Dla ojca byłam krową, baleronem, bekonem. Dla braci niańką. Dla matki kurwą.

Urodziłam się w bardzo konserwatywnej, katolickiej rodzinie. Oczywiście od maleńkiego mój ojciec „tradycyjnie” lał mnie pasem, kijem i wszystkim, co miał pod ręką. Za gorszy dzień, stłuczone kolano i… już sama nie wiem za co. Gdy go o to pytałam, odpowiadał „Czcij ojca swego i matkę swoją”.

Poniżej publikujemy list, który otrzymaliśmy w odpowiedzi na tekst Agnieszki Stupkiewicz-Turek. Imię i nazwisko autorki pozostaje do wiadomości redakcji.

Czytaj tekst Agnieszki Stupkiewicz-Turek Śmierdzące jajo. Od urodzenia aż do śmierci

Rodzisz się. Pech chciał, że urodziłaś się dziewczynką w Polsce. Nie będziesz miała łatwo na tym świecie. Na każdym kroku ktoś będzie zainteresowany, abyś dokonywała „właściwych” wyborów. Kłody pod nogi ze strony państwa, kościoła, wszechwiedzących organizacji prawniczych, które tylko marzą, aby napisać ustawę, która ogranicza Twoje prawo do życia.

Droga Redakcjo!

Piszę, bo bardzo poruszył mnie tekst „Śmierdzące jajo. Od urodzenia aż do śmierci”. Mam nadzieję, że dla jak najmniejszej części czytających go kobiet większość poruszanych zagadnień wydaje się obca, jednak ja świetnie się w nim odnajduję, a moje życie jest najlepszym potwierdzeniem tego, że wcale nie jest on wydumaną, przesadzoną historią.

Urodziłam się w bardzo konserwatywnej, katolickiej rodzinie. Oczywiście od maleńkiego mój ojciec „tradycyjnie” lał mnie pasem, kijem i wszystkim co miał pod ręką. Za gorszy dzień, stłuczone kolano i… już sama nie wiem za co. Gdy go o to pytałam, odpowiadał „Czcij ojca swego i matkę swoją”.

Kiedyś, gdy chodziłam do przedszkola, zaspałam. Ojciec wyszarpał mnie z łóżka i zrobił to, co wychodziło mu najlepiej – zbił. Posiniaczona, zapłakana, zostałam przez mamę odprowadzona do przedszkola. Po drodze pytałam się, dlaczego tak się stało, dlaczego tata taki jest. Odpowiedziała, że widocznie sobie zasłużyłam i powinnam się cieszyć że ojciec nie jest alkoholikiem. W końcu inne dzieci mają gorzej. Cały czas powtarzała, że mam „super tatę”.

Wesprzyj Fundację Dziennikarską mediumpubliczne.pl

W przedszkolu ciągle słyszałam o szacunku należnym rodzicom, miłości, wdzięczności… a moja frustracja rosła. Ojciec nie rozmawiał ze mną, tylko patrzył się na mnie spode łba. Matka była wiecznie znerwicowana, brała proszki na uspokojenie i ciągle mi powtarzała, że jak dorosnę, to się przekonam, jak kobiety mają przesrane.

Gdy chodziłam do podstawówki, byłam dość otyłym dzieckiem. Mój tata, oczywiście z troski o mnie i moje zdrowie, z lubością pokazywał mi w telewizji gimnastyczki i baletnice, mówiąc jak powinny wyglądać dziewczynki. Dla niego byłam „krową”, „baleronem”, „bekonem”.

Od szóstego roku życia pisałam wiersze, marzyłam aby zostać znaną poetką. Choć miałam piątki i szóstki z polskiego, ojciec nigdy mnie nie pochwalił, za to wyzywał od tumanów i osłów, widząc jakąś trójczynę z matematyki.

Odkąd skończyłam jedenaście lat, rodzice zostawiali mnie z dwójką młodszych o 6 i 8 lat braci. Mama powiedziała mi, że właśnie tak to sobie zaplanowała: chciała mieć przynajmniej sześć lat starszą od reszty rodzeństwa córkę, żeby zajmowała się resztą. Byłam na nią wściekła, zazdroszcząc moim koleżankom ze szkoły, że nie muszą już w tym wieku sprzątać, gotować, zajmować się młodszym rodzeństwem i niepełnosprawną babcią.

Skończyłam 13 lat. Zaczęłam się malować, wychodzić po szkole ze znajomymi. Moja matka „profilaktycznie” wyzywała mnie od dziwek, kurew, szarpała za włosy, żądała „żebym jej nie przynosiła wstydu”. Miała obsesję na punkcie seksu. Ciągle gadała o tym, jak dziewczynki powinny się szanować i na siebie uważać, bo w przeciwieństwie do facetów mają w życiu pod górkę.

