów, czy pokryty i posiniaczony chłopiec w karetce wzruszają na przez kilka godzin. Wojna weszła do naszego domowego mainstreamu. Jej przekleństwem jest to, że nie musimy się wcale skutecznie domagać jej zakończenia, mimo że odczuwamy wyraźnie jej skutki. Polem walki nie jest przecież nasz dom, ten dom jest cudzy. Egoizm w przytłaczającej defensywie. Ani Anna Frank czy Kristof niczego na dłużej nie zmienią. Ich przesłanie dotrze do mniejszości. To też dobrze, ale dla nas i wojen na Bliskim Wschodzie stanowczo za mało, kiedy nawet pogrzeby dzieci są bombardowane, jako to się stało ostatnio w syryjskim Aleppo.

 


Główne zdjęcie artykułu pochodzi z portalu www.flickr.com

 

red. Ewa Lenna Rosowska
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +3, liczba głosów: 3)
Loading...
The following two tabs change content below.

Natalia M. Kamińska

Dziennikarka-freelancerka, absolwentka UMCS, pisząca o Izraelu i Bliskim Wschodzie.