Rodzice na nic mi nie pozwalali. Ojciec uważał, że z tego względu, że jestem dziewczyną, broń Boże nie powinnam jeździć pod żadne namioty i w ogóle wychodzić z domu w innym celu niż do szkoły czy kościoła. W liceum uciekałam przez okno na imprezy. Bardzo chciałam mieć chłopaka. Tak jak moje koleżanki. Bez niego czułam się niedowartościowana, nieatrakcyjna. Spotykałam się z jakimiś przypadkowymi kolesiami, poznanymi przez Internet i na dyskotekach. Uprawiałam z nimi seks, na który nie miałam ochoty, i z którego nie czerpałam przyjemności. Dawałam się przez nich wykorzystywać i upokarzać. Paradoksalnie wszystko to robiłam z buntu przeciwko rodzicom i z chęci dowartościowania się.

W kościele na rekolekcjach wysłuchiwałam opowieści o błogosławionej Karolinie Kózkównie, nastolatce, która wolała umrzeć, niż zostać zgwałconą przez żołnierza. W imię czystości, oczywiście. Ksiądz z lubością porównywał dziewczyny uprawiające seks przedmałżeński do spluwaczek i pisuarów. Wychowana w takiej retoryce, żyłam z ogromnymi wyrzutami sumienia.

Na pierwszym roku studiów zaszłam w ciążę. Gdy zobaczyłam dwa paski na testerze, wpadłam w histerię. Straszliwie bałam się rodziców. Mój chłopak chciał kupić na czarnym rynku tabletkę poronną. Paraliżowana strachem przed rodzicami, wiedząc, że „aborcja to straszliwe zło”, nie wiedziałam, co mam robić. Po raz pierwszy od wielu lat wzięłam różaniec i modliłam się, żeby ta sytuacja jakoś sama się rozwiązała. Poroniłam. Nie wiem czy żal za straconym dzieckiem wmawiałam sobie, czy nie, ale ostatecznie przyjęłam to wydarzenie z ulgą. Spaliłam wypis ze szpitala, żeby nikt się nie dowiedział.

Po jakimś czasie zamieszkałam z moim chłopakiem. Oczywiście ukrywałam to przed rodzicami ponad 2 lata. Nie było to łatwe, żyłam w ogromnym stresie. Będąc już pod ogromnym naciskiem ze strony matki, wzięłam ślub. Nie żałuję tego, mam wspaniałego męża, który jest moim najlepszym przyjacielem, ale presja pod jaką działałam i poczucie ograniczenia wolności były przytłaczające.

Teraz nie mam dzieci i nie wiem, kiedy zechcę je mieć. Wszyscy dookoła życzą mi dzidziusia, moja matka chce bawić wnuki, chociaż kiedyś zajmując się samotnie moimi braćmi i paprając się w pieluchach, psioczyła na swój „nieszczęsny, kobiecy los”. Dziś mi opowiada o rozkoszach i słodyczy macierzyństwa. Przypomina mimochodem, że nie „przyjmując daru życia”, łamię przysięgę małżeńską, a dzieci TRZEBA mieć.

Skończyłam studia z piątką, chcę znaleźć pracę, ale pracodawcy najwyraźniej boją się, że „zaciążę”. W domu moich rodziców ciągle leci TV TRWAM, o jedynej, słusznej władzy nie można pisnąć złego słowa, mama wysyła miesięcznie sześćdziesiąt złotych na fundację ojca dyrektora. Mój starszy brat chowa się przed światem, spędzając całe dnie w swoim pokoju przed komputerem, a młodszy ma bardzo lekceważący stosunek do kobiet, marzy, żeby iść do woja i w imię honoru mordować wrogów ojczyzny. Oczywiście rodzice im niczego nie zabraniają. To w końcu chłopcy.

Być może zbyt bardzo się rozpisałam, ale i tak dość łagodnie przedstawiłam całą swoją sytuację. Gdyby nie przyzwalająca na zło postawa mojej matki, może zupełnie inaczej wyglądałoby moje życie. Myślę, że w naszym kraju jest mnóstwo dziewczyn takich jak ja. Tylko kobieca solidarność i głęboka przemiana mentalności w społeczeństwie może uchronić pokolenie naszych córek przed losem opisanym w tekście opublikowanym na Waszej witrynie. Nie wiem jak moje życie potoczyłoby się, gdybym nie poroniła i urodziła dziecko. Możliwe, że według czarnego scenariusza, opisanego przez autorkę tekstu.

red. Natalia Wilk-Sobczak
Chcesz napisać polemikę? Wyślij swój tekst na kontakt@mediumpubliczne.pl
Czy zgadzasz się z tezą artykułu? NieTak (Ocena: +436, liczba głosów: 556)
Loading...